Polak w czołówce igrzysk. Patrzy na wyniki i nie wierzy. "Wyrzuciłem z siebie ten gnój"
To aż nieprawdopodobne, kiedy patrzy się na wyniki saneczkarskich jedynek mężczyzn z zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo (6-22 lutego). Mateusz Sochowicz na starcie był ścisłą światową czołówką. Gdyby przyznawali medale za ten element, to miałby go. Na mecie jednak zajmował odległe lokaty ze słabym czasem. To od lat problem tego zawodnika, który ma naprawdę duży potencjał. W wynikach zaskakuje jeszcze jedno. Polakowi zmierzono najniższą prędkość na torze i to aż o kilka kilometrów na godzinę, a jednak w tym ślizgu zanotował najlepszy swój czas. Nasz saneczkarz - w rozmowie z Interia Sport - sam był tym zaskoczony.

W skrócie
- Mateusz Sochowicz zajął 21. miejsce w saneczkarstwie jedynek na zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo.
- Zawodnik był rozczarowany wynikiem, mimo bardzo dobrych czasów startów i dużego potencjału sportowego.
- Sochowicz wskazał na trudności z prędkością sanek, zmiany na torze i wpływ sprzętu na osiągane rezultaty.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Nie awansowałeś do ostatniego ślizgu, w którym wystąpiło 20 najlepszych zawodników igrzysk. Zająłeś 21. miejsce i to twój najlepszy występ w karierze w tej imprezie, ale jednak deklarowałeś, że jesteś gotowy na szybką jazdę. Co się wydarzyło?
Mateusz Sochowicz: - Ten wynik kompletnie mnie nie satysfakcjonuje. Przyjechałem na te igrzyska po coś innego. Chciałem bić się o "10". Moja konkurencja z Pucharu Świata pokazuje, że to było to możliwe. Kompletnie nie jestem na tym miejscu, na którym powinienem być. Jest mi żal, że nie mogłem podjąć walki. To nie jest tak, że nie chciałem. Po prostu nie znalazłem sposobu na szybszą jazdę. Czułem, że jestem gotowy na to, by wskoczyć do "10". Mało tego, byłem o tym przekonany, bo wiem, jak szukać prędkości na sankach. Akurat wtedy, kiedy oczy całej Polski są zwrócone na saneczkarstwo, nie udało mi się pokazać najlepszej wersji siebie.
Jestem tym zawiedziony. Przetestowałem wiele opcji. W każdym ślizgu próbowałem zrobić coś innego. Nie wychodziło. Już po zawodach testowych wiedziałem, że będę miał problemy na tym torze, dlatego modliłem się o zmianę profili. To nastąpiło, ale okazało się, że profile zmieniły się bardziej pod bobsleje, a przez to sanki odpychało na wirażach. Siły ośrodkowe rozkładały się w zupełnie innych miejscach. To spowodowało, że nie mogłem znaleźć rytmu i prędkości na tym torze, a wiedziałem, że jestem w gazie.
Mateusz Sochowicz: sam z siebie wyrzuciłem cały ten gnój
Na całym wyniku zaważył pierwszy, najsłabszy ślizg? Wiedziałeś po nim, że już będzie trudno o to, by załapać się do czwartego przejazdu?
- Zdecydowanie zaważył ten pierwszy ślizg, choć i drugi - nie ma się co oszukiwać - nie był najlepszy. Jeździłem na tym torze kompletnie bez prędkości. Dlatego w żadnym ślizgu nie zszedłem poniżej 54 sekund i to mówi samo za siebie. O tym, w jakim miejscu się znalazłem, niech świadczy fakt, że Rumun Valentin Cretu, który cały sezon był za mną, w Cortinie zjeżdżał pół sekundy szybciej ode mnie. Może sam za bardzo zakręciłem się w poszukiwaniach prędkości. Zwłaszcza na dole. I to nie pozwalało mi na szybki przejazd u góry. Na pewno nie przyjechałem na te igrzyska po 21. miejsce. Najgorsze jest to, że wiem, że było mnie stać, ale nie dowiozłem tematu.
A propos prędkości. Zerkam w wyniki i jest coś, co zaskakuje. W trzecim ślizgu miałeś najmniejszą prędkość. Najgorszą w całej stawce ze wszystkich ślizgów. Jechałeś zdecydowanie wolniej niż w dwóch pierwszych ślizgach, a jednak uzyskałeś swój najlepszy czas na tym torze?
- Właśnie. I dlatego nie rozumiem tego toru. Może to był też błąd pomiarowy prędkości.

Pamiętam, że jak zawieszałeś karierę jakiś czas temu, to narzekałeś, że masz bardzo dobre czasy startów, a jednak sanki nie chcą jechać. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Na starcie jesteś światowym topem. A na mecie jesteś daleko. To jest kwestia sprzętu, czy techniki?
- W ostatnim moim ślizgu miałem trzeci czas startu na świecie. Włożyłem wiele pracy w to, by być szybkim na górze. Bardzo pomógł mi w tym elemencie trener przygotowania motorycznego. Do tego doszła poprawa techniki. Nie wiem też, czy nie zacząłem zbyt szybko pracować nad startem. Może ktoś mógł mi najpierw pomóc przyspieszyć sanki. Nie ma co ukrywać, że w tym sporcie, bardzo się liczy sprzęt. Max Langenhan, który sięgnął po złoto i jest moim serdecznym przyjacielem, dopiero w ostatnim ślizgu treningowym pokazał wszystkie karty, jakimi dysponował. To jest taka gra psychologiczna.
W te wszystkie przygotowania włożyłeś ogrom pracy, a znowu wylał się na ciebie hejt. To boli?
- Sam jestem zawiedziony swoim występem. Kiedy dwa lata temu znalazły się dla mnie nowe sanki, to uwierzyłem w ten projekt. Wszedłem w to i skupiałem się tylko na tym. Pracowałem naprawdę bardzo ciężko. Dla mnie właśnie igrzyska były docelowe. Nie szło w Pucharze Świata, ale byłem spokojny. Wiedziałem, że na igrzyskach dam radę. Niestety nie dowiozłem wyniku, o jakim mówiłem. Dlatego też sam z siebie wyrzuciłem w mediach społecznościowych całą frustrację i cały ten gnój, który we mnie siedział. Nie wynikała ona z hejtu, bo lata doświadczeń nauczyły mnie tego, by nieprzychylne komentarze mieć w głębokim poważaniu.
Przed tobą jeszcze start w sztafecie, która ma szanse na najlepszy wynik, jeśli chodzi o polskie saneczkarstwo w tych igrzyskach. A co dalej z twoją karierą?
- Powstał tajny plan. Zobaczycie, co się wydarzy. Wyczekujcie.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:













