Cała Polska żyje jednym tematem. Władimir Semirunnij tłumaczy decyzję
- Zawsze trzeba być gotowym do pomocy. Zwłaszcza w takich przypadkach i tego typu akcje pokazują kto jakim jest człowiekiem - mówi w rozmowie z Interią Władimir Semirunnij, wicemistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim z zimowych igrzysk olimpijskich. Naturalizowany Polak przekazał Łatwogangowi na rzecz fundacji Cancer Fighters swój najcenniejszy skarb - srebrny medal z najważniejszej sportowej imprezy świata z Mediolanu.

Artur Gac, Interia: Chcę pogratulować ci tego wielkiego ruchu serca. Bo tak czytam decyzję z przekazaniem srebrnego medalu olimpijskiego rekordowej zbiórki zorganizowanej przez Łatwoganga na rzecz fundacji Cancer Fighters. Od igrzysk wydawało się, że wszystko już masz zaplanowane, a tymczasem życie pisze nieoczekiwane scenariusze.
Władimir Semirunnij: - Można powiedzieć, że tak. Naprawdę jak to zobaczyłem, to... Po prostu uznałem, że to najlepszy moment, żeby pomóc. Igrzyska były ponad dwa miesiące temu i myślę, że teraz ten medal dzięki takiej akcji przyłoży się do wielkiej rzeczy.
Akcja absolutnie spektakularna. Zrobiła wrażenie na wszystkich, cały kraj zaczął nią żyć. Ty też w pewnym momencie uznałeś, że piszemy wielką, światową historię?
- No właśnie. Z tego, co słyszę, mamy światowy rekord zbierania w ten sposób pieniędzy. Nie no, super! A przecież ta kwota jeszcze będzie rosła, między innymi z uwagi na trwające lub za chwilę rozpoczynające się licytacje. Ciekawe, ile ostatecznie wyjdzie.
Opowiedz trochę o kulisach, bo one wydają się być ciekawe. Jak w ogóle wpadłeś na ten pomysł? Ktoś się z tobą skontaktował, ktoś zainspirował, czy sam zauważyłeś?
- Moja dziewczyna, Klaudia. Ostatni tydzień też miałem bardzo aktywny, nie miałem za wiele wolnego czasu, ale Klaudia mi podpowiedziała, że trwa taka akcja i może chciałbym dać coś od siebie, na przykład koszulkę. Powiedziałem, że pomyślę, jak to najlepiej zrobić. Osoba, która pomaga mi z mediami, czyli Paweł Skraba też mnie w to wszystko podłączył i dało się załatwić, bym tam na miejsce przyjechał. Na początku w ogóle nie wiedziałem, czy z tym zdążę, bo zaczęliśmy o tym myśleć w czwartek i piątek. Też dziękuję całej ekipie Łatwoganga, że znalazła dla mnie czas o 3 w nocy. Fajnie, że dali taką możliwość, abym osobiście przyjechał.
To historia bez precedensu. Wicemistrz olimpijski w środku nocy stawia się w kawalerce twórcy internetowego, który stworzył kapitalną akcję. Jedna wielka magia.
- Tak, naprawdę. Otwieram Instagram i widzę, że każdy chce coś dawać od siebie, ludzie zachęcali innych, a teraz cieszą się z efektu akcji. Super było dołączyć do tak dobrego dzieła. Powiem szczerze, że do mnie napisało wiadomości więcej ludzi niż po igrzyskach.
Aż do tego stopnia?
- Naprawdę! Bardzo dużo ludzi zwróciło się do mnie. Nie wiedziałem, że taki będzie oddźwięk, a ja po prostu chciałem pomóc, dając coś od siebie.
Czyli reakcje przekroczyły skalę?
- Zdecydowanie. Łyżwiarstwo ciągle nie jest najbardziej popularnym sportem, choć zyskuje, więc tym bardziej jestem zaskoczony. Gdy wczoraj, oczywiście bez włosów z ogoloną głową, poszedłem na kolację, to ludzie jeszcze bardziej mnie rozpoznali. Dzisiaj jeszcze tylko pojadę do przyjaciela, żeby mnie równiej dogolił (uśmiech).
Wiadomo, jak ciężką chorobą jest rak, więc tym bardziej ta cała akcja - poza spektakularnym aspektem finansowym - wprowadza też mnóstwo dobrej energii. Dla cierpiących to także nieprzeceniony balsam dla duszy, a uśmiech to także jeden z elementów terapii.
- Nie wiem, czy w Polsce też tak się mówi, ale uśmiech przedłuża życie. Chciałbym, żeby wśród ludzi było dużo więcej zadowolenia i radości życia.
Czasami się jest biorcą dobra - tu przypomina mi się podarowany ci przez Czesława Langa absolutnie topowy rower kolarski, a raz tym obdarowującym. I tak ten nasz świat powinien się kręcić.
- Też tak myślę. Zawsze trzeba być gotowym do pomocy. Zwłaszcza w takich przypadkach i tego typu akcje pokazują kto jakim jest człowiekiem.
Zdarzają się w Polsce takie licytacje, gdy duża firma lub majętny przedsiębiorca wylicytowują medal sportowca, wpłacają ogromną kwotę na szczytny cel, a następnie ten skarb zwracają zawodnikowi. Czy przeszedł ci przez myśl taki finał?
- Ciekawe. W ogóle nie wiedziałem, że coś takiego ma miejsce. Z jednej strony to jest ciężko wywalczony medal, ale z drugiej strony jest to rzecz, do której nie chciałbym się przyzwyczajać, bo chcę zdobywać kolejne. Więc na pewno jeśli ten medal do mnie nie wróci, nie będę zły czy niepocieszony. On poszedł na bardzo dobrą akcję i świetną pomoc, więc nie ma mowy, bym to jeszcze analizował czy żałował.
Mogę ci zdradzić, że do licytacji przystąpi twój dobry duch, świeżo upieczony prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Konrad Niedźwiedzki.
- Dziękuję mu! Jeśli Konrad wygrałby tę licytację, to w końcu będzie miał dwa medale olimpijskie (śmiech). W każdy razie medal od razu zostawiłem u ekipy Łatwoganga i pewnie wkrótce dadzą znać, jak będą wyglądały szczegóły tej licytacji.
Pierwszego dnia bez medalu w domu poczułeś jakiś rodzaj rozstania i pustki?
- Zupełnie nie. To dlatego, że wiem, na jak ważny cel został przekazany. Chciałem tylko i aż pomóc.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl










