Ważą się losy Władimira Semirunnija. Szef misji olimpijskiej oficjalnie
23-latek rodem z obwodu swierdłowskiego należy do wąskiego grona kandydatów w reprezentacji Polski do medalu olimpijskiego. Panczenista Władimir Semirunnij wywalczył sobie dwie kwalifikacje: na 1500 metrów, a zwłaszcza na swoich koronnych 10 kilometrach. Wciąż jest szansa, że załapie się także na "piątkę". - Występ w polskich barwach znaczy dla mnie wszystko. Polska dała mi możliwość startować, a co ja mogę zrobić dla Polski, to zdobywać medale i śpiewać hymn - zapowiada. Celuje w złoto.

Genialny w tym sezonie Damian Żurek, łapiąca szczytową formę Kaja Ziomek-Nogal, atakujący z drugiej linii Andżelika Wójcik i Marek Kania oraz on - Władimir Semirunnij. To zwłaszcza o tym gronie naszych panczenistów mówi się, że są zdolni być największymi bohaterami kadry "biało-czerwonych" na rozpoczynających się 6 lutego zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo.
Semirunnij: Odwdzięczyć się Polsce medalami i śpiewaniem hymnu
Władimir Semirunnij, podobnie jak znakomita większość Polaków, jest przeciwnikiem rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Przy czym młody sportowiec znalazł się w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo urodził się w Rosji i to była jego ojczyzna. Jednak po wybuchu pełnoskalowej wojny swój nowy dom znalazł w Polsce. A już w sierpniu 2025 roku oficjalnie otrzymał polskie obywatelstwo i jest jednym z nas.
O reprezentowaniu Polski mówi pięknie, zresztą podobnie było podczas niedawnych mistrzostw Europy w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie nie zabrakło wysłannika Interii. Semirunnij okazywał wdzięczność, a swoje podziękowania w myśl wypowiedzianych w piątek w Centrum Olimpijskim słów, które są wprowadzeniem do tego materiału, wówczas wcielał w życie.
Gdy ze złotem stanął na najwyższym stopniu podium i wybrzmiał "Mazurek Dąbrowskiego", pokazał, że słowa nie mają przed nim tajemnic. Gdy więc teraz mówi, że chce zdobywać medale i śpiewać hymn, nie mamy wątpliwości, że temu podoła. Jedyne, co jeszcze mógł zrobić w ciągu ostatnich tygodni, to bardziej "na blachę" wykuć słowa. I potwierdza, że to się dokonało.
- Tak. I najważniejsze, żeby był grany w bardzo podobnym rytmie (śmiech). Przyjaciel Marcin Bachanek mówił, że ostatnio na ME refren był wolniejszy, ale i tak wyszło i dałem radę - mówi Semirunnij, młodzian niezwykle pozytywnie usposobiony do życia. Czy to tylko złudzenie? Bynajmniej nie, co w rozmowie z z Interią wyraźnie akcentuje szef misji olimpijskiej, a także dyrektor w PZŁS Konrad Niedźwiedzki.
- To jest zawodnik, dla którego nie ma problemów treningowych. Generalnie on jest mało problematyczny, a bardzo skoncentrowany na sobie. Ma cel i go po prostu skrupulatnie realizuje. To sportowiec bardzo pracowity, który nie rozkojarza się drugorzędnymi rzeczami, tylko patrzy na to, co ma zrobić. A jeśli nie wyjdzie tak, jak tego oczekuje, on sam to doskonale wie i zaraz stara się to poprawić. Współpraca z takimi zawodnikami, jak Władimir czy Damian Żurek, który jest podobnym zawodnikiem pod tymi względami, to naprawdę czysta przyjemność - stwierdził medalista w drużynie z ZIO w Soczi.
Skoncentrowany na jak najlepszy wynik Semirunnij zacierał ręce, że krótko po ceremonii wręczenia nominacji olimpijskich i złożonym ślubowaniu kadra prezydenckim samolotem udała się do Mediolanu.
- Już w sobotę (dzisiaj - przyp.) wchodzimy na lód, więc fajnie, że od razu mogę go "spróbować". Do startu na 10 km będę miał dwanaście dni, więc spoko, będę codziennie korzystał z możliwości. Największa praca już zrobiona, teraz po prostu zostaje złapać odczucie lodu i bawić się jazdą - zapowiada Władimir.
W zasadzie tylko jednak kwestia wywołuje w nim słodko-gorzkie odczucia. Poza swoim koronnym dystansem i tym na 1500 m, naturalizowany Polak wciąż ma sporą szansę, iż dostąpi zaszczytu startu na trzecim dystansie: 5000 m. Nieprzerwanie widnieje na liście, jako pierwszy rezerwowy...
- Wiem, że nie jestem jeszcze na nią zakwalifikowany, ale z myślą o "piątce" szkoda, że tylko tydzień wcześniej będę trenował na tym lodzie. Jednak czekam i dalej wierzę w to, że będę mógł wystartować. Jeśli mi powiedzą nawet dzień przed, że startuję, to jestem na to gotowy - deklaruje nasz reprezentant.
