Polka pisze historię na IO, wypadek mógł przekreślić wszystko. "Błagałam lekarzy"
Linda Weiszewski zamiłowanie do sportu miała od najmłodszych lat. Pierwsze kroki stawiała w piłce nożnej, trenując w chłopięcej drużynie w Niemczech. Na swoim koncie ma nawet tytuł mistrzyni świata w… sportach pożarniczych. Przed rokiem jej karierę brutalnie przerwał jednak niebezpieczny wypadek. - Kiedy dotarłam do szpitala, błagałam lekarzy, żeby ten palec był chociaż trochę dłuższy - wyznała w rozmowie z Interią Sport. Dziś, wspólnie z Klaudią Adamek pisze historię polskiego bobsleja, wywalczając historyczny awans na igrzyska olimpijskie - choć droga do tego sukcesu w Polsce wcale nie była prosta.

Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich we Włoszech Polskę reprezentuje łącznie 60 sportowców, którzy rywalizować będą w 12 dyscyplinach. "Biało-czerwoni" walkę o olimpijskie medale rozpoczęli 7 lutego.
Wśród nich znalazły się m.in. bobsleistki Linda Weiszewski i Klaudia Adamek, które w połowie stycznia, zajmując trzecie miejsce w Innsbrucku, przypieczętowały swoją kwalifikację olimpijską.
Awans Polek na igrzyska. Weiszewski zaczynała od piłki nożnej w Niemczech
Natalia Kapustka, Interia Sport: Pani sportowa kariera rozpoczęła się w Niemczech. Jak doszło do tego, że Pani rodzina zamieszkała właśnie tam?
Linda Weiszewski, polska bobsleistka: Mój tata wyjechał do Niemiec w wieku 18 lat i po prostu zaczął tam pracować. Był sportowcem i grał w pierwszej lidze w Niemczech. Później poznał moją mamę i sprowadził ją do Niemiec. Tam się urodziłam, a po 11 latach wróciliśmy razem do Polski.
Pierwszą Pani dyscypliną też była piłka nożna?
- Były jakieś przebłyski w lekkoatletyce, ale trenerki uznały wtedy, że się do niej nie nadaję. Biegałam na przykład na 60 metrów i gdy czułam, że wyprzedzam rywalki, po prostu zwalniałam przed metą. Usłyszałam więc, że na tamten moment nie ma to sensu. Poszłam wtedy w piłkę nożną i w Niemczech grałam z chłopakami, bo niestety nie było drużyn kobiecych. W Polsce było podobnie cały czas trenowałam piłkę nożną, aż w końcu tata zapisał mnie na lekkoatletykę.
Dużym wyzwaniem było trenowanie z chłopakami, szczególnie będąc jeszcze młodą dziewczyną?
- Dzięki treningom z chłopakami poprawiła mi się koordynacja ruchowa i sprinty, poszły w lepszą stronę. Przez to stałam się bardziej dynamiczna i właśnie dlatego później poszłam w lekkoatletykę.
Czy zastanawiała się Pani kiedyś, jak potoczyłaby się kariera sportowa, gdybyście z rodziną zostali w Niemczach?
- Na pewno zostałabym w piłce nożnej. Mój brat często powtarzał, że szkoda, że tata nie pociągnął mnie bardziej w tym kierunku, ale 10 lat temu w piłce nożnej nie było jeszcze pieniędzy. Tata uznał wtedy, że w lekkoatletyce będę miała lepsze warunki do trenowania. Dlatego potoczyło się to w ten sposób, choć gdybyśmy zostali w Niemczech, na pewno grałabym w piłkę nożną.
A po przeprowadzce do Polski łatwo odnalazła się Pani w naszym kraju, czy jednak była odczuwalna ta różnica?
Polska to zdecydowanie inny kraj. Byłam przyzwyczajona do tego, że w Niemczech ludzie byli uśmiechnięci - mówiło się "dzień dobry" obcym osobom i one odpowiadały. Kiedy przeprowadziłam się do Polski i przeniosłam te nawyki, to ludzie patrzyli dziwnie się na mnie patrzyli. A ja po prostu tak byłam nauczona niemieckiej kultury.
