O medalu igrzysk dowiedział się dwie godziny po zawodach. W Polsce musiał się tłumaczyć w sądzie
Przeszedł do historii polskiego, ale też światowego sportu. Nie tylko został pierwszym medalistą z naszego kraju w historii zimowych igrzysk olimpijskich, ale też został pierwszym zawodnikiem na świecie spoza Skandynawii, który stanął na podium tej imprezy w kombinacji norweskiej. To było wówczas wielkie wydarzenie. O tym, że ma medal Franciszek Gąsienica Groń, który na igrzyska zakwalifikował się w ostatniej chwili, dowiedział się jednak po prawie dwóch godzinach od ukończenia rywalizacji w Cortinie d'Ampezzo. Po powrocie do Polski był ciągany po sądach. Wszystko przez koszulę.

W skrócie
- Franciszek Gąsienica Groń został pierwszym polskim medalistą zimowych igrzysk olimpijskich oraz pierwszym zawodnikiem spoza Skandynawii na podium w kombinacji norweskiej.
- Po zdobyciu medalu w 1956 roku w Cortinie d'Ampezzo musiał tłumaczyć się przed sądem w Polsce z powodu zagubionej koszuli olimpijskiej.
- Po zakończeniu kariery został trenerem i wychował ponad 40 mistrzów Polski, a jego sportowe tradycje kontynuują kolejne pokolenia rodziny.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Stara willa na Antałówce w Zakopanem. To tam mieszkał Franciszek Gąsienica Groń. To pierwszy polski medalista zimowych igrzysk olimpijskich w historii i pierwszy zawodnik spoza Skandynawii, który stanął na podium tej imprezy w kombinacji norweskiej.
Rozmawiałem z wieloma osobami, ale od żadnej nie usłyszałem złego słowa na tego wybitnego sportowca i wspaniałego człowieka. Bywało, że u niego sypiał nawet Adam Małysz. Dziś w willi jest izba pamięci poświęcona temu wielkiemu mistrzowi, którą pielęgnuje 90-letnia żona Czesława. To ona zadbała o to, by pamięć o mężu nie zaginęła, zbierając wszystkie pamiątki po tym wybitnym, ale chyba nieco zapomnianym w Polsce sportowcu.
Zapisał się w historii polskiego i światowego sportu, a nie ma nawet swojego skweru
Wszedłem na stronę internetową Głównego Urzędu Statystycznego. Chciałem znaleźć ulicę, skwer, rondo, cokolwiek, co nazwane byłoby im. Franciszka Gąsienicy Gronia. Nie znalazłem. To chyba najlepiej świadczy o tym, jak w naszym kraju pielęgnujemy pamięć po wielkich osobach. A przecież w tym roku mija 70 lat od tego historycznego wydarzenia.
Nie ma żadnej ulicy Franciszka Gąsienicy Gronia. Nie ma pomnika, ani nawet ronda. Pani Czesława chciała, by ulicę Broniewskiego, przy której mieszka, przemianować nawet nie na ulicę jej męża, ale Olimpijczyków. Na wiosnę na domu ma pojawić się mała drewniana tablica z napisem, informująca o tym, kto tu mieszkał.
Grał w jednej drużynie z Ernestem Pohlem
Gąsienica Groń najbardziej kibicom zapadł w pamięci jako przedstawiciel kombinacji norweskiej, ale tak naprawdę był bardzo wszechstronnym sportowcem. Próbował swoich sił w pływaniu, w którym - jako junior - osiągał naprawdę bardzo dobre rezultaty. Rywalizował też w skokach do wody, czy w tenisie stołowym, ale również biegał na nartach, skakał na nich, a nawet próbował swoich sił w biathlonie.
- Na początku przez długi czas biegałem na... zjazdówkach. W latach czterdziestych bardzo trudno było o narty - mówił kiedyś Gąsienica Groń w rozmowie z Leszkiem Błażyńskim z "Przeglądu Sportowego", wspominając, że jego idolem był wówczas Stanisław Marusarz, były rekordzista świata w skokach narciarskich, a także wicemistrz świata w tej dyscyplinie sportu.
