O Polce aż huczy. Skróciła trasę o 70 metrów. Od razu trafiła na listę MKOl
Do pierwszych igrzysk przygotowywała się 13 lat. Do drugich - tylko kilkanaście miesięcy. Do przeprowadzki z lekkoatletycznej bieżni na tor bobslejowy trzeba ją było namawiać niemal pół roku. Zgadzając się, uchyliła sobie wrota do historii. Nikt wcześniej, startując pod biało-czerwoną flagą, nie wziął udziału zarówno w letnich, jaki i zimowych igrzyskach olimpijskich. Już za chwilę jako pierwsza w dziejach polskiego sportu dokona tego ona - Klaudia Adamek.

Bobsleje? OK, ostatecznie można spróbować. Klaudia Adamek podjęła wyzwanie, chociaż nie wiedziała dokładnie, na czym to polega. Zanim założyła kombinezon, musiała trochę poczytać o bobach w internecie.
W premierowym ślizgu w pojeździe towarzyszył jej trener Dawid Kupczyk.
- Wtedy jeszcze do końca nie miałam świadomości, co robić w bobsleju. Nie czułam lęku i stresu. Trener jednak zapomniał dać mi wyraźny sygnał, że mam hamować. Usłyszałam jakieś krzyki, próbowałam hamować, ale podczas przejazdu tak mocno trzymałam się metalowych rur, że zabrakło mi sił. Niewiele brakowało, a wypadlibyśmy z toru prosto do lasu - opowiadała z przejęciem w rozmowie z Polską Agencją Prasową.
Za kilka dni wystartuje w najważniejszej imprezie czterolecia. Jako olimpijka. Wie już, co robić w bobsleju.
Klaudia Adamek przechodzi do historii polskiego sportu. Najpierw Tokio, teraz Cortina d'Ampezzo. Olimpijski sen trwa
26-letnia obecnie Adamek dała się poznać jako sprinterka. Szczyt lekkoatletycznej formy osiągnęła w 2021 roku. Ustanowiła wtedy rekordy życiowe na 60, 100 i 200 metrów. Start w igrzyskach olimpijskich w Tokio stanowił spełnienie jej dziecięcych marzeń.
W stolicy Japonii wystartowała w sztafecie 4x100m. Polki nie weszły jednak do finału. Ostatecznie sklasyfikowane zostały na 10. pozycji.
Adamek była głodna kolejnych startów. Chciała więcej i potrzebowała nowych wyzwań. Nie znalazła się jednak w kadrze na ME w Monachium (2022). Rok później mistrzostwa świata w Budapeszcie też odbyły się bez niej.
Kiedy myślami była przy igrzyskach w Paryżu, pojawiła się zaskakująca propozycja. Jesienią 2023 roku zadzwonił do niej trener Ryszard Sadkowski. Została zaproszona do kadry bobsleistek. Stanowczo odmówiła.
Szkoleniowiec drążył jednak temat cierpliwie. Jego konsekwencja przyniosła efekty. Klaudia wyraziła wreszcie zgodę, ale podchody trwały niemal pół roku.
Szybko zrozumiała zasadniczą różnicę. Zamiast 100 m na tartanie będzie teraz biegać 30 m po lodzie. Resztę roboty na bobslejowym torze ma zrobić skocznością i siłą. To na niej, jako rozpychającej, spoczywa odpowiedzialność za dobry start.
Z bieżni zabrała ze sobą pluszowego prosiaka. Jest jej niezawodnym talizmanem. Ma przynosić szczęście i chronić przed kontuzjami. To ważne, kiedy boba ważącego 165 kg trzeba rozpędzić do 150 km/h.
Pierwsza wielka miłość musi zaczekać. Teraz adrenalina. "Jak się czegoś podejmuję, to nie ma zmiłuj"
- Mimo porażek i trudnych momentów nie wyobrażałam sobie świata bez biegania. Lekkoatletyka jest i będzie moją pierwszą wielką miłością. Ale doszłam do momentu, kiedy trenerzy zaczęli obsesyjnie kontrolować moją wagę - zwierzała się w rozmowie z GQ Poland.
- Zamiast myśleć o startach, moim głównym problemem było bieganie po lekarzach i sprawdzanie, dlaczego nie chudnę. Do tego dochodziły problemy hormonalne i nieustanne branie leków, żeby jakoś zbić wagę. Dotarłam do momentu, kiedy byłam zwyczajnie w świecie wykończona. A kiedy organizm się blokuje, głowa także przestaje funkcjonować - tłumaczyła. - Pod koniec po prostu nie chciałam już chodzić na treningi.