- Pamiętam też, że gdy poszłam do szkoły, cofnięto mnie o rok, bo z językiem polskim nie miałam wtedy nic wspólnego. Zamiast do trzeciej klasy trafiłam do drugiej, bo w trzeciej dzieci pisały już opowiadania. Ja nie potrafiłam jeszcze dobrze napisać nawet dyktanda, więc musiałam zaczynać naukę praktycznie od zera.
Czyli język polski był obecny głównie w domu, a niemiecki funkcjonował w codziennych sytuacjach?
- Dokładnie. Polski był gdzieś tam wplatany - na przykład kiedy jeździliśmy do rodziny do Polski latem albo zimą na dwa tygodnie, wtedy wiadomo, że musiałam go używać. Nie był to jednak jakiś "piękny" polski i w sumie do tej pory mam czasem problem z ułożeniem poprawnego zdania. Nie mogę też mówić zbyt szybko, bo słowa potrafią mi się plątać.
A jeśli chodzi o sport, czy była zauważalna różnica w podejściu niemieckim i polskim?
- Szczerze mówiąc, nie za bardzo to pamiętam, bo byłam wtedy dzieckiem i nie myślałam o tym w taki sposób. Pamiętam jednak, że w Niemczech sport w szkole był bardzo istotny, a w Polsce większy nacisk kładziono na naukę. To był dla mnie spory szok - w Niemczech jako dziecko miałam nawet dwie godziny WF-u dziennie, a w Polsce wychodziło to około trzech razy w tygodniu.
Polka przeżyła straszliwy wypadek, straciła kawałek palca
Po drodze w Pani sportowej karierze był też sport pożarniczy. Na czym on dokładnie polegał?
- Sport pożarniczy pojawił się dzięki trenerowi lekkoatletyki w Toruniu, który był strażakiem. Stwierdził, że będą organizowane Mistrzostwa Świata dla kobiet i mężczyzn - wcześniej zazwyczaj były tylko dla mężczyzn, którzy byli strażakami. Ponieważ trenowałyśmy lekkoatletykę, byłyśmy do tego idealnie przygotowane. Konkurencje obejmowały na przykład 100 metrów z przeszkodami: pierwsza przeszkoda to bieg przez płotki, potem bieg po równoważni z wężami, a na końcu sprint do mety. Była też drabina hakowa, gdzie trzeba było wbiegć na pierwsze piętro, oraz sztafeta z przeszkodami: 100 metrów przez domek, płotek, równoważnię i na końcu gaszenie ognia.
Udział zakończył się zdobyciem tytułu mistrzyni świata. Wiele to dla Pani znaczyło?
- Byłam wtedy nastolatką, więc dla mnie to był ogromny tytuł - możliwość reprezentowania Polski bardzo mnie cieszyła. Zdobyłyśmy medal Mistrzów Świata i nawet ustanowiłyśmy rekord świata w sztafecie z przeszkodami. To doświadczenie nauczyło mnie też, że lubię wygrywać i zawsze dążę do celu. Dzięki temu, że tak wcześnie reprezentowałam Polskę, później nie bałam się występować w barwach narodowych i presja mnie nie paraliżowała.
Jak doszło do momentu przejścia ze sportu letniego na zimowy? Kiedy poczuła Pani, że bobsleje to może być to?
- Miałam wtedy osiemnaście, dziewiętnaście lat. Kolega z męskiej czwórki napisał do mnie, czy nie chciałabym spróbować bobsleja - że jest dużo adrenaliny i tak dalej. Odpowiedziałam: "w sumie, czemu nie?". Moje wyniki w lekkoatletyce nie były już takie, jakbym chciała. Byłam przerzucona ze skoku w dal na biegi przez płotki, a później kończyłam na wieloboju - po prostu byłam zmęczona tym sportem. Pojechałam więc na testy do Gdańska. Na testach były m.in. sprint na 30 metrów, skok w dal z miejsca i inne ćwiczenia ogólnorozwojowe.
Wypadłam najlepiej i tydzień później pojechałam do Francji na tor. Chciałam być rozpychającą, ale okazało się, że jadę jako pilotka – byłam w wielkim szoku. Po raz pierwszy wsiadłam do bobsleja i zjechałam po torze.
