Sukces Polek, a potem atak. Oberwało się związkowi. "Mogę to w końcu powiedzieć"
Tego nikt się nie spodziewał. Nawet nasze zawodniczki. Dominika Piwkowska i Nikola Domowicz zajęły szóste miejsce w saneczkarskich dwójkach kobiet, które debiutowały w programie zimowych igrzysk olimpijskich. Nie zabrakło zatem radości i łez z nią związanych. Padły też gorzkie słowa w kierunku władz Polskiego Związku Sportów Saneczkowych. To nie dziwi, bo Polki jechały na dziewięcioletnich sankach, które skrzypiały, podczas gdy rywalki dysponowały nowocześniejszym sprzętem. To był jak wyścig mercedesa z bryczką.

W skrócie
- Dominika Piwkowska i Nikola Domowicz zajęły szóste miejsce w debiutującej na igrzyskach zimowych konkurencji saneczkarskich dwójek kobiet.
- Zawodniczki wyraziły zadowolenie z wyniku, jednocześnie krytykując Polski Związek Sportów Saneczkowych za brak nowoczesnego sprzętu.
- Zawodniczki wskazały na wieloletni brak postępów w polskim saneczkarstwie, trudne relacje ze związkiem oraz brak toru.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Po pierwszym ślizgu nasze panie - Dominika Piwkowska i Nikola Domowicz - zajmowały ósme miejsce. W drugim uzyskały szósty czas i na takiej pozycji ukończyły rywalizację.
Była wielka radość, ale też łzy, bo to naprawdę znakomity wynik i jeden z lepszych występów polskich saneczkarzy na igrzyskach w historii.
Potrafią rozpędzić sanki, a do kombinezonu wkładają ołowiane ciężarki
Nasze panie nie są może najlepsze na starcie, bo miały na nim jeden z gorszych czasów, ale za to potrafią rozpędzić sanki. W drugim ślizgu Polki osiągnęły jedną z lepszych prędkości. I to wszystko na dziewięcioletnim sprzęcie.
- Nikt się tego nie spodziewał. Celowałyśmy w siódme miejsce, a wracamy z szóstą lokatą. To wynik ponad nasze oczekiwania. Bardzo się z tego cieszymy - mówiła Piwkowska.
Drugi ślizg był być może najlepszym w karierze Polek. Przejechały go bardzo czysto. Z takim stwierdzeniem nie zgodziła się jednak Domowicz.
Bywały lepsze ślizgi w naszym wykonaniu. Drugi przejazd rzeczywiście jednak - w porównaniu do tego pierwszego - był perfekcyjny. Na mecie wiedziałam, że na pewno poprawimy swoją lokatę. Ostatecznie byłyśmy szóste. To niesamowity wynik, który - mam nadzieję - coś zmieni w polskich sankach
Konkurencja ta debiutuje w programie zimowych igrzysk olimpijskich. Zostało to poprzedzone wieloletnimi testami. Obie nasze panie sześć lat temu były piątymi zawodniczkami zimowych olimpijskich igrzysk młodzieży.
- Bardzo się cieszymy, że taka konkurencja w ogóle powstała i trafiła do programu igrzysk. To naprawdę znakomite dla świata kobiet i sportu - przyznała Piwkowska.
Ona pod kombinezonem startowym miała ołowiane ciężarki. W sumie 8,5 kilograma. Wszystko po to, by dociążyć sanki, by te mogły szybko sunąć w dół. Maksymalnie dwójka może "doładować" się ołowiem do 10 kilogramów.
- Każdy się dociąża według specjalnej tabeli według własnej wagi. Trochę jestem RoboCop, ale masa jedzie i na igrzyskach pojechała - wyjaśniła Piwkowska.
Brutalna diagnoza. Przyczyna? "Wiele spraw stoi w miejscu od dekady"
Polki straciły prawie 1,7 sek. do medalu. To w saneczkarstwie, w którym czas mierzy się w tysięcznych częściach sekundy, jest przepaść. Ale taka właśnie dzieli polskie saneczkarstwo, które kiedyś dominowało na świecie, od najlepszych.
- Nie ma szans, by dogonić świat - wypaliła Domowicz.
Są szóste na świecie i mówią takie słowa? Jak to? Prawda - jak się okazuje - jest brutalna.
