Reklama

Reklama

Artur Waś: Sprzedałem auto, by móc trenować z Wotherspoonem

Jeden z najlepszych sprinterów na świecie Artur Waś kilka razy kończył i wznawiał karierę. Na dobre powrócił do łyżwiarstwa szybkiego po sukcesie Polek na igrzyskach w Vancouver. Sprzedał auto, kupił bilet i poleciał do Kanady trenować z Jeremym Wotherspoonem.

W ten weekend czołówka"Biało-czerwonych" startować będzie w Zakopanem w mistrzostwach Polski w wieloboju sprinterskim. Po raz ostatni przed wyjazdem na mistrzostwa świata na dystansach w Heerenveen (12-15 lutego) krajowi kibice obejrzą w akcji mistrza olimpijskiego z Soczi na 1500 m Zbigniewa Bródkę oraz Jana Szymańskiego i Konrada Niedźwiedzkiego, którzy wraz z nim tworzyli "brązową" drużynę na IO 2014. Zabraknie tylko Wasia, który na co dzień trenuje pod okiem Wotherspoona w Inzell.

Reklama

PAP: Jak pan trafił do niemieckiej akademii łyżwiarskiej?

Artur Waś: - Kiedy w 2010 roku rozpoczynano budowę hali lodowej w Inzell, w miejscu obecnej akademii stał... szpital. Stary i zrujnowany. Całe lato przepracowałem przy jego rozbiórce. Musiałem pomagać, bo inaczej nie miałbym szans na treningi w Niemczech. Przecież dopiero co wznowiłem karierę, a zamarzyły mi się sukcesy na miarę polskich panczenistek, które w Vancouver zdobyły olimpijski brąz. Potrzebowałem takiego bodźca. Wiedziałem, że to definitywny powrót do sportu. Wcześniej bywało różnie, ale to już przeszłość. Kryty tor w Inzell otwarto w marcu 2011 roku, lecz ja już wtedy byłem po konsultacjach z fenomenalnym Jeremym Wotherspoonem, rekordzistą świata na 500 m.

Dlaczego wielokrotny medalista igrzysk i mistrzostw świata zgodził się na współpracę z mało znanym wówczas polskim zawodnikiem?

- Mój holenderski menedżer udostępnił mi kontakt ze słynnym Kanadyjczykiem, który właśnie zakończył karierę i rozpoczynał pracę trenerską. Kiedy dostałem maila od Jeremy'ego, z wrażenia aż wstałem od komputera. Zapraszał mnie do siebie, chciał mnie poznać, zobaczyć co potrafię. Zapowiedział, że dopiero wówczas podejmie ostateczną decyzję. Wiedziałem, że dla mnie to wielka szansa, dlatego postanowiłem zainwestować w swoją przyszłość sportową. Sprzedałem samochód, kupiłem bilet i poleciałem do Calgary. Trochę w ciemno, lecz nie było wyjścia.

Ale po trzech tygodniach musiał pan wracać do Warszawy...

- Na szczęście w tych czasach odległość nie stanowi problemu - korespondowaliśmy mailowo, rozmawialiśmy za pośrednictwem skype'a. Trenowałem sumiennie według wskazówek Wotherspoona, na bieżąco wysyłałem mu sprawozdania. Miałem dużo szczęścia, bo mój szkoleniowiec został zaangażowany przez akademię w Inzell i mogliśmy zacząć stałą współpracę. Oczywiście nigdy nie zapomnę świętej pamięci trenera Andrzeja Święcickiego, u którego uczyłem się łyżwiarstwa.

Jakie są koszty pobytu w akademii i kto je pokrywa?

- Łączny koszt udziału w programie Kia Speed Skating Academy na jeden sezon to 27,5 tysiąca euro, a więc ponad 100 tys. złotych. Większą część pokrywa Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego, a dokłada się także międzynarodowa federacja (ISU), która zapewnia dofinansowania dla określonej liczby zawodników biorących udział w tym programie. Bardzo cieszę się że mogłem znaleźć się w tej wyselekcjonowanej grupie. Ale był taki sezon, kiedy musiałem sięgnąć do własnej kieszeni.

Z uwagi na sukcesy, to na panu skupia się główna uwaga Wotherspoona. W tym sezonie wygrał pan dwa Puchary Świata, a dwukrotnie był drugi. Inni panczeniści nie mają takich wyników.

- Są dwie grupy zawodników: sprinterzy i wieloboiści. Jeremy zajmuje się grupą sprinterów, a ze względu na to, że każdy płaci po równo, a niektórzy sami opłacają pobyt, uwaga trenera musi być podzielona równo na każdego z zawodników. Nie ma mowy o jakimś specjalnym traktowaniu. Ja sam nie uważam się za lidera, wszyscy pracujemy równie ciężko, by osiągać swoje cele, wspieramy i motywujemy się nawzajem.

Budowa toru w Inzell kosztowała 36 milionów euro. Kiedy doczekamy się zadaszonego obiektu w Polsce?

- Wiem, jak wygląda budowa toru, więc dopóki go nie zobaczę, nie uwierzę, że powstanie w naszym kraju. W maleńkim, niespełna 5-tysięcznym Inzell wiedzieli, że jeśli nie poszukają pieniędzy, to turyści nie będą tu przyjeżdżać. Ze względu na specyficzny klimat, coraz częściej padał deszcz, więc hala była wybawieniem. Stąd decyzja o swej reanimacji na mapie łyżwiarskiej Europy.

Rozmawiał: Radosław Gielo

Dowiedz się więcej na temat: Artur Waś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje