Zamiast toru lodowego "jezioro". Gdzie trafili polscy olimpijczycy? Gwiazda nie wierzy
- Mieliśmy świetnych juniorów, którzy są nad wyraz eksploatowani. I, mówiąc w żargonie sportowym, nie dożywają wieku seniora. To są marnowane talenty. Natomiast Damian Żurek był dobrym zawodnikiem, perspektywicznym, ale nie był wybitnym juniorem. Stąd jego kariera rozwijała się krok po kroku, małą żyłeczką dochodził do tego, co ma teraz - mówi w rozmowie z Interią obecna w Italii była gwiazda Katarzyna Bachleda-Curuś, pięciokrotna olimpijka i dwukrotna medalistka igrzysk w łyżwiarstwie szybkim.

Artur Gac, Interia: Kursuje pani za naszą kadrą po Włoszech. Gdzie jest pani obecnie?
Katarzyna Bachleda-Curuś: - Obecnie przebywam w Livinio. Wcześniej byłam, bodaj przez cztery dni, w Mediolanie. A później jadę do Bormio.
Kogo, jeśli nie panią, zapytać o spostrzeżenia, bo miała pani okazję z bliska przyglądnąć się naszym reprezentantom, które przejeździli pierwsze kilometry na tymczasowym torze do łyżwiarstwa szybkiego w Mediolanie. Rzeczywiście możemy potwierdzić, że miłe przypuszczenia dotyczącego podobieństwa lodu do Areny Lodowej w Tomaszowie Mazowieckim, mają odzwierciedlenie?
- Przede wszystkim powiedziałabym, że nie ma co skupiać się na tym, czy ten tor jest szybki czy wolny, bo on jest taki sam dla wszystkich zawodników w danej konkurencji i danego dnia. W tym sensie to nie jest najważniejszy punkt programu. Natomiast wydaje mi się, że przede wszystkim oni są dobrze przygotowani i nasze szanse medalowe, o których wszyscy mówimy i myślimy, mają realne szanse się spełnić. Chciałabym, aby tę dobrą dyspozycję, którą prezentują przez ostatni okres, byli w stanie utrzymać. Jeśli to się uda, myślę że będziemy mogli cieszyć się bardzo dobrymi wynikami.
W gruncie rzeczy nasi panczeniści stali się największą nadzieją do medalowych podiów.
- To prawda. A teraz wracając do pana poprzedniego pytania... Na pewno ten tor jest zupełnie inny. Tak naprawdę mamy tutaj halę w hali, bo łyżwiarska hala jest wpasowana w ogromną halę Expo. Śmiesznie to wygląda, bo wchodzi się jak właśnie do obiektu w obiekcie. Ten lód wydaje zupełnie inny dźwięk. I myślę, że to jest zaskakujące dla zawodników, bo myśmy zwrócili na to uwagę jako postronni obserwatorzy, a oni potwierdzili to po treningu. Bierze się to z tego, że jest wylany na zupełnie innym podłożu. Inną sprawą jest, że ten lód jest na pewno bardzo dobrze przygotowany. Tutaj nie mogę powiedzieć złego słowa, w tym sensie absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Poza tym, jak doskonale wiemy, tego typu zawody są na miejsca, a nie na czas.
Nie da się ukryć, że stawka jest bardzo wyrównana.
- O tak, bez dwóch zdań. Jeśli chodzi o sprint, to tutaj nie ma słabych gości, bo pierwsza dziesiątka może się zamknąć w 2-3 dziesiątych sekundy. Dlatego nie możemy powiedzieć, że ktoś był źle przygotowany, bo będzie piąty, a do medalu braknie mu kilku tysięcznych sekundy. Ten sport zacieśnił się bardzo, jeśli chodzi o sport. Trzeba pilnować szczęścia i chłodnej głowy.
Zwróciła pani uwagę na ten niespotykany dźwięk, który niesie się od uderzeń łyżew o taflę lodu.
- Ja bym powiedziała, że jest jak na jeziorze (śmiech). Miałam przyjemność jeżdżenia na jeziorze, więc to jedyne porównanie, które przychodzi mi na myśl, czy duża i otwarta przestrzeń, która jest pusta pod spodem. Nie wiem, jak zrobiono to konstrukcyjnie, ale sprawia to takie wrażenie, jakby lód został wylany w drewnianej rynnie, w której rozłożone są systemy mrożenia. Ten dźwięk jest niesamowity, podejrzewam że będzie on do wyłapania nawet podczas transmisji. Powtórzę, że jest to coś zupełnie niespotykanego, tak naprawdę ciężko ten dźwięk w ogóle opisać. Zwłaszcza, że u nas jest to podwójne uderzenie, czyli najpierw łyżwą, a później system klapy, czyli płoza, z powrotem uderza o but. To się jakoś tak synchronizuje, że mamy "pusty" dźwięk. Z czym takim nigdy, przez tyle lat kariery, jeszcze się nie spotkałam. Uważam, że to jednak nie powinno zawodnikom przeszkadzać, ani ich rozpraszać.