I zapewnia, że na razie przedolimpijski luz przykrywa olimpijską presję, choć zwraca uwagę, że pewnej rutyny tym razem zabrakło, by lepiej obeznać się z obiektem. - Trochę smutno, bo zawsze było tak, że rok przed igrzyskami mistrzostwami świata już odbywały się na olimpijskim torze. A teraz mamy tydzień, żeby się zaadaptować.
A w całej sprawie, z wielością konkurencji, chodzi także bowiem o wymierne kwestie, takie jak rozkładanie akcentów treningowych. - Fajnie byłoby się dowiedzieć o tym jak najszybciej, bo trenuję bardziej pod 10 km. I ważne będzie to, aby tuż przed nie zrobić za dużo treningu na rowerze - zauważa.
Jak ta sprawa wygląda od strony formalnej? Tutaj Interia wróciła do Niedźwiedzkiego, który jest najlepszym adresatem takiego pytania. - Cały czas czekamy na werdykt. Myślę jednak, że to rozwiąże się przed samym startem. Niestety uważam, że to kwestia nie godzin, a raczej dni - twierdzi pracownik Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego.
Wracamy do koronnego dystansu Semirunnija na 10000 m, który jest jego perłą w koronie. Zapytany, z jakimi nadziejami stanie na starcie wyczerpującego biegu, nawet przez sekundę nie podparł się żadną asekuracją.
- Jadę walczyć o medal. I to na pewno złoty. Bo z czasów z tego sezonu dysponuję najlepszym rezultatem, a 10 km to mój ulubiony dystans. Wiem, że jest nas 5-6 kandydatów, będących wynikowo bardzo blisko, ale nie patrzę na innych. Jestem zależny od tego, co robię sam i razem z trenerem.
Inaczej wygląda optyka panczenisty, gdy zaczyna rozważać swoje szanse na wysokie miejsce na dystansie 1500 m. Tu już w grę wchodzą aspekty, które skutecznie mogą ograniczyć jego szanse, a na razie nie jest zawodnikiem aż tak wszechstronnym.
"Niesamowite możliwości. Domknąć piękną historię na igrzyskach"
- To będzie zależne też od jakości lodu. Im szybszy będzie lód, tym moje szanse będą się zmniejszać, bo nie czuję się super pewny na szybkich rundach. Bardziej lubię wolny lód, bo moja technika mocniej pod niego odpowiada, ja lubię ciężką pracę. Ale podobno ma być wolny, jak w Tomaszowie. Najważniejsze, że ma łuki jak w Tomaszowie. Bo na przykład w Inzell promień z łuków jest mocniejszy, co wymaga innej techniki, a nawet zmiany płóz. Jeśli więc będzie podobnie, jak na moim domowym torze, to już bardzo dobrze - uśmiecha się sportowiec.
Po ostatniej próbie w Pucharze Świata w Inzell odczuwa niedosyt, mimo na 5000 m czasem 6:07.81 ustanowił rekord Polski i zarazem rekord życiowy. Ten imponujący rezultat przełożył się jednak dopiero na szóste miejsce. Zawodnik zwraca jednak uwagę, że nie przygotowywał się specjalnie pod ten występ, a w dodatku wspomniane, ostre łuki, nie dają mu pełnego komfortu jazdy, co przekłada się na szybkość na całym dystansie. - Dodatkowo problem tamtej "piątki" był taki, że startowałem w pierwszej parze, a wówczas dają tylko kilka minut, by lód "postał", przez co jest mniej twardy.
Na trybunach tymczasowej areny lodowej w Mediolanie pojawi się tylko dziewczyna łyżwiarza. Z powodów proceduralnych zabraknie innych jego najbliższych. - Z rodziny nie będzie nikogo, bo ciężko byłoby wyrobić wizy. Po kwalifikacji na 10000 m chciałem to od razu zacząć, ale były tak długie kolejki, że nie zdążyłbym tego zrobić - tłumaczy.
Konrad Niedźwiedzki przyznaje, że Semirunnij cały czas udowadnia, iż jest zawodnikiem z gigantycznym potencjałem. W kontekście tych igrzysk możemy mówić o nieprzewidywalności, bo 23-latka w gruncie rzeczy już stać niemal na wszystko, ale też nie ma takiej gwarancji.
- To prawda, przy czym gwarancji nie ma w przypadku nikogo, bo to jest jeden start, który trwa od 34 sekund do prawie 13 minut. Decydowała będzie forma dnia i mnóstwo innych rzeczy, które składają się na wynik sportowy - mówi szef misji. I dodaje:
Władimir już kilkukrotnie nas zaskoczył. Wiemy, że ma niesamowite możliwości i oby ta historia, która już jest bardzo ciekawa, zamknęła się w piękną opowieść na igrzyskach. Zwłaszcza patrzę tu na 10 km, gdzie jest najmocniejszy. Przy czym konkurenci pokazali w Inzell, że są w niesamowitej formie, ale uważam, że to też nie było jego ostatnie słowo.
Z Centrum Olimpijskiego - Artur Gac














