"Polski tata" Władimira Semirunnija wskazany we Włoszech. "Wzruszyłem się"
- Gest jest piękny. Mam nadzieję, że wcześniej się nim trochę nacieszy, a później odda może do Muzeum Sportu. To świadczy, że on ma w planie zdobyć dla Polski więcej medali, a przede wszystkim celuje w ten najcenniejszy. Dla niego liczy się tylko złoto. Co mogę powiedzieć... To potwierdza, jakim jest człowiekiem - mówi szef misji olimpijskiej Konrad Niedźwiedzki, opowiadając Interii o jednym z dwóch bohaterów polskiej kadry na igrzyskach: Władimirze Semirunniju. I wzrusza się, gdy wspomina o jednym...

Ta cała biurokracja, trwająca długimi miesiącami walka o to, by uciekający z Rosji przed wojną Władimir Semirunnij mógł reprezentować Polskę, była mozolnym procesem. Czas naglił, igrzyska zbliżały się wielkimi krokami, a z kolei w tej machinie "deadline'y" także są nieubłagane.
Władimir Semirunnij dostał odpowiedź od swojego "polskiego taty"
Finał jest jednak spektakularny. I od kilku dni nazwisko "Władimir Semirunnij" nie schodzi z ust polskich kibiców. Jedni zauroczyli się nim z miejsca, innym bardziej przeszkadza jego pochodzenie. Są też tacy, traficie na takie komentarze w mediach społecznościowych, którzy nie wierzą w czyste intencje 23-latka urodzonego w Jekaterynburgu, na Syberii. Mówiąc wprost: sugerują, że jeszcze "wywinie Polsce jakiś numer" i w to święcie wierzą.
Fakty są jednak takie, że Semirunnij nie tylko słowami, ale także gestami stara się pokazać, że jest już nasz. "Polska jest moim domem" - mawia, a dowodów jest więcej. Mieszka w Polsce, trenuje w polskim klubie, ma polską dziewczynę, polskiego trenera. Mało? No to jeszcze jest gotowy, aby olimpijski medal, który jest marzeniem sportowców z całego świata, bardzo szybko oddać w miejsce, gdzie będzie mógł być podziwiany przez wszystkich Polaków. Ogłosił to w minioną niedzielę, odpowiadając na pytanie korespondenta Interii.
Dyrektor sportowy w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Konrad Niedźwiedzki jest tym faktem zauroczony. Uważa, że to tylko pokazuje, z jak wartościowym człowiekiem mamy do czynienia. On wyciągnął rękę, nasz kraj jej nie odrzucił, a teraz wspólnie cieszymy się z jednego z czterech polskich medali na trwających igrzyskach we Włoszech.
Niedźwiedzkiemu, jednocześnie szefowi polskiej misji olimpijskiej, jako że od początku był zaangażowany w cały proces naturalizowania i nadawania obywatelstwa Semirunnijowi, ciągle staje przed oczami ten wielki wysiłek.
- Te wszystkie spotkania w kwestiach, by uzyskać niezbędne pozwolenia... Lista dokumentów była bardzo długa. Bez pomocy instytucji, które nas wspierały, czyli ministerstwa, PKOl-u, indywidualnych działań i pracy biurowej związku, nie byłoby możliwe. To była piękna praca zespołowa, która zakończyła się radością z medalu olimpijskiego - mówi Niedźwiedzki.
Głos najbardziej ugrzązł mu w gardle w momencie, gdy podzielił się emocjonalną opowieścią, będącą przywołaniem słów nowego asa polskiego sportu.
- Władek ochrzcił mnie swoim "polskim tatą". To jest bardzo miłe i byłem tym trochę wzruszony. Natomiast, jak powiedział prezes Rafał (Tataruch - przyp.), to jest praca całego zespołu. Od pierwszej komunikacji, którą odbyliśmy, po przyjazd Władimira do Warszawy, gdzie razem go odbieraliśmy. Prezes zapakował go do samochodu i zawiózł do słynnego "Janosika", który teraz będzie mógł sobie troszeczkę podnieść ceny ze względu na to, kto tam mieszkał. I dodać dwie gwiazdki - a gdy to powiedział, Władimir nie powstrzymał się i z zadowoleniem głośno roześmiał.
Semirunnij zaszokował. "Nie mogłem uwierzyć, że tak szybko to się stało"
Skoro zatem Władek pozwolił sobie na takie stwierdzenie, korespondent Interii zapytał dyrektora, czy jest gotowy na "vice versa". Innymi słowy, czy wobec tego łyżwiarz staje się jego przyszywanym drugim synem, a trzecim dzieckiem?
- Nie idźmy tak daleko, bo moje dzieci mogłyby być trochę zazdrosne, gdybym to potwierdził - uśmiechnął się Niedźwiedzki. - To jest miłe, co powiedział Władimir, że czuł moje wsparcie. Nieraz łezka w oku mi się zakręci, ale to są pozytywne emocje. Mamy bardzo dobry kontakt, w jego drodze od Warszawy w 2023 roku do teraz, do Mediolanu, rzeczywiście byłem często obecny. Jednak było też bardzo wiele osób, które pomagały. Ja pewnie byłem łącznikiem i przekazywałem informacje, ale w pojedynkę nic bym nie zdziałał - oddał zasługi również wszystkim tym, którzy w całym procesie pozostają bezimiennymi uczestnikami.
Tak długa droga, która spowodowała wielką zażyłość w relacjach, sprawiła że Niedźwiedzki ma w pamięci multum wspólnych przeżyć. Zapytałem go, który moment z wszystkich jest dla niego tym najbardziej szczególnym?
- (chwila ciszy) Dużo jest tych momentów... Myślę, że pójdę bardziej w sport, czyli mistrzostwa świata. Wiedziałem, że przyjeżdża dobry zawodnik, który podciągnie nasz poziom i mieliśmy nadzieję, że będzie się rozwijał. Akurat komentowałem jego 10 km i nie spodziewałem się, że w pierwszym roku zdobywa srebro i brąz na "piątkę". Nie mogłem uwierzyć, że tak szybko to się stało. A on po prostu wiedział, co mówi, jego słowa, że "będzie dobrze" pokazały, że nie rzuca słów na wiatr. To mnie bardzo mocno uderzyło - podkreślił dyrektor w PZŁS.
Z Mediolanu - Artur Gac