Gąsienica Groń miał 17 lat, kiedy zapisał się Wisły-Gwardii Zakopane. W juniorach zdobywał medale w narciarstwie alpejskim. Z powodzeniem też startował w biegach narciarskich. Ukończył Gimnazjum Ślusarstwa i Kowalstwa Artystycznego w Zakopanem.
W 1952 roku, po ukończeniu Technikum Mechanicznego w Gliwicach, otrzymał obowiązkowe wówczas powołanie do służby wojskowej. W tym czasie grał w piłkę nożną, która była jedną z jego sportowych miłości, w Łodzi w Garnizonowym Wojskowym Klubie Sportowym (późniejszy Orzeł) u boku legendarnego Ernesta Pohla.
Grałem w pomocy lub w ataku, zatem często byłem partnerem Ernesta. Już wtedy wszyscy zachwycali się jego umiejętnościami oraz mocnym i precyzyjnym strzałem. Miał zadatki na wielkiego piłkarza i to wykorzystał
W dwa lata na światowy szczyt. Na igrzyska miał jednak nie jechać
Kombinację norweską, zwaną wówczas klasyczną, która przykuwała wtedy uwagę kibiców, zaczął uprawiać dopiero w 1954 roku po tym, jak skończył służyć w wojsku. Zrobił to za namową trenera Mariana Woyny-Orlewicza, który krytykował Gąsienicę Gronia po jednym z przejazdów slalomu.
Zakopiańczyk czynił ogromne postępy i szybko został czołowym zawodnikiem w kraju. W ciągu zaledwie dwóch lat treningów osiągnął olimpijski poziom, ale jednak początkowo nie był brany pod uwagę przy wyjeździe na zimowe igrzyska olimpijskie do Cortiny d'Ampezzo w 1956 roku.
Gąsienica Groń znajdował się w wysokiej formie i był zaskoczony, kiedy na jednym ze zgrupowań krawiec zatrudniony przez Polski Komitet Olimpijski, brał miarę na ubrania dla zawodników kombinacji norweskiej: Aleksandra Kowalskiego, Józefa Daniela Krzeptowskiego i Jana Raszkę, a jego pominął. Wstawił się wówczas za nim trener Woyna-Orlewicz.
Woyna-Orlewicz, który był wówczas trenerem, powiedział, że jak Franek nie jedzie, to jego też nie będzie na igrzyskach
24-latek otrzymał zatem ostatnią szansą. Tą były zawody na początku stycznia w szwajcarskim Le Brassus. Tam wygrał zawody z wielką przewagą, stając się na kilka tygodni przed igrzyskami we Włoszech wielką sensacją.
- Od dziadka mam do dzisiaj zegarek, jaki dostał za zwycięstwo w Le Brassus z grawerem: "Concours International 7-8 janvier 1956". To były pierwsze zawody zagraniczne dziadka w karierze. Do dziś zegarek działa - powiedział Tomasz Pochwała, wnuk Gąsienicy Gronia i olimpijczyk z Salt Lake City (2002), w rozmowie z Interia Sport.

- Zanim jednak pojechał na igrzyska, był w Le Brassus, gdzie przeprowadzono eliminacje. I mąż je wygrał. Nie był bowiem początkowo brany pod uwagę do wyjazdu. Nigdy nie należał do partii i to mogło mieć wpływ. Dla niego to był w ogóle pierwszy zagraniczny wyjazd w życiu - dodawała pani Czesława.
Świetne treningi, przepowiednia i falstart
Działacze naprędce wyrobili mu wizę do Włoch, a zakopiańczyk odwdzięczył się znakomitym występem. Już w treningach skakał najdalej ze wszystkich, powodując, że na Skandynawów, którzy wówczas dominowali w tej dyscyplinie, padł blady strach.
Wielkim przyjacielem męża był biathlonista Józek Rubiś. Któregoś dnia poszli razem przejść się po mieście. W centrum była wystawa medali. I wtedy Józek powiedział do męża: Franek, pasowałby ci chociaż ten brązowy. I tak się stało
Kiedy przyszło jednak do zawodów, zaczęły się kłopoty. Górę wzięły chyba nerwy. W pierwszej serii skoków (wówczas były trzy, a do klasyfikacji liczyły się dwie najlepsze - przyp. TK) Gąsienica Groń za wcześnie wyszedł z progu, pogubił się w powietrzu i upadł.
- Miałem łzy w oczach, ale nie załamałem się. Powiedziałem sobie, że nie wszystko stracone. Zostały mi przecież jeszcze dwa skoki, a potem decydujący o końcowej klasyfikacji bieg - wspominał w rozmowie z "Przeglądem Sportowym".
W drugiej i trzeciej serii Polak miał dobre próby (72,5 i 74 m), i zajął 10. miejsce, mając przed biegiem na 15 km niewielką stratę do czołówki.
"Wreszcie zapowiedź: Groń Gonszenica, Polonia. Napaliłem się na ten skok, chciałem uzyskać na rozbiegu jak największą szybkość. Coś poknociłem, w końcu wystartowałem przy zachwianej równowadze. Błyskawiczna myśl: rany boskie, nie przewrócić się na rozbiegu. To wystarczyło, dekoncentracja, już próg skoczni, wybijam się za wcześnie. Straszne, lecę na głowę. Końce nart dostają zeskoku, jakimś cudem się odchylam, odbijam palcami, zjeżdżam w dół, ale skok jest z upadkiem. Łzy leją mi się po policzkach, co za straszny pech. Przez dwa tygodnie na tej skoczni lądowałem najdalej ze wszystkich, ani razu się nie przewróciłem i musiało to mieć miejsce akurat teraz" - opowiadał nasz medalista w rozmowie z Wojciechem Szatkowskim z Muzeum Tatrzańskiego.

W biegu, na dwa kilometry przed metą zakopiańczyk dogonił świetnego Włocha Alfredo Pruckera, ale ten stał się nagle nieoczekiwaną przeszkodą dla Polaka.
- W zawodach mąż miał pecha, bo mógł mieć cenniejszy medal. W skokach miał upadek. Chciał nadrobić starty ze skoków w biegu, ale znowu doszło do nieszczęśliwego zdarzenia. Przed nim wywrócił się Włoch. Musiał go omijać przez głęboki śnieg. Znowu stracił cenne sekundy, które być może kosztowały go srebrny medal. Dziękował jednak Bogu za ten brąz - wspominała pani Czesława.
Ekipa ZSRR już wiedziała, a Franciszek Gąsienica Groń musiał czekać dwie godziny. "Polacco Gronkazienika"
Już po biegu dziennikarze i trenerzy ze ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) przekonywali naszego narciarza, że ma on brązowy medal, ale on nie wierzył. Czekał na oficjalne ogłoszenie wyników. To trwało dobre dwie godziny.
Po zawodach spokojnie się przebrał i wykąpał. Miał iść do miasteczka. Nieoficjalne wyniki mówiły o brązowym medalu, ale z nimi to różnie bywało. Dlatego zachowywał spokój. Nagle usłyszał straszny hałas w korytarzu. Pierwsi z gratulacjami popędzili do niego Rosjanie. I to było dziwne. Być może nasi działacze jeszcze nie wierzyli w to, co się stało. Rosjanie tymczasem szaleli ze szczęścia i podrzucali męża w górę
Ona o medalu męża dowiedziała się na fotelu u... dentysty.
- Byłam akurat u dentysty, kiedy w radiu podali, że Franek zdobył medal. Pracowałam wówczas na poczcie i w drodze od dentysty zbierałam gratulacje po tym sukcesie. On był tak duży, że na płotach w Cortinie wszędzie było pełno jego zdjęć. To była sensacja, a tragedia dla Skandynawów, którzy wiedli wówczas prym - wspominała pani Czesława.
