Reklama

Reklama

Artur Waś toczy pojedynek z Pawłem Kuliżnikowem

Artur Waś (Poroniec Poronin) potwierdził wysoką formę dwukrotnie zajmując drugie miejsce w wyścigach na 500 m w Pucharze Świata w Heerenveen. Polak przyznaje, że na co dzień toczy pojedynek z Rosjaninem Pawłem Kuliżnikowem.

Po dwóch zwycięstwach w Berlinie, Artur Waś (Poroniec Poronin) dwukrotnie był drugi na 500 m w Pucharze Świata w Heerenveen. "Chcę wygrywać z Rosjaninem Pawłem Kuliżnikowem, najlepszym w Holandii" - zapowiada polski panczenista.

- Już jakiś czas temu pracujący z rosyjską kadrą trener Paweł Abratkiewicz, były mój szkoleniowiec, oraz masażysta Arek Skoneczny wspominali, że Sborna ma nowe niesamowite talenty, a jednym z nich jest Kuliżnikow. Dlatego uważnie obserwuję tego zawodnika i mogę powiedzieć, że jest tym, który chyba najbardziej motywuje mnie - spośród rywali - do bardzo ciężkiej codziennej pracy. Kiedy miałem kontuzję, mówiłem sobie: Wstawaj i idź na trening, bo Rosjanin za daleko ci ucieknie - powiedział Waś.

Polski łyżwiarz nie startował w PŚ w Japonii i Korei Płd., bowiem odrabiał wtedy zaległości treningowe spowodowane kontuzją kolana. W tym czasie Kuliżnikow wygrał trzy biegi, a tylko raz był drugi, za Holendrem Janem Smeekensem. Waś rozpoczął pucharowe występy w Niemczech, gdzie nie miał sobie równych. Z kolei Rosjanin zaliczył wtedy wpadkę, m.in. się przewrócił i w ogóle nie punktował. Natomiast w miniony weekend obaj błyszczeli w Heerenveen.

- Kuliżnikow nie ma jeszcze doświadczenia, ale posiada ogromny atut w postaci ustabilizowanej pozycji. Potrafi ją utrzymać na całym dystansie, a mi się zdarza ją zmieniać, przez co tracę cenne ułamki sekund. Dzieli nas kilka miesięcy treningów - on zaczął zapewne od kwietnia-maja, a ja dopiero - ze względów zdrowotnych - od sierpnia. Na pewno nie odpuszczę, chcę z nim wygrywać. Najważniejsze zawody, czyli mistrzostwa świata, dopiero w lutym, znów w Holandii - dodał.

W klasyfikacji generalnej PŚ prowadzi Kuliżnikow - 580 pkt, przed Kanadyjczykiem Laurentem Dubreuilem - 471 i wicemistrzem olimpijskim z Soczi Smeekensem - 411. Waś jest piąty - 360, mimo że uczestniczył tylko w połowie biegów. Dopiero 14. jest złoty medalista tegorocznych IO Holender Michel Mulder, którego - podobnie jak Polaka - zabrakło w Azji.

- Holendrzy na pewno się otrząsną, bo przecież wygrywa Rosjanin, wygrywa Polak, a oni są gdzieś z tyłu. To świetni zawodnicy, lecz czasem bywa tak, że sezon poolimpijskim, po czterech ciężkich latach przygotowań, traktuje się nieco ulgowo. Można tak się dzieje w przypadku niektórych z nich. Ale w MŚ przed własną publicznością będą chcieli pokazać wielką klasę. Chciałbym, aby ten sezon był sezonem np. Wasia i Kuliżnikowa, jednak +Pomarańczowi+, Kanadyjczycy i inni włączą się do rywalizacji - stwierdził panczenista pochodzący z Warszawy.

28-letni Waś na co dzień trenuje w niemieckim Inzell pod okiem Kanadyjczyka Jeremy'ego Wotherspoona, trzykrotnego czempiona globu na 500 m. - Na treningach przed PŚ w Heerenveen szkoleniowiec powtarzał, że jeżdżę dobrze, choć ja tego tak nie odczuwałem. Wydaje mi się, że technicznie lepiej pobiegłem w Niemczech, choć tutaj był szybszy lód, a co za tym idzie większe prędkości, lepsze czasy, stąd i większa możliwość popełnienia drobnych błędów. Cieszy, że po pierwszym zwycięstwie w Berlinie wytrzymałem presję. W przeszłości przegrywałem ze stresem, obecnie jestem innym zawodnikiem - zapewnił.

Polak po triumfach w Berlinie mówił, że nie ma się czym ekscytować, bowiem to tylko jeden weekend pucharowy. Czy zmienił zdanie po sukcesach w mekce łyżwiarstwa szybkiego? - Oczywiście, jest wielka radość, bo cztery razy z rzędu znalazłem się na podium, do tego zawsze na pierwszym lub drugim stopniu. Ale do pełnego zadowolenia jeszcze daleko, chociaż jestem na dobrej drodze. Spełnię swe marzenia, jeśli zdobędę medal olimpijski i mistrzostw świata - dodał Waś.

Prosto z Heerenveen wraca z Wotherspoonem do Inzell, gdzie będą trenować przez najbliższy tydzień. Pod koniec roku Wasia czekają mistrzostwa kraju na Stegnach. Nowy rok przywita już w niemieckiej akademii.

- W Inzell mam wszystko dopięte na ostatni guzik, a mój plan dnia zawsze wygląda następująco: o 7.30 śniadanie, o 8.15 podążam na lód, a trening rozpoczynam o 9.30. Obiad jem w południe, potem mam dwie godziny odpoczynku. Drugi trening to siłownia lub jazda na rowerze, a o 18 kolacja. O 20.30 rozpoczynam indywidualne zajęcia, m.in. rozciągania. To pozwala mi utrzymać i przygotować ciało w dobrej dyspozycji na następny dzień. Taka rutyna, ustalony rytm bardzo mi pomagają. To też jeden z czynników, który pozwala mi jeździć na światowym poziomie - zakończył.

Dowiedz się więcej na temat: Artur Waś | łyżwiarstwo szybkie | Heerenveen | Paweł Kuliżnikow

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje