Wielkie nadzieje na olimpijskie medale. "Duma. Staliśmy się sportem numer jeden"
Łyżwiarze szybcy Kaja Ziomek-Nogal i Damian Żurek w sprintach oraz Władimir Semirunnij na dystansie 10000 metrów to być może nawet największe nadzieje medalowe reprezentacji Polski na igrzyska olimpijskiej w Mediolanie. - Te trzy nazwiska będą liczyć się w walce o medale. Nie mam zamiaru niczego ujmować naszym zawodnikom, ale Puchar Świata to nie to samo, co igrzyska. Oczywiście to ważne zawody, rozgrywane od wielu lat. Jednak na igrzyska panczeniści z całego świata szykują się przez cztery lata. To najważniejsze zawody w ich karierach i właśnie podczas nich trzeba dać z siebie wszystko - podkreśla Jaromir Radke, piąty zawodnik igrzysk w Lillehammer (1994) na 10000 metrów.

Andrzej Klemba, Interia: W XXI wieku to głównie skoczkowie i Justyna Kowalczyk zdobywali medale olimpijskie. Łyżwiarze szybcy swoje pięć minut podczas igrzysk mieli w 2014 roku. Teraz to właśnie panczeniści są głównymi nadziejami medalowymi. Dwa, trzy, a może coś jeszcze więcej?
Jaromir Radke: Jestem z tego zadowolony, że moja dyscyplina jest obecnie sportem zimowym numer jeden. Świetny sezon ma Damian Żurek, a jest tak, jak ja Tomaszowianinem, więc duma jeszcze bardziej mnie rozpiera.
Oprócz niego wymienia się jeszcze Kaję Ziomek-Nogal i Władimira Semirunnija…
- Tak, to rzeczywiście największe nadzieje medalowe. Są jeszcze biegi masowe i drużynowe, w których może być jeszcze coś do ugrania. Indywidualnie to na pewno te trzy nazwiska będą liczyć się w walce o medale. Nie mam zamiaru niczego ujmować naszym zawodnikom, ale Puchar Świata to nie to samo, co igrzyska olimpijskie. Oczywiście to ważne zawody, rozgrywane od wielu lat. Jednak na igrzyska panczeniści szykują się przez cztery lata. To najważniejsze zawody w ich karierach i właśnie podczas nich trzeba dać z siebie wszystko.
Damian Żurek ma największe szanse na podium?
- Na pewno cały sezon jeździ na równym i bardzo wysokim poziomie. W moich czasach też zdarzało się, że byli zawodnicy, którzy, nieważne jakie były warunki, a wtedy dużo zawodów odbywało się na otwartych torach, a więc wiało, padał deszcz lub śnieg, właściwie nie schodzili z podium i w ciemno można było ich tam stawiać. I bardzo podobnie było z Damianem.
Miał bardzo dobry początek za Oceanem, potem wygrywał także w Europie i w Tomaszowie podczas mistrzostw Europy.
W jego przypadku widać stały postęp. Niedawno zdobył też medal mistrzostw świata.
- To będą jego drugie igrzyska. W Pekinie zajął jedenaste i trzynaste miejsce, z czego nie do końca był zadowolony. Już wtedy się wypowiadał, że na następne igrzyska pojedzie po medale. Cel jest naprawdę wysoko postawiony i szanse są duże. Te cztery lata w jego przypadku na pewno nie zostały zmarnowane, a ta jego psychika… Podziwiam go i jestem dumny, że taki zawodnik pochodzi z Tomaszowa.
Jaki wpływ na to, że teraz są szanse medalowe miało wybudowanie zadaszonego toru w Tomaszowie Mazowieckim? Pamiętam, że lata temu zwykle kadra panczenistów trenowała w Niemczech lub Holandii.
