Polki "wyzerowane" na igrzyskach. Żadna nie spanikowała
- Jestem dumny z dziewczyn - powiedział Tobias Torgersen, trener kadry polskich biathlonistek, po występie w kobiecej sztafety w Anterselvie. Nasze panie zajęły szóste miejsce. Najwyższe w historii występów w zimowych igrzyskach olimpijskich. Nie dziwią zatem łzy radości Polek po biegu, które ściskały się tak, jakby zdobyły olimpijski medal. Biało-Czerwone potwierdziły, że są do tych igrzysk znakomicie przygotowane.

Rywalizacja sztafet w Anterselvie nie rozpoczęła się zbyt szczęśliwie dla Polek. Na pierwszej zmianie Anna Mąka nie biegła zbyt szybko, a do tego w stójce dobierała trzy naboje. Biało-Czerwone zajmowały po jej biegu 15. miejsce. Od początku rywalizacji trzeba zatem było odrabiać starty.
Mąka była jednak zadowolona. Przede wszystkim z tego, że nie zaliczyła karnej rundy. Przyznała, że to było bardzo trudne mentalnie.
- Może się nie denerwowałam, ale na pewno stresowałam. Miałam złe wspomnienia z mistrzostw świata z tamtego roku, gdzie niestety na leżaku miałam trzy rundy karne, Dlatego cieszę się, że mimo wszystko obroniłam się i że zawalczyłam na tej trasie. Nie było lekko pod względem mentalnym - mówiła Mąka po biegu.
W tej drużynie widać, że jest świetna atmosfera. Zresztą przed sztafetą trener podziękował naszym paniom za pracę, jaką wykonały. Na rozruchu były wszystkie razem, żeby poczuć drużynową atmosferę. Mąką ma 33 lata, ale nie chciała mówić, czy to był jej ostatni bieg w karierze w igrzyskach.
Na drugiej zmianie naszą sztafetę na dziewiąte miejsce wyprowadziła Kamila Żuk. Po raz kolejny udowodniła, że jest znakomicie przygotowana. Ona jednak też miała problemy w "stójce". Na swojej zmianie uzyskała jednak czwarty czas. W sumie miała siódmy wynik biegu.
- Wyjątkowo dobrze jak na mnie forma na igrzyska się zgrała. Anterselva to wspaniałe miejsce, przepiękna atmosfera, więc tym bardziej cieszę się, że tą formą właśnie trafiłam tu. Z reguły zawsze się przygotowujemy do najważniejszej imprezy w sezonie, ala wcześniejsze lata pokazują, że różnie z tym bywało. Na tych igrzyskach wszystko złożyło się idealnie, więc tym bardziej jestem szczęśliwa - powiedziała Żuk, ósma zawodniczka sprintu w Anterselvie.
Dla niej to powrót z zaświatów, bo kilka lat temu miała poważny wypadek na treningu. Potrzebne były operacje. Mogła nawet nie wrócić do sportu, a jednak dopięła swego.
- Ostatnie lata rzeczywiście nie były łatwe dla mnie. Nękały mnie kontuzje i choroby. Więcej było upadków niż wzlotów. Były jednak pojedyncze sukcesy, które upewniły mnie w tym, że jestem na dobrej drodze. Ciągle jednak czegoś brakowało. A te igrzyska pokazują mi, że cierpliwość i determinacja, którą mam w sobie, się opłaca. W tym, by zostać w sporcie, trzymali mnie wszyscy ludzie, których mam wokół. Napędzali mnie i wierzyli we mnie. To pomagało. Do tego doszła naprawdę ciężka praca - mówiła nasza biathlonistka.
Żuk przyznała, że stresowała się na strzelaniu w stójce tak, że aż trzęsły się jej ręce.
Na problemy w "stójce" zwracała też uwagę Joanna Jakieła. Ona dobierała trzy naboje.
- Żadna z nas nie zrobiła chyba idealnej roboty, bo każda się męczyła z tą stójką, ale całość dała dobry wynik. Chyba to było spowodowane dużym stresem. Tak jak było u mnie widać. Trzeba było wziąć dwa głębsze oddechy i dobić tego ostatniego, bo szkoda było iść na rundę karną - śmiała się Jakieła, która miała piąty czas biegu w całej stawce.
Przyprowadziła ona naszą sztafetę na siódmej pozycji.
Dzieło dokończyła Natalia Sidorowicz. Ona w pewnym momencie wyprowadziła naszą sztafetę na piątą pozycję. Znowu jednak zawiodła "stójka". Po raz kolejny były nerwy i ucieczka przed karną rundą. Zaliczyły zero, jeśli chodzi o strzelanie. To się udało Polkom pierwszy raz od dawna.
- Możemy być zadowolone. Nie było perfekcyjnie, bo te strzelania w stójce wymagały dobieranych pocisków, ale że tak powiem, wybrnęłyśmy każda po kolei z tych trudnych sytuacji. No i w końcu jest lepszy wynik. W sumie to jest najlepszy nasz rezultat na tych igrzyskach. Przywiozłyśmy na te zawody formę biegową na najwyższym poziomie. Plan trenera, w który wierzyłyśmy, wypalił - cieszyła się Sidorowicz, która miała szósty czas biegu w całej stawce.
Zapytana o solidarne problemy w stójce, odparła: - To były zdecydowanie nerwy, bo nogi nam się trzęsły. Z którą z dziewczyn nie rozmawiałam, to mówiły: Jezus Maria, jakie dzisiaj nogi były. Chyba tak trochę to z głowy poszło do nóg.
Tobias Torgersen, norweski trener naszej kadry, uznał występ swoich zawodniczek za solidny, choć nie omieszkał wytknąć im błędy.
- Czy było idealnie? Na pewno nie. Dobieranie 12 naboi, to zdecydowanie za dużo. Myślałem, że za dużo, by pozostać w grze. Dość wcześnie straciliśmy też kontakt z czołówką. Anna miała trochę pecha, bo podczas pierwszego strzelania miała problem z magazynkiem. Musieliśmy zatem zacząć walkę od odległych pozycji. Jestem jednak dumny z dziewczyn. Mimo że wpadliśmy w kłopoty, to nikt nie panikował. Dziewczyny zachowywały spokój, choć bywało, że broniły się przed karną rundą - mówił Torgersen.
- Mamy grupę pracowitych zawodniczek. Jesteśmy małym narodem biathlonowym, dlatego to szóste miejsce jest sporym osiągnięciem. Mamy tak mały sztab, że nie potrzebowałbym nawet jednej ręki, by na palcach policzyć te wszystkie osoby, a jednak ciężką pracą zrobiliśmy dużą rzecz - zakończył Norweg.
Z Predazzo - Tomasz Kalemba, Interia Sport















