Polski as za burtą igrzysk. Niebywałe, co właśnie ogłosił. Aż trudno uwierzyć
- Myślę, że w końcu mogę pokombinować w sprzęcie. Ja boję się ze sprzętem kombinować, a cały świat non stop go zmienia, pojawiają się dłuższe deski. Dużo jest możliwości w sprzęcie, żeby coś ugrać. Ja jeżdżę na sprzęcie sprzed dwóch sezonów, bo też miałem po drodze operację. Nie chciałem kombinować - szczerze w rozmowie z Interią stawia sprawę Oskar Kwiatkowski, który wczoraj przepadł w kwalifikacjach slalomu giganta równoległego na igrzyskach olimpijskich.

Artur Gac, Interia: Nie rozmawiamy już na gorąco, tylko kilka godzin minęło od twojego startu. Jaka jest ta mniej emocjonalna refleksja i ocena startu?
Oskar Kwiatkowski, snowboardzista: - Na początku byłem bardzo zawiedziony i zły po tym drugim przejeździe kwalifikacyjnym. Liczyłem na to, że się zakwalifikuję, a później w finałach to już wszystko mogłoby się wydarzyć. Po pierwszej złości, później po prostu chciałem kibicować Oli i być na mecie. Do ćwierćfinałów byłem pozytywnie nastawiony, że Ola przejdzie dalej i będzie w walce medalowej. Gdy jednak przegrała z Włoszką, znowu wzięły mnie nerwy, myślę sobie "cholera". Liczyłem na to, że coś stąd przywieziemy i zwojujemy to Livigno, bo jesteśmy w tym mieście jedynymi reprezentantami. Nie mamy freestyle'u, ani snowboard crossu, ani ski crossu. Liczyłem na dużo, też nie mam jakiegoś super sezonu, bo byłem dwa razy w ósemce w Pucharze Świata. To nie są takie wyniki, jakie bym sobie wymarzył, ale czułem się, że mam tę jazdę i jestem w stanie, przy dobrych wiatrach, to pokazać.
To, że ten przejazd wyglądał tak jak wyglądał, to konsekwencja właśnie całego sezonu i braku w nim super przebłysku, czy najbardziej frustruje pana błąd na błędzie?
- W tym sezonie mam taki problem, by przebrnąć kwalifikacje, bo jeżdżę linią dosyć obszerną i tracę po prostu jadąc za daleko od tyczek. To jest taka jazda, można powiedzieć, na finały, gdzie już ta trasa jest zepsuta. Ja po prostu nie potrafię tego toru użyć, kiedy są idealne warunki. Wiem, że mam nad tym do popracowania.
A z czego to się bierze? Świadomość to jedno, ale to tak bardzo mocna naleciałość, że jest nie do wyplenienia? A może to kwestie mentalne, iż daje pan sobie większy bufor bezpieczeństwa?
- Myślę, że też w końcu mogę pokombinować w sprzęcie. Ja boję się ze sprzętem kombinować, a cały świat non stop go zmienia, pojawiają się dłuższe deski. Dużo jest możliwości w sprzęcie, żeby coś ugrać. Ja jeżdżę na sprzęcie sprzed dwóch sezonów, bo też miałem po drodze operację. Nie chciałem kombinować, bo chciałem wrócić do zdrowia i zająć się tym właśnie rekonwalescencją. A myślę, że teraz mogę trochę popracować nad sprzętem. Nad mentalną częścią też zawsze jest nad czym popracować, więc tu również chciałbym się wzmocnić i złapać pewność siebie. Wtedy też mieć tę pewność na stoku.
To tak na intuicję, a może wręcz na wiedzę. W ciągu tego czasu, jak pan pozostał na sprzęcie sprzed dwóch lat, najgroźniejsi rywale ile razy dokonywali korekt na przestrzeni tego czasu?
