Świetne polskie igrzyska. Prawdziwy "włoski cud"
Przed rozpoczęciem zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo sprawa była jasna. Tę imprezę mieli nam zrobić panczeniści. Nie dziwi zatem fakt, że na Mediolanie koncentrowała się uwaga kibiców i dziennikarzy. Tymczasem psikusa zrobił 19-letni Kacper Tomasiak i to dzięki niemu dorobek medalowy Biało-Czerwonych jest tak okazały. Dla Polski to były jedne z lepszych zimowych igrzysk olimpijskich w historii. A jak wypadli Włosi, jeśli chodzi o organizację? W telewizji wyglądało to ładnie. Od kulis nieco gorzej.

W skrócie
- Polska reprezentacja zdobyła cztery medale na zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo.
- Największym sukcesem były występy skoczków narciarskich, w tym 19-letniego Kacpra Tomasiaka, który zdobył trzy medale.
- Organizacja igrzysk była krytykowana za chaos, prowizoryczne rozwiązania i kłopoty z transportem.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Cztery medale. Tyle wywalczyła reprezentacja Polski w zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo. Prawdziwe żniwa miały być na torze łyżwiarskim. Z dużej chmury jednak mały deszcz. W Mediolanie skończyło się na srebrze Władimira Siemirunnija w wyścigu na 10 000 metrów. To on uratował polskie panczeny przed klęską, bo za taką należałoby uznać powrót z igrzysk nez medalu.
Dość niespodziewanie największe sukcesy na igrzyskach święcili polscy skoczkowie. Ci, których brukano przez cały sezon. Wysyłano im groźby. Oni po raz kolejny nie zawiedli. Trener Maciej Maciusiak ze swoim sztabem "oszukał" cały świat, a prawdziwym bohaterem był 19-letni Kacper Tomasiak. To a propos tych wszystkich głosów, że nie mamy zdolnej młodzieży. Od wielu lat pisałem o tym, że nadchodzi pokolenie w skokach, jakiego jeszcze nie mieliśmy. Jeśli tylko zostaną dobrze poprowadzeni, to emocje na najbliższe lata mamy zapewnione.
Jedne z najlepszych w historii zimowych igrzysk olimpijskich dla Polski
Największą szansę w Predazzo Polska miała w konkursach duetów. Na szczęście z formą zdążył Paweł Wąsek - w tym miejscu ukłony dla trenera Maciusiaka za pracę, jaką wykonali - i został z Tomasiakiem wicemistrzem olimpijskim. I to kilka tygodni po tym, jak na Turnieju Czterech Skoczni nie było w nim niemal życia.
Tomasiak do tego dołożył srebro na normalnej skoczni i brąz na dużej. Z miejsca stał się gwiazdą światowych skoków. Dokonał tego, czego nie udało się nikomu w historii polskiego sportu, jeśli chodzi o mężczyzn. Wywalczył na jednych igrzyskach trzy medale.
Pod względem liczby zdobytych punktów - za miejsca 1-8 - Polska zanotowała trzeci najlepszy występ w historii. Lepsze były tylko igrzyska w Soczi (2014) i Vancouver (2010).
Niewiele do medalu - i to dwa razy - zabrakło Damianowi Żurkowi, Kai Ziomek-Nogal, Marynie Gąsienicy-Daniel i Aleksandrze Król. Pachniało zatem najlepszym występem w historii.
Interia Sport przewidziała. Kacper Tomasiak miał być czarnym koniem, a razem z Pawłem Wąskiem miał "wyczarować" medal
I od razu przypomina mi się artykuł, jaki napisałem przed igrzyskami: "Ogrom polskich szans w zimowych igrzyskach olimpijskich. Nie wrócimy bez medalu".
Tak pisałem w tekście o Tomasiaku: "Dla niego to będzie debiut w igrzyskach, a jego siłą jest spokój i opanowanie. Nie jest wykluczone, że skoczek z Bielska-Białej sprawi nam miłą niespodziankę. Szczególnie dobrze w jego wykonaniu może wyglądać rywalizacja na normalnej skoczni. Na niej może być on czarnym koniem".
Dalej było o medalowej szansie Pawła Wąska: "Na skoczni narciarskiej chyba najbardziej będziemy liczyć na zmagania w duetach. To właśnie w tej konkurencji Polacy zanotowali jedyne podium tej zimy, a i w przeszłości wiodło się nam w niej nieźle. Jeśli prawdą jest, że coraz lepiej poczyna sobie Paweł Wąsek, to może on z Tomasiakiem stworzyć parę, która >>wyczaruje<< medal. To jest na pewno jedna z kilkunastu szans medalowych Polaków w tych igrzyskach".
Wymieniałem kilka szansa medalowych panczenistów i wieszczyłem walkę o medal Gąsienicy-Daniel oraz Aleksandry Król-Walas. I tak było.