Nasze sanki mają dziewięć lat i przy starcie skrzypią, jak stara szafa. Jest sezon olimpijski, a nie dostałyśmy nowych metali. Jak mamy gonić świat? Może, jak trochę więcej osób wierzy w nasz sport i pojawią się sponsorzy, a do tego zmienią ludzie w związku, to może wtedy coś drgnie. Liczę na to, bo obecnie wiele spraw stoi w miejscu od dekady, co jest bardzo przykre. Fajnie byłoby iść do przodu, a nie cofać się o kilka kroków w tył
To w sumie dziwne, że w naszym kraju są środki na organizowanie za miliony Domu Polskiego, a nie ma na podstawowy sprzęt dla sportowca. To oczywiście duże uproszczenie, ale skoro Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu podobno zależy też na rozwoju sportu w naszym kraju i tak ochoczo pojawia się tam, gdzie są sukcesy, to może jest w stanie pomóc także sporowcom.
"Jestem już po igrzyskach i mogę to w końcu powiedzieć"
Szóste miejsce powinno być dla Polek dobrą kartą przetargową do rozmów ze związkiem i sponsorami.
- Przepraszam, ale z ludźmi ze związku nie da się rozmawiać. Jestem już właściwie po igrzyskach olimpijskich i mogę to w końcu powiedzieć. Wyrzucę to zatem z siebie. Z tymi ludźmi nie da się rozmawiać. Nasz kolega Mateusz Sochowicz wiele razy próbował i nic się nie zmieniło. Mnie to w ogóle nie chcą słuchać. Pan Janusz Tatera, który jest sekretarzem generalnym, nie ma bladego pojęcia o niczym, co się dzieje. Przyjechał na igrzyska i tylko nam przeszkadzał - ulało się Domowicz.
- Ten sport potrzebuje ludzi z pasją, którzy oddają mu serce, a w przypadku pana Tatery zdecydowanie tego brakuje - dodała.
Jedyną osobą, dzięki której cały nasz związek jeszcze działa, jest trener Marek Skowroński. To człowiek-instytucja. Gdyby nie on, w Polsce już dawno nie byłoby sanek
Szkoleniowiec kadry rzeczywiście trzyma ten sport w naszym kraju. A to znaczy, że wisi on na włosku. Przecież Skowroński nie jest już młodzieniaszkiem, a wciąż użera się z wieloma rzeczami. On to robi z pasji. Po prostu kocha saneczkarstwo.
- Trener ma już swoje lata i widać po nim zmęczenie. Coraz częściej łapie różne choroby. Jest nam go bardzo szkoda, bo widzimy, jak podupada na zdrowiu. Jeśli on odejdzie, to nie będzie już nikogo. Ludzie w związku mają problem, by porozmawiać z osobami, które mogłyby powoli przejmować obowiązki trenera. Mam tu na myśli choćby Macieja Kurowskiego, który z powodzeniem pracuje w Korei Południowej, a kiedy trzeba, to służy nam pomocą - powiedziała Domowicz.
- W tym roku było trenerowi o tyle lżej, że nasz fizjoterapeuta Maciej Biegański jest gościem od wszystkiego. Pomógł bardzo dużo szkoleniowcowi. Emerytura należy się trenerowi i nikt nie będzie miał pretensji jeśli podejmie taką decyzję - dodała Piwkowska.
Budowa toru w Polsce. "Nic się nie dzieje"
Od wielu lat wraca temat budowy toru w Polsce, który służyłby nie tylko saneczkarzom, ale także bobsleistom i skeletonistom. Każda kolejna władza obiecuje, ale żadna nie realizuje. Nasi saneczkarze już nawet nie chcą mówić na ten temat. Nie dlatego, że nie chcą zawalczyć, ale dlatego, że nikt ich nie słucha.
- Od ilu lat można robić plany i błagać o budowę toru. Jeśli komuś bardzo zależy, to po prostu robi wszystko, by taki tor powstał. Na ten moment nic się nie dzieje - przyznała Domowicz, a tych słów powinien wysłuchać minister sportu.
A wystarczy popatrzeć, jakie wyniki osiągają Łotysze, którzy mają w Siguldzie tor, na którym często trenują Polacy.
Z Cortiny d'Ampezzo - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:















