63-latek przebrał się za reprezentanta Polski. I wygrał. Olimpijska szarża po "medal"
Ma 63 lata, od dekady jest w tym "fachu", przed nim pierwsze igrzyska, a ogółem 180 (!) impreza w roli wolontariusza. Polak stanął w szranki z międzynarodowym towarzystwem, rywalizując pośród 130 tysięcy ochotników z całego świata. Szczęśliwcami zostało po 8 tysięcy osób na igrzyska olimpijskie i paraolimpijskie w Mediolanie. Tomasz Karnia z Dąbrowy Górniczej opowiada Interii, jak wyglądał żmudny proces rekrutacji. I wyjawia, jakie ryzykowne show zaprezentował przed komisją.

Ten materiał nie powstałby tak szybko, w gruncie rzeczy jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem 25. zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie (ceremonia zapalenia znicza w piątek), gdyby nie dzieło przypadku. Przypadku, któremu Tomasz Karnia wydatnie dopomógł, bo moją uwagę dziś rano na lotnisku w Krakowie-Balicach przykuł mężczyzna, od stóp do głów ubrany w odzież sygnowaną napisami "Milano-Cortina 2026".
Polak przebrał się za hokeistę. Wyścig o wolontariat na igrzyska
Gdy stanęliśmy w jednej kolejce nie mogłem sobie odmówić i prędko przełamałem lody. - Lecę do Włoch w roli wolontariusza. Na imprezie tej rangi w tej roli jeszcze nie byłem, choć przede mną 180. wydarzenie sportowe, przy którym będę pracował - oznajmił, nie bez satysfakcji w głosie, pan Tomasz.
63-latek wielu kibicom sportu nie będzie anonimowy, bo bywanie na takiej wielości widowisk sportowych sprawia, że sporo osób będzie go kojarzyło. Zwłaszcza, o czym szybko pozwolił się przekonać, jest wielkim gadułą. Ledwie przez moment się rozkręcał, ale gdy to zrobił, pozostawało go tylko słuchać i nakierowywać poszczególnymi pytaniami.
Na wstępie zaznacza, że aplikowanie o rolę wolontariusza na najważniejszą imprezę sportową świata rozpoczął przeszło rok temu. I to nie była "pro forma", tylko żmudna i czasochłonna rekrutacja. Dąbrowianin oczekiwał na werdykt i otrzymał pierwszą pozytywną wiadomość, czyli po tzw. wstępnej weryfikacji został zaproszony na rozmowę rekrutacyjną. Ta odbyła się w maju. - Jeśli ktoś się na nią dostał, to już było 90 procent sukcesu - znów się zaśmiał, bo okazało się, że swoim radosnym temperamentnym nieco dość mocno skomplikował sobie sytuację...
Wiedziałem, że to będzie wymagająca rozmowa, ale na wesoło. Na niej trzeba zabłysnąć, żeby rekruter cię zapamiętał. Więc wymyśliłem sobie, że przebiorę się za hokeistę, zakładając kask, obszerną koszulkę polskiej reprezentacji oraz trzymając kij. I chyba trochę przegiąłem, bo wyszedłem z założenia, że cokolwiek by się nie działo, ma być śmiesznie. Zrobiłem show. Moja główna rozmówczyni z Hiszpanii raczej poczuła klimat, ale chyba trochę za mocno się uśmiałem i dowcipkowałem. W rezultacie trafiłem na listę rezerwową.
We wrześniu otrzymał wiadomość, że jego nazwisko widnieje na liście rezerwowej. I tkwił w zawieszeniu. W końcu, tuż przed nowym rokiem, odebrał najważniejszą wiadomość, że został pozytywnie zweryfikowany i przyjęty. - Nastąpiło to dokładnie 30 grudnia - precyzuje.
Następnie przyszła pora dość szczegółowego egzaminu, rozłożona na dwa obowiązkowe szkolenia, nie tylko dotyczące konkretnych zadań i właściwego reagowania. - Musiałem wyszkolić się nawet z włoskiego prawa pracy - roześmiał się Karnia.
Otrzymał przydział na hokej, w Mediolanie. - Dział "obsługa widza", bo to mój ulubiony, ja uwielbiam rozmawiać i przebywać z ludźmi - mówi o swoich predyspozycjach, które miałem okazję od kilkunastu minut obserwować.
Tomasz Karnia o filozofii ponoszenia kosztów. Nagroda jest unikalna
W największym skrócie wolontariusze dzielą się na dwie grupy: są to osoby aspirujące do zawodowych awansów, a taki wpis w CV bywa na wagę złota. Drugą grupę stanowią obieżyświaty, wielu (choć nie wszyscy) niezależni finansowo, a także w jednej osobie pasjonaci, dla których pewna symbolika - czy na przykład sprezentowany strój - już jest wystarczającą rekompensatą.
I nie jest to żadna przesada, bo wszystkie główne koszty z reguły są po stronie wolontariuszy. - Zakwaterowanie i na przykład loty w obie strony są po naszej stronie, sami musimy sobie te pozycje opłacić - zaznacza.
Pokusa jest jednak tak duża, że Karni "opłaciło się" ledwie kilka dni temu, tam i z powrotem, polecieć do Mediolanu. Z jednej strony po to, aby odbyć swój trening na lodowisku, poznać rozmieszczenie areny i wszystkie detale miejsca, w którym będzie pełnił swoją funkcję. Ale, nie mniej ważny, był także drugi powód.
Wówczas odbieraliśmy strój. To jest ubiór kompletny, bardzo bogaty. Od butów, przez spodnie i kurtki zimowe, spodnie i kurtki narciarskie, po plecak, czapkę oraz inne drobiazgi. Niekiedy wolontariusze tylko dla tego stroju się zgłaszają
Są jednak wyjątki, jaki na przykład miał miejsce przy piłkarskim mundialu w Katarze w 2022 roku. Tam organizatorzy, poza strojami, zapewnili wolontariuszom również hotel wraz ze śniadaniami. - Poszli wtedy po bandzie - żartuje pan Tomasz. - Ale nic nam wcześniej nie zdradzili, tylko powiedzieli, byśmy nic nie rezerwowali do czasu otrzymania ostatecznej wiadomości, czy zostaliśmy przyjęci na mistrzostwa.
Jego miejscem pracy przez całe igrzyska, które potrwają od 6 lutego do 22 lutego, będzie wspomniana hala do hokeja. Zlokalizowana na północny zachód od Mediolanu, nazwana Milano Rho Ice Hockey Arena. Mieści się ona na terenach targowych i jest jedną z dwóch sąsiadujących ze sobą aren. - Po drugiej stronie jest lodowisko do łyżwiarstwa szybkiego. W chwilach wolnych będziemy kibicować polskim olimpijczykom, bo to tam mamy chyba szanse na najwięcej medali - fachowo zwraca uwagę. I, żeby nie zapomnieć, spieszy z radą. - Do obu hal z metra idzie się około 20 minut, tak że troszkę trzeba przejść, więc uprzedzam wszystkich kibiców.
Tomasza Karni nie zabraknie na ceremonii otwarcia ZIO, która - jeśli chodzi o Mediolan - odbędzie się na słynnym stadionie San Siro. I przy tej okazji mój rozmówca znów wymownie się uśmiechnął, wspominając, jak z niemałym wyprzedzeniem znajome mu osoby kupowały wejściówki w cenie 260 euro.
Późne przyjęcie do roli wolontariusza miało jednak także w tym aspekcie duży walor, bo cena, za jaką mógł nabyć wejściówkę, była żenująco niska. Tam niska, że... - Za grosze, naprawdę za grosze. Aż wstyd się przyznać, ile zapłaciłem. Można powiedzieć, że nabyłem ją praktycznie za darmo - podkreślił zadowolony, gdy już na lotnisku Mediolan-Malpensa żegnaliśmy się i powiedzieliśmy sobie "do zobaczenia" na hokeju lub łyżwiarstwie szybkim.
- Pozdrawiam wszystkich Polaków, którym nie udało się przejść rekrutacji, a życzliwie się ze mną kontaktują i nasłuchują wiadomości - dorzucił w biegu.
Z Mediolanu - Artur Gac















