To koniec, medal nie dla Polski. Gwiazda kadry do bólu szczera. Ogłasza ws. kariery
Wraz ze startem trójki naszych zawodniczek: Kai Ziomek-Nogal, Andżeliki Wójcik i Martyny Baran, definitywnie zakończyły się szanse reprezentantów Polski na najbardziej sprinterskim, łyżwowym dystansie 500 m. W ostatnich dniach presja skupiała się na Damianie Żurku, spokojniejszą głowę miała Ziomek-Nogal, ale to wystarczyło do 6. miejsca. - Jest ze mną miks uczuć. Od żalu, smutku, niedosytu... Ale też duma samej z siebie - mówi 28-letnia lubinianka.

Bardzo ostrzyliśmy sobie zęby na start Kai Ziomek-Nogal na jej koronnym dystansie, bowiem po dwóch czwartych miejscach Damiana Żurka, pozostała nam ostatnia szansa na dystansie, do którego "na papierze" przymierzaliśmy się przed igrzyskami na podium. Wierzyli w to również szefowie Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, czego w mniej oficjalnych rozmowach nie ukrywali.
Kaja Ziomek-Nogal: Najpierw poczułam uderzenie, że nie wyszło
28-letnia panczenistka klubu MKS Cuprum Lubin przeszła długą drogę. Zdecydowała się na macierzyństwo, po czym podjęła walkę, aby po raz trzeci wystartować na igrzyskach olimpijskich. Choć słowo "wystartować" nie jest tutaj najbardziej odpowiednie, żona byłego zawodnika Artura Nogala wybrała powrót dlatego, bo przyświecały jej duże cele.
I te realizowała w sezonie, coraz lepiej spisując się w zawodach Pucharu Świata, ostatecznie przyjeżdżając do Mediolanu z pozycji wiceliderki klasyfikacji generalnej. Fachowcy oceniali, że poza Femke Kok i Juttą Leerdam, to właśnie w naszej reprezentantce trzeba upatrywać mocnej kandydatki do podium.
I w swojej parze Polka jechała tak, że jeszcze na ostatnim łuku przy jej wyniku mieliśmy kolor zielony, oznaczający najlepszy czas. - Usłyszałam tę wrzawę. Finisz jednak zawsze był moim najsłabszym elementem. Pracowałam nad tym, co jeszcze technicznie można poukładać, by było lepiej - dzieliła się wrażeniami.
Trzeba przyznać, że otwarcie było istnie piorunujące. Z drugiej strony to jednak specjalność zakładu naszej kadrowiczki. - Nie przypuszczałam, że tu może być inaczej - przyznała i obszernie zaczęła dzielić się swoimi refleksjami z biegu. - Niektórym zawodniczkom trener pokazuje czas otwarcia. My umówiliśmy się, że tego nie robimy, bo nie lubię. To nie spowoduje, że pojadę szybciej, a tylko się rozpraszam. Niestety trener rywalki miał tablicę i widziałam, ile ona otworzyła. Więc to dało mi wiedzę, że moje na pewno było szybsze, bo czułam, że byłam od niej szybsza - przyznała.
W rozmowie rozpędziła się tak, że dokonała analizy aż do mety.
- Druga prosta była takim momentem, który miał być bardzo istotny, by jeszcze budować prędkość. Wejście w mały wiraż było udane, a to element, którego ewentualnie trochę się obawiałam. Ten finisz nie wyszedł. Można powiedzieć, że po co rozgrzebywać rany... Choć nie chciałabym nazywać tego raną. Nie było medalu, ale jest 6. miejsce. To nie był mój cel, to nie spełnienie marzenia, ale wynik, który jest niezły. Chciałabym spróbować oswoić się z taką myślą i z nią wyjechać - zaznaczyła Kaja, cały czas tocząc walkę, aby nie poddać się emocjom.
Faktem jest, że droga do złotego medalu została bardzo mocno wyśrubowana przez Kok, która ustanowiła rekord olimpijski czasem 36.49. To rezultat znacznie lepszy od rekordu życiowego Polki (a zarazem rekordu Polski), która od 8 lutego 2020 roku legitymuje się 37.08. Co innego sytuacja z drugim miejscem na podium (czas drugiej Leerdam wyniósł 37.15).
- Gdy zobaczyłam czwórkę przy swoim nazwisku, najpierw poczułam uderzenie, że nie wyszło. Ale rozkleiłam się dopiero, jak wszyscy moi ludzie stanęli... Żeby być tutaj na podium, nie trzeba było aż tak wyśrubować wyniku. Lecz gdybym pobiła rekord, byłabym z siebie niesamowicie dumna, bo mój ma już kilka lat. Gdybym to zrobiła, to postawiłoby mnie na 2. miejscu. Tego chciałam, o tym marzyłam... - nie ukrywa dwukrotna medalistka mistrzostw świata i złota medalistka mistrzostw Europy.
Przed oczami przeszła jej oczywiście ta droga, którą pokonała po przerwie na macierzyństwo. A było to wielkim wyzwaniem, by powrócić na ścisły, światowy poziom.
- Dałam radę, doszłam do tego momentu. Wróciłam do sportu po urodzeniu córy właśnie po to, by stanąć na starcie tych igrzysk. Na początku nie spodziewałam się, czy będzie to możliwe. Miałam coraz lepsze wyniki w Pucharach Świata, rozkręcałam się i wierzyłam, że igrzyska są coraz bardziej możliwe. A ostatnie miesiące pokazały, że mogłam tutaj walczyć o medal. Tak zamierzałam i tak zrobiłam. Walczyłam z całych swoich sił - podkreśliła.
Co z dalszą karierą 28-latki? Kluczowy komunikat od Ziomek-Nogal
Co dalej? Wszak Ziomek-Nogal zakładała, że wraca tylko z myślą o tych igrzyskach i nastanie koniec, ale... - Ostatnimi czasy już pojawiała mi się w głowie myśl, że to może jednak nie koniec; że zobaczymy, może za cztery lata znowu będziemy rozmawiać. I będzie trochę więcej powodów do radości. Z mężem jednak dopiero ustalimy, co dalej, bo poświęcił ogrom swojego życia i wszystkiego, bym ja mogła tutaj wystartować. Będziemy to układać i zobaczymy, co stanie się po tym sezonie - odparła panczenistka.
Dopytana przez Interię, czy ogłoszenie ostatecznej decyzji to perspektywa bardzo bliska, a może dadzą sobie z Arturem trochę więcej czasu, by podjąć ją absolutnie przemyślanie, odparła:
- Na pewno damy sobie czas. Bo nawet jeśli zrobiłabym sobie przerwę, to właśnie pokazałam, że jestem w stanie wrócić po ciąży do szczytowej formy. Mam czas, by podjąć te najważniejsze decyzje - podkreśliła Ziomek-Nogal. Za cztery lata będzie miała 32 lata, a to nie jest jeszcze sufit w jej sporcie. Przykładem Japonka Miho Takagi, rocznikowo właśnie 32-latka, tutaj z brązowym medalem igrzysk olimpijskich na 500 m.
Z Mediolanu - Artur Gac