Bobsleje okazały się więc w jakimś aspekcie ucieczką z pułapki. Czy to była dobra decyzja? Odpowiedź na to pytanie nadeszła 17 stycznia tego roku w Innsbrucku. Startując z Lindą Weiszewski - jako pilotką - Adamek cieszyła się z trzeciego miejsca w Pucharze Europy. Efekt? Ich nazwiska znalazły się na liście startowej MKOl. To była przepustka do zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo.
Po raz pierwszy w dziejach będziemy oglądać na olimpijskim torze bobslejowym reprezentantki Polski. Wcześniej szlak przecierali tylko panowie. Ale o wiele więcej znaczy inna premiera - ta w ujęciu globalnym, bez podziału na poszczególne dyscypliny. Otóż nikt, kto startował pod biało-czerwoną flagą, do tej pory nie miał na koncie udziału w igrzyskach zimowych i letnich. Adamek dokonuje tego jako pierwsza, zapewniając sobie w ten sposób nieusuwalne miejsce w historii polskiego sportu.
- Pamiętam tylko, że krzyknęłam z radości. Potem poleciały łzy - dzieliła się wrażeniami z Innsbrucka w wywiadzie dla WP Sportowych Faktów.
Dwa lata wcześniej nawet nie wiedziała, że bobsleje to dyscyplina olimpijska. Nie ukrywa, że gdyby nie tak wysoka ranga, nie dałaby się na ten sport namówić. Ale kiedy już wykonała pierwszy krok, jedno od początku było jasne: bierze wszystko albo nic.
- Jak każdy sportowiec marzyłam o igrzyskach, ale w życiu nie pomyślałam, że przejdę do historii, tym bardziej nie mogę w to uwierzyć. Wiadomo, że w bobslejach bardzo chciałam tę nominację zdobyć, bo ja jestem taka, że jak się czegoś podejmuję, to nie ma zmiłuj, celuję w najwyższe cele - nie hamowała swoich ambicji na antenie TVN24+.
To dlatego niespecjalnie przejęła się tym, co wydarzyło się w grudniu 2024 roku. W debiutanckim starcie w PŚ - na torze w Altenbergu - przeżyła bardzo groźnie wyglądający wypadek w trakcie ślizgu. Wyszła z tego bez szwanku, podobnie jak Weiszewski. Część obserwatorów mówiła o cudzie.
- Z naszej perspektywy nie było to takie straszne, jak wyglądało w telewizji - bagatelizowała Adamek na łamach "Rzeczpospolitej". - Dostałam potem wiadomości od starszych kolegów, że teraz mogę się nazwać prawdziwą bobsleistką. Przeszłam "chrzest".
To może być historia z zaskakującym epilogiem. Adamek nie domknęła drzwi. Na horyzoncie Los Angeles 2028
Dwa miesiące później Weiszewski miała mniej szczęścia. W trakcie przenoszenia sprzętu straciła kawałek palca u dłoni. Skaleczenie płozą okazało się na tyle głębokie, że chirurdzy mogli tylko naciągnąć skórę na kikut.
Trauma? Nic z tych rzeczy. Team pozostał teamem. Niezłomny. Z tym samym pułapem determinacji.
- Jadąc na igrzyska, każdy marzy o medalu. Też pojedziemy z takim celem. Na pewno jednak samo miejsce w czołowej "8" będzie dla nas dużym sukcesem - prognozuje Adamek dla WP Sportowych Faktów.
Weiszewski nie chce się bawić w dyplomację. Twierdzi otwarcie, że jeśli wszystko na torze zagra, możliwy jest wynik na poziomie Top 3. Pierwszy dzień prawdy nastąpi 20 lutego: dwa premierowe ślizgi. Nazajutrz dwa finałowe.
Adamek żyje teraz tylko bobslejami. Powrotu do lekkoatletyki jednak nie wyklucza. Z oczywistym celem: start w Los Angeles 2028.
Impreza czterolecia... co dwa lata. Całkiem sprytnie. To jedna z tych historii, w których wyczynowy sport nie idzie w parze z matematyką. 4+4=2.