To największa wygrana tych igrzysk w polskiej kadrze
Jedyne, czego nie przewidziałem, to znakomitego występu Elizy Ruckiej-Michałek. Nawet przez moment nie pomyślałem, że 25-latka może walczyć o medal igrzysk. Dziewczyna, która już raz - ze względu na zdrowie - zakończyła karierę, wróciła i biła się o medal na 50 kilometrów techniką klasyczną.
Nie stanęła na podium, ale i tak jest jedną z największych wygranych tych igrzysk, a jej historia warta jest sfilmowania.
Pierwsze takie zimowe igrzyska w historii. Chaos i prowizorka
Zimowe igrzyska olimpijskie w Mediolanie o Cortinie d'Ampezzo były zupełnie inne od wszystkich dotychczasowych. Po raz pierwszy w historii odbywały się na tak ogromnym obszarze. To z pewnością nie było dobre dla kibiców i sportowców. Ci pierwsi mieli problemy z tym, by być na kilku różnych arenach, a drudzy nie czuli w ogóle olimpijskiego klimatu.
Nigdzie trudności związane ze zdecentralizowanymi igrzyskami nie były bardziej widoczne niż w narciarstwie alpejskim. Kobiety walczyły o medale w Cortinie d'Ampezzo, a mężczyźni w Bormio. Na mistrzostwach świata w 2021 roku obie płcie rywalizowały razem w Cortinie, a teraz - nie wiadomo dlaczego - cała dyscyplina została podzielona.
W telewizji pewnie te igrzyska wyglądały dobrze, za kulisami już tak kolorowo nie było. Niektóre areny przypominały plac budowy. Wszędzie pełno było błota. Za to na trybunach była świetna atmosfera. Osoby zajmujące się oprawą muzyczną igrzysk naprawdę dawały radę. Nóżka sama się ruszała. Radość mieli zatem też kibice.
Koszmarem był transport. Właściwie niemal nic nie jeździło zgodnie z rozkładem. Bywało, że na autobus czekało się kilka godzin, a Włosi i tak twierdzili, że nie ma problemów. I właśnie przez te problemy komunikacyjne trudno było liczyć na sprawne dotarcie na inne areny. Wystarczy, że wysypał się jeden punkt przesiadkowy i cała podróż zamieniała się koszmar. A do tego były dni, że mocno sypał śnieg, co dodatkowo utrudniało przemieszczanie się górskimi - wąskimi i krętymi - drogami.
Włosi na dużym luzie podeszli też do kwestii związanych z bezpieczeństwem. To były pierwsze igrzyska, na których byłem, a te były już dziewiątymi, na których nie było skanerów. Wystarczyło otworzyć plecak i to wszystko. Zakładam, że nieco dokładniej byli sprawdzani kibice, choć i oni nie przechodzili przez żadne skanery. To z pewnością budziło obawy, bo jednak człowiek nie czuł się do końca komfortowo.
"Włoski cud". Uparli się i koniec
Gospodarze igrzysk z pewnością mogą być dumni z toru lodowego w Cortinie d'Ampezzo. Ja to nazywam "włoskim cudem". Początkowo Włosi planowali odbudować tor, który pamiętał zimowe igrzyska w 1956 roku. Ten podupadała i został zamknięty w 2008 roku. Wokół przebudowy było wiele zamieszania, a czas naglił.
W końcu Thomas Bach, ówczesny prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), uznał, że rozwiązaniem będzie przeniesienie zawodów w: bobslejach, saneczkarstwie i skeletonie do Innsbrucka lub St. Moritz. Awaryjnym wariantem było... Lake Placid w USA.
Giovanni Malago, szef komitetu organizacyjnego, uparł się jednak i powiedział stanowcze "nie".
- Zbudujemy ten tor ku czci legendy Cortiny, Eugenio Montiego, sześciokrotnego medalisty olimpijskiego - powiedział Włoch.
Bach dał zielone światło na budowę toru, ale czasu było niewiele. Ten powstał w nieco ponad rok. I to Włochom - w co trudno uwierzyć przy całym ich bałaganiarstwie - udało się. W Cortinie d'Ampezzo powstał prawdziwy klejnot, który jest cudowni wkomponowany w krajobraz.
Żal, że Polska nie wykorzystała szansy. Baliśmy się
Patrząc na chaos, prowizorkę i kłopoty z transportem, aż żal, że wiele lat temu z organizacji zimowych igrzysk olimpijskich wspólnie ze Słowakami wycofała się Polska. Wtedy zdecydowało durne referendum przeprowadzone w Krakowie. Tymczasem to była szansa na rozwój.
Przegapiliśmy ją jednak. Baliśmy się korków na drogach i tego, że może być problem z dotarciem do Zakopanego. Włosi mieli to gdzieś. Zrobili igrzyska na swoich warunkach.
Za cztery lata ZIO będzie gościła Francja. Też będą się one odbywały na bardzo dużym obszarze. I już wiadomo, że na terenie tego kraju nie będzie łyżwiarstwa szybkiego. Francuzi poddali się już na starcie.
Z Mediolanu - Tomasz Kalemba, Interia Sport
