- Aż tak nie śledzę i ich nie pytam, a pewnie sami też nie są skorzy, żeby odpowiadać na takie pytania. Ale z tego co widzę, cały czas są po prostu jakieś gierki z tymi sprzętami, podczas gdy ja postanowiłem, że zajmę się swoim zdrowiem, żeby doprowadzić go do najlepszego stanu, a później ruszę ze sprzętem.
Staram się po prostu jakoś żyć w tej nowej rzeczywistości, jaką teraz mam po operacji kolana. A kolano często jest obolałe, spuchnięte i boję się, żeby czegoś znowu nie zepsuć, by nie wymagało następnej operacji. Staram się zapominać na treningach i na startach, że z moim kolanem już nigdy nie będzie super.
Przecież co by nie mówić, sprzęt w waszej dyscyplinie to jest sprawa absolutnie kluczowa, odgrywa kapitalną rolę. To przecież na tej płaszczyźnie rozgrywa się między wami "ciasna" walka, mówimy o wyścigu technologicznym.
- No jest to taki wyścig. Kiedyś Ola powiedziała w którymś wywiadzie, co mi się spodobało, że nasz snowboard alpejski to taka Formuła 1 wśród snowboardu, gdzie my naprawdę się tniemy na te setne sekundy, jest bardzo ciasno i ten sprzęt jest bardzo ważny. Do tego smarowanie, przygotowanie, cały serwis. No… chciałbym się na tym też skupić.
A czuje pan mentalną, jakby to nazwać, trochę wolność trochę i psychiczny bufor bezpieczeństwa, czy w tym aspekcie również jest szalenie dużo do wypracowania?
- Staram się po prostu jakoś żyć tej nowej rzeczywistości, jaką teraz mam po operacji kolana. A kolano często jest obolałe, spuchnięte i boję się, żeby tam czegoś znowu nie zepsuć, żeby nie wymagało następnej operacji. Staram się jakoś z tym żyć, zapominać o tym na treningach i na startach, że z moim kolanem już nigdy nie będzie super. Aczkolwiek mam nadzieję, że do następnego sezonu upłynie na tyle dużo czasu, że jednak organizm sobie z tym poradzi. I złapię pewność siebie też przez to, że będzie okay z moim ciałem.
Wynik na takiej imprezie, jak igrzyska olimpijskie, zawsze jest pewnym punktem odniesienia. Nierzadko po igrzyskach podejmuje się radykalne decyzje. Czy wynik uzyskany tutaj przez pana spowoduje zasadniczą, przełomową decyzję?
- Rzeczywiście myślę, że kiedy nie spełniły się twoje marzenia, to moment by się zatrzymać, przemyśleć to i spróbować zrobić coś innego, coś radykalnie zmienić z nadzieją, że to jeszcze pomoże.
A ma pan pierwsze pomysły na radykalne zmiany?
- W tym sezonie to już dużo nie będę kombinował. Chcę dokończyć Puchary Świata na zasadzie, by na nich powalczyć i liczę na to, że przywiozę jakieś podium. Mamy jeszcze dwa PŚ w Krynicy-Zdrój, z drogi u nas w Polsce, a później w Kanadzie. Stamtąd kiedyś przywiozłem za jednym zamachem trzecie i pierwsze miejsce, więc jestem pozytywnie nastawiony na koniec sezonu, że po prostu odkuje się.
A w kontekście przyszłego sezonu?
- Pewnie w połowie marca skończymy sezon, odpoczniemy może parę tygodni i pojedziemy gdzieś na lodowiec, gdzie będą jeszcze fajne warunki, żeby spróbować potestować sprzęty innych marek.
Wyobrażam sobie, że to, o czym mówiliśmy, to naczynia połączone. Czyli jeśli poczuje pan różnicę na sprzęcie, to i też może mentalnie mieć zbawienny wpływ na sposób jazdy.
- Oczywiści. Jak czujesz, że sprzęt to jest to i jesteś na nim naprawdę szybki, to automatycznie też stajesz się pewniejszy siebie i wiesz, na co cię stać.
W Livigno rozmawiał Artur Gac