Jak zareagowali rodzice i znajomi, kiedy dowiedzieli się, że całkowicie zmienia Pani dyscyplinę sportu?
- Rodzice w ogóle nie byli w szoku, bo wiedzieli, jakim dzieciakiem byłam od zawsze - że wszędzie było mnie pełno i ciągle robiłam rzeczy z nutą ryzyka. Skakałam po drzewach, kilka razy byłam w szpitalu, bo na rowerze, na rampie, zdarzało się, że spadałam i uderzałam się w głowę. Dlatego dla nich to nie było nic zaskakującego. Moi znajomi tym bardziej nie byli zdziwieni. Dopiero gdy wysłałam rodzicom filmik pokazujący, jak to wygląda w praktyce, trochę się przestraszyli. Pytali, czy w bobsleju są hamulce. Odpowiedziałam, że są, ale można ich użyć dopiero po minięciu linii mety, bo inaczej grożą duże kary.
Niestety, na własnej skórze przekonała się Pani, że bobsleje są niebezpiecznym sportem - nawet poza torem. Kiedy straciła Pani kawałek palca, pojawiła się obawa, co dalej ze sportową karierą?
- Pamiętam, że kiedy doszło do tego wypadku i przecięło mi palec, widziałam, że jest on dosłownie ścięty między kufą a płozą. Na początku fizjoterapeutka mówiła, że to tylko kawałek opuszka.
Dopiero później, kiedy jechaliśmy karetką, pokazano mi ten palec. Powiedziałam wtedy: "nie wierzę…". Kiedy dotarłam do szpitala, błagałam lekarzy, żeby ten palec był chociaż trochę dłuższy niż mały, bo wtedy miałabym możliwość sterowania.
- Steruję czterema palcami jednej dłoni i tak samo drugiej, więc bardzo potrzebowałam, żeby ten palec jednak został. Lekarze powiedzieli, że zrobią wszystko, co w ich mocy i faktycznie, operacja się udała. Najgorsze były pierwsze trzy miesiące. Nie mogłam zbytnio dźwigać ciężarów, chwyt był dużo słabszy. Musiałam zejść z 20-kilogramowej sztangi na 15-kilogramową, bo nie miałam już takiej siły chwytu jak wcześniej.
Czy był moment w Pani karierze, kiedy chciała Pani odpuścić, ale mimo to pozostała Pani w sporcie?
- Jestem na tyle zawziętą osobą, że sport zawsze będzie częścią mojego życia. Będę walczyć dopóki nie zdobędę medalu na igrzyskach olimpijskich, więc na pewno będę bardzo długo jeździć. To też dyscyplina dla osób, które chcą trenować przez wiele lat - przykładem jest mistrzyni olimpijska, która ma 41 lat i wciąż startuje na igrzyskach. To trochę jak jazda samochodem - doświadczenie zdobywa się latami. Nie można po prostu wsiąść do bobsleja i od razu jeździć w top 10. Trzeba poświęcić kilka dobrych lat, żeby znaleźć się w tej czołówce.
Oprócz sportu, ma Pani jakieś pasje lub hobby, które pomagają odpocząć od rywalizacji?
Jeżdżę na longboardzie, dużo też wędkuję. Szukam w tym takiego "chillu", miejsca, gdzie mogę pobyć sama ze sobą i psychicznie odpocząć od wszystkiego.
Brutalne wyzwanie polskiej mistrzyni. "Muszę mieć dodatkową pracę"
Czy będąc bobsleistką w Polsce można spokojnie wyżyć z tej dyscypliny, czy jednak trzeba szukać innego zajęcia?
- Szczerze mówiąc, to niszowy sport i nie każdy ma psychikę, żeby w nim uczestniczyć. Nie mamy też za bardzo toru do treningów, więc trzeba wyjeżdżać za granicę.