- Zasłużyliśmy sobie na taki obiekt. Zazdroszczą nam go w Zakopanem, Warszawie czy Sanoku. Każdy miał apetyt na taki tor, bo to było przejście w XXI wiek. Takie obiekty to ja widziałem w latach 80. i 90. tylko na Zachodzie. Cieszyłem, że mogłem tam startować i trenować, ale też zazdrościłem. Możliwości wtedy mieliśmy ograniczone, ale kadra też była niewielka, bo kilka osób. Staraliśmy się jeździć na te dobre obiekty. W Polsce mieliśmy tor naturalny w Zakopanem, ale rzadko funkcjonował, bo te zimy już takie zmienne były i sztuczny w Tomaszowie, ale warunki na Zachodzie to były wtedy niebo a ziemia. Teraz to się bardzo pozmieniało i zawodnicy mają właściwie wszystko, czego potrzebują. Tak jak Holendrzy, Niemcy, Amerykanie czy Skandynawowie. My borykaliśmy się z problemami choćby masażu czy jakiejś odnowy. Jak trener załatwił rosyjskiego masażystę, to nas masował, ale takiej stałej ekipy nie było. W innych krajach całe sztaby ludzi jeździły z zawodnikami. Dlatego uważam, że tu w Tomaszowie mamy się czym chwalić. I to na pewno jest element sukcesu Damiana, bo może trenować w świetnych warunkach i w obiekcie na światowym poziomie. To tor nizinny, więc przy naprawdę dobrym przygotowaniu lodu mogą padać rekordowe wyniki. Obecnie przed igrzyskami zawodnicy są w życiowej formie. Wydawało się, że rekordy toru są wyśrubowane, a Władek na 5 tysięcy metrów go poprawił i zbliżył się do rekordu Polski.
Od medali w Soczi Zbigniewa Bródki, a także w konkurencjach drużynowych Polek i Polaków mija w tym roku 12 lat. Skąd wzIęli się następcy?
- Na pewno to efekt tego, że w sporcie są pieniądze i widać pracę Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. Zawodnicy mają wszystko zapewnione. Dzisiaj trenują na lodzie, a jak jutro chcą jechać do Hiszpanii na rower, bo czują taką potrzebę, to daje się to zorganizować. Słyszę od innych łyżwiarzy, jak to teraz wszystko wygląda i z jednej strony czuję pewną zazdrość. Gdyby taka hala w Tomaszowie była w moich najlepszych latach, to te medale, które były bardzo blisko, stałyby się bardziej realne. Wtedy na odkrytym torze była masa problemów. A to nawiało liści, jakiegoś piasku, lód stawał się wolny i nierówny. Wtedy jest inne czucie mięśniowe na pewnych prędkościach. Później jechałem do Niemiec czy Holandii i jakbym był w innym świecie. Lód równiutki, gładki, szybki i znów inne czucie mięśniowe. Przy takich już wyśrubowanych wynikach, to naprawdę duża różnica. Śmiałem się, że na zawodach za granicą, to jakbym się uczył na nowo jeździć. W Tomaszowie wybudowanie tego obiektu sprawiło, że mamy pięć klubów, w którym szkolą się młodzi panczeniści. Dzieci, a jednym z nich był właśnie Damian, mają naprawdę super warunki, tylko trzeba chęci i lubić to robić.
Sporo mówimy o Damianie, a Władimir Semirunnij jest wielkim odkryciem i odkąd ma polskie obywatelstwo liczymy mocno też na niego.
- Jak przyjechał do Polski, to zamieszkał właśnie w Tomaszowie. Tu trenował, trenował i trenował. Nie jeździł nigdzie po świecie, a podczas krajowych zawodów był dopuszczony poza konkursem, bo nie mógł oficjalnie startować. Już wtedy prezentował wysoką formę, a tu się jeszcze rozwijał. Kiedy dostał polski paszport, to od razu wystartował w mistrzostwach świata. Zdobył srebrny i brązowy medal. Jeszcze jak reprezentował Rosję, to mówiło się o nim, że jest bardzo dużym talentem, szczególnie w biegach długich. 10 tysięcy metrów leży mu nawet bardziej, ale szkoda, że nie udało się mu się też zakwalifikować na 5000 metrów. Będzie się też ścigał na 1500 metrów, ale za dużych szans nie ma. Za to na 10 tysięcy metrów będzie bardzo ciekawie, bo Skandynawowie tak łatwo nie odpuszczą. Jest Norweg, nowy rekordzista świata, jest też świetny Czech, Włoch Giotto łatwo skóry nie sprzeda i jeszcze kilku innych.