Niedawno, w Tomaszowie Mazowieckim, obserwowałem jak z dużym uznaniem uścisnęła pani Damiana Żurka, a następnie z serdecznością z nim rozmawiała. To zawodnik, który przyjechał do Mediolanu walczyć o dwa podia, na 500 m i 1000 m.
- Myślę, że Damiana na pewno na to stać. Przy czym na sam koniec są jeszcze rzeczy, na które Damian nie ma wpływu, czyli dyspozycja innych zawodników. Natomiast myślę, że ten chłopak wykonał ogromną robotę, jeśli chodzi o wykorzystanie własnych zasobów i możliwości. Myślę, że doprowadził się do absolutnej perfekcji w tym, co robi w tej chwili. Uważam, że jest on szalenie bliski mnie, jeśli chodzi o rozwój kariery. Bo jako junior, nie był spektakularnym zawodnikiem. Co, często gęsto, później wychodzi w wieku seniorskim na plus. Ja w wieku juniorki także nie byłam rozchwytywana, a dla porównania mieliśmy świetnych juniorów, którzy są nad wyraz eksploatowani. I, mówiąc w żargonie sportowym, nie dożywają wieku seniora. To są marnowane talenty. Natomiast Damian był dobrym zawodnikiem, perspektywicznym, ale nie był wybitnym juniorem. Stąd jego kariera rozwijała się krok po kroku, małą żyłeczką dochodził do tego, co ma teraz. A przecież on wciąż jest młodym zawodnikiem, ma 26 lat. Doszedł do świadomości doświadczonego sportowca, ze znajomością swojego ciała, a także ze świadomością konsekwencji, dla których pisze się na taki poziom zawodowstwa. Myślę, że na dzisiaj to kompletny zawodnik, z dużą pewnością siebie - nie mylić z arogancją, opartą na wierze we własne możliwości i przede wszystkim umiejętności.
Swoje umiejętności także podniósł wydatnie, co widać na sprinterskich dystansach.
- Uważam, że w tej chwili jest jednym z najlepiej jeżdżących zawodników, jeśli chodzi o wiraż. On poczynił duże postępy w technice swojej jazdy, obniżając pozycję. To są niuanse, które ja, jako łyżwiarz, widzę. Postronny widz tego nie zauważy, a te zmiany powodują to, że dojeżdża dystans do końca, nie podnosi sylwetki, a jego odbicia nie idą w powietrze, tylko wszystko do końca siedzi w lodzie. To efekt lat pracy, które w tej chwili owocują. Mam nadzieję, że przyjechał do Mediolanu zbierać te owoce.
Nie ma przypadku, że w ostatnich godzinach największy faworyt do złota, Amerykanin Jordan Stolz, wskazał właśnie na Damiana i Holendra Jenninga de Boo, jako swoich największych rywali.
- Tak układa się sezon, temu nie da się zaprzeczyć. Przede wszystkim, jak to mówię, łyżwiarstwo jest naprawdę wymiernym sportem. Ścigamy się na czas, tutaj nic nie można powiedzieć. To nie jest sport na widzimisię, jeden mniej - drugi bardziej, tylko tu po prostu wjeżdżamy na metę i wszystko jest jasne. Zwłaszcza ostatnie starty przed igrzyskami były szczęśliwe dla Damiana i myślę, że to jeszcze bardziej umocniło go w tym, że nie przyjechał tutaj robić tła, tylko odgrywać pierwszoplanowe role. Nie są to jego pierwsze igrzyska, te w Pekinie były bardzo wynaturzone, zawodnicy nie wspominają ich dobrze, a wręcz mówię, że to było bez sensu. Stąd myślę, że chęć u naszych, w tym Natalki Czerwonki, które nie chciała pozostawić sobie niesmaku olimpijskiego po Pekinie, chcąc zakończyć karierę w przyjemnych warunkach sportowej rywalizacji.
W Livionio, gdzie będzie pani stacjonować minimum do 10 lutego, spotkamy się w niedzielę przy okazji startu naszej innej kandydatki do medalu, snowboardzistki Aleksandry Król-Walas.
- Tutaj atmosfera jest również na tyle dobra, iż obserwuję wyczekiwaną chęć startu. A to jest najważniejsze wśród zawodników, jeśli nie mogą się tego doczekać. Ola bez dwóch zdań jest w gronie tak zwanych naszych nadziei i teraz trzymam kciuki, by wszystko ułożyło jej się tak, jak tego pragnie. Czyli przede wszystkim nie trafiała w żadne dziury i miała udane ślizgi. Z rozmów z trenerem i z tego, co sama widzę, konfiguracja stoku jest dla niej sprzyjająca i powinna jej "leżeć".
We Włoszech rozmawiał Artur Gac