Same pieniądze z sportu nie wystarczają na życie, więc muszę mieć dodatkową pracę. Na przykład handluję autami - z tego bardziej żyję niż z pieniędzy sportowych. Ze stypendium z Torunia mam 400 zł miesięcznie, a pieniądze z ministerstwa to też nie są duże kwoty - około 2 200 zł, po odliczeniu podatków zostaje 1 600 zł. W dzisiejszych czasach wynajęcie mieszkania kosztuje około 2 500 zł, więc bywa ciężko. Mam jednak nadzieję, że po igrzyskach pojawią się nowe możliwości i będzie dużo łatwiej.
Podejmowanie dodatkowej pracy to coś regularnego, czy tylko wtedy, gdy pozwoli na to czas?
- Raczej sezonowo. Kupuję samochody, jeżdżę nimi przez pół roku, a potem sprzedaję. Zazwyczaj są to uszkodzone auta, na których mogę zarobić i w ten sposób się utrzymać. Pracować i jednocześnie trenować w tym sporcie byłoby po prostu niemożliwe.
Czyli kwestia sponsorów również jest bardzo trudna?
- Tak. W Polsce ludzie w ogóle nie wiedzą, czym jest bobslej. To niszowy sport, więc sponsorzy raczej nie chcą inwestować - wolą wspierać osoby bardziej znane. Ale razem z Klaudią staramy się, żeby nasz sport stał się bardziej rozpoznawalny, żeby ludzie zauważyli, że to naprawdę ciekawa, emocjonująca dyscyplina.
Brak toru w Polsce również stanowi dużą barierę w rozwoju tej dyscypliny.
- Budowa toru w Polsce stoi w miejscu. My, bobsleistki, nie możemy po prostu wejść na tor na trening, bo takiej możliwości nie ma. Gdyby tor był, byłoby dużo łatwiej - byłoby więcej zawodników, a może i więcej sponsorów, bo ludzie w Polsce by wiedzieli, czym tak naprawdę jest ten sport.
Jak wyglądają obecnie Wasze treningi? Na jakich torach trenujecie?
- Od października do marca zazwyczaj trenujemy za granicą. Zaczynamy w Norwegii, w Lillehammer, gdzie jest tor, i spędzamy tam około trzy tygodnie. Potem jedziemy do Niemiec na kolejne dwa tygodnie. Później wracamy do Polski, a następnie znowu do Niemiec. Od tego momentu zaczyna się właściwy sezon i jeździmy z jednych zawodów pucharowych na drugie.
Czy można było odczuć jakieś reakcje środowiska, że w tej dyscyplinie pojawiły się Polki, które zaczynają przyciągać coraz większą uwagę?
Jeśli chodzi o inne zawodniczki z USA, Niemiec itd., to pamiętam, że kiedy zaczynałam w tym sporcie, nikt tak naprawdę nie wiedział, kto to Polska, że mamy pilotkę. Dopiero w zeszłym sezonie, kiedy jeździłyśmy w top 10 z Klaudią, a mi udało się w monobobie zająć po pierwszym starcie miejsce w top 5 na świecie, zaczęły normalnie z nami rozmawiać. Tak naprawdę bobslejowa społeczność to jedna wielka rodzina — nie ma tam ostrej rywalizacji „na noże”, każdy raczej wspiera i podbudowuje drugą osobę
Jak wiele znaczył dla Pani awans na Igrzyska Olimpijskie?
- Bardzo dużo. Cztery lata temu złapał mnie COVID i nie pojechałam na igrzyska, więc postawiłam wszystko na jedną kartę i walczyłam do samego końca, aż w końcu się udało. Od dzieciaka marzyłam o kółkach olimpijskich, więc fajnie jest poczuć, że to marzenie się spełniło.
Postawiła Pani sobie jakieś konkretne cele na te Igrzyska?
- Historyczny wynik w bobslejach to 13. miejsce, więc bardzo chciałabym znaleźć się w top 10 zarówno w monobobie, jak i w damskiej dwójce. To byłoby dla nas ogromne osiągnięcie, bo mimo braku toru w Polsce taki wynik pokazałby, że naprawdę możemy osiągnąć dużo i że w przyszłych igrzyskach możemy osiągać jeszcze lepsze rezultaty.
Na sam koniec, czego możemy Pani życzyć na te Igrzyska?
- Szczęścia, dużo siły i żeby bobslej był po prostu lekki - żeby łatwo go było pchać.