Najgroźniejszy rywal Żurka to Amerykanin Jordan Stolz?
- Na pewno tak. Myślę, że on celuje w cztery złote medale - na 500, 1000 i 1500 metrów, a do tego w biegu masowym. Próbował też startować na 5000 metrów, ale teraz jest ogromna specjalizacja na każdym dystansie i to było już dla niego trochę za długo. Ma dużą wytrzymałość i szybkość, co w biegu masowym jest kluczowe. Gdyby zdobył cztery złote medale olimpijskie, to przejdzie do historii. Na pewno w krótkich i średnich biegach jest fenomenem. W walce z Damianem będą też liczyli się Holender, Koreańczyk, Japończyk i może jeszcze jeden Amerykanin. Cały czas nie ma Rosjan, a oni zawsze też byli mocni w łyżwiarstwie szybkim. Jakby za moich czasów nie startowali Norwegowie czy Holendzy, bo coś odwaliliby w świecie i byli niedopuszczani do igrzysk, to ja bym zdobył medal igrzysk, bo przede mną na 5000 metrów było dwóch Holendrów i dwóch Norwegów. A Rosjanie zawsze byli potęgą.
Mam wrażenie, że dystans 500 metrów jest obciążony największym ryzykiem spóźnionego startu, poślizgnięcia się i już po medalu?
- To prawda. Za wolne otwarcie, potknięcie i koniec. Zawodnik ma każdy metr jakby przeliczony, wkalkulowany, jak powinien pojechać, jak wejście zrobić w wiraż, jakim rytmem biec. Wystarczy minimalny błąd i już właściwie nie ma powrotu, bo różnice liczą się w tysięcznych częściach sekundy. Przy dłuższych biegach jest jeszcze szansa nadrobienia. Chociaż nadeszły czasy, że Norweg ustanowił rekord świata na 5000 metrów i niemal wszystkie rundy pojechał równo po 28 sekund. Kiedyś to sprinterzy tak szybko jeździli.
Margines błędu jest coraz mniejszy, a bieg musi być perfekcyjnie zaplanowany, jeśli marzysz o medalu.
Widzi pan kogoś z naszej kadry, kto poza tą trójką, kto mógłby sprawić niespodziankę?
- Może Marek Kania, jakby miał bieg życia. Przed sezonem odgrażał się też Piotr Michalski, że ma coś do udowodnienia po Pekinie. Ten sezon ma jednak bardzo nierówny, podobno miał problemy z łyżwami i ułożeniem się na wirażu. Tuż przed igrzyskami pokazał się nieźle, ale wielu zawodników odpuścilo już ostatni Puchar Świata, choć akurat Damian pobił rekord toru w Inzell na 500 metrów. Bardzo się cieszę z tego wszystkiego, co dzieje się wokół polskiego łyżwiarstwa, ale świat też nam nie odpuści. Norwegowie nie mają ostatnio dobrych sprinterów, ale w długich biegach będą groźni. Holendrzy zawsze chcieliby jak najwięcej medali, ale od czasu jak Kramer skończył karierę to na dłuższych dystansach mają problemy. Cały czas się ktoś pojawia, nie tak dawno Szwed, Van de Poel, pojawiają się Francuzi i Czesi, którzy kiedyś nawet nie liczyli się w zawodach, a teraz będą walczyć o medale.




















