Urodzona w Niemczech reprezentantka Polski przestrzega. "Wszyscy w szoku"
Oficjalnie igrzyska olimpijskie w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo zostaną otwarte 6 lutego, ale rywalizacja w bobslejach rozpocznie się dopiero od 15 lutego. Do tego czasu "biało-czerwoni" będą mieli trochę czasu, aby spróbować polubić się z rynną, o której unikalności Linda Weiszewski miała okazję dobitnie przekonać się w połowie listopada. - Wszyscy byli w szoku - nie ukrywa urodzona w Niemczech reprezentantka Polski.

Wyniki na najlepszych sportowców Polski 2025 roku pokazały w wielu plebiscytach, zresztą nie po raz pierwszy, że "polski sport jest kobietą". Potwierdzenie takiego stanu rzeczy na zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie, a w tym przypadku ściśle mówiąc - w Cortinie, będziemy mieli w bobslejach.
Zadanie: "wyjść z szoku". Linda Weiszewski ws. startu
W tej dyscyplinie sportu na najważniejszą imprezę sportową świata zakwalifikowały się dwie zawodniczki: Linda Weiszewski (wystąpi w monobobie oraz w rywalizacji dwójek), a także Klaudia Adamek. Ta druga zapisuje się właśnie w historii rodzimego ruchu olimpijskiego, będąc pierwszą naszą reprezentantką, która wystąpiła wcześniej także na letnich igrzyskach (sztafeta 4x100 m).
Adamek, co podkreślała w ostatnich dniach, czuje nieprawdopodobną dumę, iż osiągnęła coś, czego sama się nie spodziewała. - Nie marzyłam nawet o tym, by wpisać się w taką historię - podkreślała podczas odbierania nominacji, a dowód ślubowania mogliśmy zaobserwować, gdy wyczytywała słowa ślubowania.
Wielki rozdział w swojej karierze zapisze także 26-letnia Linda Weiszewski. Urodzona w Niemczech, ale w polskiej rodzinie, więc wracając do kraju rodziców wchodząc w nastoletni wiek stało się niemal jasne, że będzie chciała reprezentować kraj nad Wisłą.
W 2019 roku, wcześniej uprawiając inne sporty, postawiła na bobsleje i ten wybór okazał się być strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu, lada dzień, wystartuje w dwóch konkurencjach olimpijskich, to jest w dwójce kobiet oraz w monobobie. Starty z udziałem Polek odbędą się w dniach 15-21 lutego w legendarnej Cortinie, gdzie przed 70-laty miały miejsce piękne dla naszego kraju igrzyska, bowiem to tam medalową niemoc przerwał Franciszek Gąsienica-Groń. Doskonale z kultowości miejsca zdaje sobie sprawę zawodniczka Floty Gdynia.
- Ekscytacja jest duża, bo spełniłam jedno z moich największych marzeń. Przystąpię do rywalizacji z uśmiechem na twarzy i będę walczyć o swoje. A co do miejsca, to trener mi pokazywał, jaki tor tam był wcześniej. Dzięki Bogu, że na czymś takim już nie jeździmy - roześmiała się Weiszewski.
Śmiech był jednak słodko-gorzki, bo szybko okazało się, że najbliższe dni w Cortinie - do czasu wybicia "godziny zero", będą niezwykle ważne. Zawodniczka odszukała w telefonie zdjęcia, by precyzyjnie wskazać, kiedy o specyfice nowego obiektu przekonała się na własnej skórze. Było to w połowie listopada.
- Po tym, czego doświadczyłam, przekonałam się, że nie ma drugiego takiego toru, który dawałby najbardziej zbliżoną praktykę. Wszędzie wiraże są takie same, a w Cortinie jest zupełnie inaczej. Wszyscy byli w szoku, jak pierwszy raz wsiedli do boba. Mówili: Co to jest za tor, co tu się dzieje? - opowiada nam Weiszewski.
I precyzuje, że największe wyzwanie dotyczy pierwszego, drugiego, a także czwartego wirażu. - Wszyscy, jak zawsze, zaczęli późno sterować na wyjściu i uderzali za każdym w bandy. Chodzi o to, że zazwyczaj z wirażu schodzi się na samym końcu, a tu wychodzi się z wirażu w połowie, żeby utrzymać ciśnienie i je budować, aby nie stracić prędkości - dodaje reprezentantka Polski.
Zwraca jednak uwagę, że spodziewać można się wszystkiego, o czym Włosi pozwoli się przekonać właśnie podczas tamtego pobytu. Zaznacza, że o ile jeszcze na treningach miała tak naprawdę najlepsze wyniki, to później podczas zawodów "przejechała się" na swoim optymizmie, gdy przyszło jej zjeżdżać na szybszej nawierzchni. - Gdy wsiadłam do bobsleja, mówiłam do siebie "co tu w ogóle się dzieje? Jedno wielkie rodeo". Nigdy na takim lodzie nie jeździłam, więc nie miałam pojęcia, jak się zachować - szczerze stawia sprawę.
Teraz nasza zawodniczka będzie miała pełne spektrum najświeższych odczuć. Nie tracąc nadziei, że osoby decyzyjne jednak coś zmienią, by tor nie był aż tak ciężki do przejechania i nie powodował, że praktycznie wszyscy będą uderzali na wirażach. - A jeśli nie będzie korekt, to przejazdy mogą wyglądać dziwnie, bo inaczej nie da się przejechać - zaznaczyła.
Biorąc to wszystko pod uwagę 26-latka cieszy się na dni, który pozostał do zawodów. - Ja i inni mamy trochę czasu, by nauczyć się, jak przyjechać te trzy najtrudniejsze wiraże - mówi. Przyznała, że ma bardzo dobry kontakt z trenerem niemieckim, który także pomógł jej zgłębić tajniki olimpijskiego toru.
W monobobie Weiszewski będzie zdana sama na siebie. Inaczej wygląda sprawa w dwójce, razem z Klaudią. Jednak niezwykle ciekawie odpowiedziała na pytanie, że tutaj - na dystansie 1600 metrów, przy 16 wirażach i prędkości oscylującej wokół 130 km/h - nieodzowne jest wzajemne, duże zaufanie.
- To znaczy ona musi je mieć do mnie. Nie jest ze mną od początku, bo najpierw jeździłam z Mariką Zandecką (na ZIO jest rezerwową - przyp.). Więc ona, że tak powiem, przecierpiała najwięcej, bo wtedy się uczyłam, więc pierwsze dwa lata były tragiczne. A tutaj już, żeby brzydko to nie zabrzmiało, przyszła na gotowe. Po prostu przyszła do pilotki, która w jakiś sposób już potrafiła jeździć. I przez całe dwa sezony, gdy jeździmy razem, miałyśmy tylko jeden wypadek - podkreśla.
Weiszewski nie stawia sobie konkretnego celu wynikowego, tylko bardziej zakres lokat, który da jej satysfakcję.
- Chciałabym być w Top 10, bo jeździłam na Pucharze Świata w tych okolicach. A nawet, po pierwszym ślizgu w Sankt Moritz, udało mi się być w Top 5 w monobobie. Tak naprawdę wszystko jest możliwe. Jeśli ogarnę ten tor tak, jak robiłam to na początku ślizgów tutaj, to może być ciekawie - odpowiada z optymizmem.
Zapytana, czego życzy się w tym sporcie, uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Żeby bobslej był lekki i szybki!
Z Mediolanu - Artur Gac














