Panika Polki, radość naszego zawodnika. Ratownik TOPR walczył z warunkami
Jan Elantkowski zajął przedostatnie miejsce w debiutującym na zimowych igrzyskach olimpijskich skialpinizmie, licząc czasy wszystkich zawodników. Polak był jednak w zupełnie innym nastroju niż Iwona Januszyk, która ze względu na problem z fokami, dotarła na metę jako ostatnia. Nie narzekał na warunki, podczas gdy jego koleżanka z kadry straszliwie przeżywała to, co jej się przydarzyło. Można nawet chyba powiedzieć, że byliśmy świadkami ataku paniki. Radość za to towarzyszyła zakopiańczykowi. - Podobało mi się. Uśmiech mi cały czas nie schodzi z twarzy. Może wynik nie zadowoli kibiców, ale jestem bardzo zadowolony - mówił Elantkowski po zawodach.

Elantkowski dość długo nie odstawał w stawce zawodników. Problemy pojawiły się na schodach.
- Poszedłem od początku tak, jak chciałem. Na sto procent. Tak, żeby niczego później po starcie nie żałować, że gdzieś można było jednak mocniej, tylko rzeczywiście po prostu od początku było to tyle, na ile byłem w stanie pójść - mówił Elantkowski.
- Trasa nie była łatwa, ale do najtrudniejszych bym jej nie zaliczył. Dla mnie najgorsze były schody, ale to dlatego, że poszedłem od początku na maksa i trochę już nogi zaczęły się plątać w okolicach schodów. Dwa razy się potknąłem. Jakoś źle wykalkulowałem mój stopień, mój krok i zaliczyłem glebę - dodał.

Trzeba przyznać, że warunki w Bormio były prawdziwie górskie. Na stoku Stelvio, słynącym z narciarstwa alpejskiego, sypał gęsty i mokry śnieg, ale Polakowi, który jest też ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR), kompletnie to nie przeszkadzało.
- Ten mocny opad śniegu mi nie przeszkadzał. Jestem z Zakopanego. Jak są takie warunki, to bardziej zadowolony jestem niż zasmucony. Jak dla mnie to bardzo fajnie było, bo Bormio miło nas przywitało. Tak, jak należy. Zimowa dyscyplina, to prawdziwa zimowa pogoda - cieszył się Elantkowski.
Inaczej, niż Januszyk, nie narzekał też na sprzęt, jaki miał przygotowany przez serwis
- U mnie było wszystko w porządku. Nic w sumie nie działo się na trasie. Po prostu na tyle mnie było stać. Mierzyłem siły na zamiary. Nie miałem wielkiego parcia na półfinał, choć oczywiście lepiej byłoby, gdybym się w nim znalazł. Walczyłem o to. Wiedziałem jednak, że jak tego nie osiągnę, to nie będę zawiedziony. Dlatego też inaczej podszedłem do tego startu - mówił Polak.
25-latek przyznał, że start w igrzyskach, to zupełnie coś innego niż starty w Pucharze Świata. Wskazał wielką różnicę.
- Emocje były zdecydowanie inne niż na Pucharze Świata. Inne odczucia? Też tak. Cała ta otoczka tutaj, mieszkanie w wiosce i ten tłum kibiców, to było coś niesamowitego. W Pucharze Świata też pojawiają się kibice, ale tak wielu nie było nigdy. Pełne trybuny, a do tego tłum na trasie. Nawet polskie znajome twarze się pojawiły - opowiadał.

Trzeba przyznać, że skialpinizm jest bardzo widowiskowy. Sprint jest idealnie skrojony pod telewizję. Jest zatem nadzieja, że ta dyscyplina będzie się pojawiała w kolejnych igrzyskach.
- Mam nadzieję, że za cztery lata znowu będzie dla nas miejsce w igrzyskach. Przed nami sztafeta. To dłuższy wyścig, bo trwa ponad 30 minut. Wolelibyśmy klasyczny skialpinizm, który prowadziłby wysoko w górę. Podobno Francuzi chcą go dołączyć do programu igrzysk. Oglądalność miał zapewnić sprint i pewnie tak będzie - powiedział Elantkowski.
Jego zdaniem, jeśli tylko Januszyk się nie załamie, to w sztafetach są w stanie powalczyć o ósemkę.
Z Bormio - Tomasz Kalemba, Interia Sport