Tak z kolei medal Gąsienicy Gronia relacjonował dla "Przeglądu Sportowego" redaktor Jerzy Mrzygłód, który był wówczas na alpejskim stoku: "Byłem wtedy wysoko, wysoko ponad Cortiną na zboczu Monte Tofano, gdzie na trasie Col Druscie (...) odbywał się olimpijski taniec między bramkami mężczyzn" (...) Właśnie poprawiano przeoraną przez kogoś trasę, ustawiając wywrócone tyczki bramek, gdy korzystając z tej przerwy, spiker zaczął ogłaszać najlepsze wyniki biegu do kombinacji, a potem pierwszą dziesiątkę kombinatorów VII igrzysk. Wyniki biegu znałem i wiedziałem, że nasz najlepszy zawodnik Groń zajął w nim siódme miejsce; łącznej punktacji za bieg i skok nie miałem jednak czasu obliczyć i dlatego z ciekawością nadstawiłem ucha. W pierwszej chwili gdy spiker podał tekst angielski, myślałem, że się przesłyszałem. Ale gdy potem powtórzył to samo po włosku, francusku i niemiecku, wtedy uświadomiłem sobie, że naprawdę nie ma w tym żadnej pomyłki i że «Polacco Gronkazienika» - jak brzmiało to oryginalnie po włosku - dokonał tego, czego jeszcze nigdy w historii naszych startów w zimowych igrzyskach nie udało się żadnemu z jego wielkich poprzedników".
W nagrodę razem z kolegami poszedł do... kina na western, a później otrzymał talon, który uprawniał do zakupu motocykla WFM.
Medal wręczony w przerwie meczu hokejowego. Minus 29 stopni w czasie powitania w Zakopanem
Ceremonia wręczenia medali odbyła się w przerwie meczu hokejowego USA - ZSRR.
Tak, takie chwile pamięta się na całe życie. Rozdanie medali za kombinację norweską miało miejsce w czasie przerwy w meczu hokejowym. Podium, na którym staliśmy, było oświetlone reflektorami, a całość stadionu była w mroku. Specjalnie po to, by nas było widać. Byłem bardzo stremowany i nie wiedziałem, jak się zachować. Wypadało, bym ja, jako brązowy medalista, pierwszy pogratulował Stenersenowi i Erikssonowi, którzy zajęli pierwsze i drugie miejsce, ale to oni pierwsi mi pogratulowali. Otrzymałem za trzecie miejsce w kombinacji norweskiej dwa medale: olimpijski i brązowy medal FIS, gdyż w roku olimpijskim medaliści olimpijscy otrzymywali także medal mistrzostw świata
W Zakopanem było huczne powitanie naszego pierwszego medalisty zimowych igrzysk. Mimo ogromnego mrozu, na dworzec w stolicy polskich Tatr przyszło bardzo dużo osób.
- Kiedy jednak wracał, to na dworzec zajechała po mnie taka wielka buda, żebym mogła być na przywitaniu naszego medalisty. Mróz był niesamowity. Było minus 29 stopni. Nie zapomnę tych kwiatów, które były jak druty. To były goździki. Całe Zakopane pojawiło się na przywitaniu - wspominała pani Czesława.

Państwo upomniało się o... koszulę
Chwilę później zaczęła się tułaczka po sądach z powodu... koszuli. Tak właśnie potraktowano naszego wielkiego sportowca.
- Strój na igrzyska przysłali mu dopiero, jak już stało się jasne, że jedzie na nie. Koszmarny był. Taka była wówczas bieda. Tu na zdjęciu stoi z Józkiem Karpielem. Wyglądali jak Ruski. Beznadzieja - mówiła żona naszego medalisty, pokazując zdjęcie męża spod skoczni w Cortinie d'Ampezzo.

- Teraz sportowcy dostają ubrania na igrzyska i zostają im już na stałe. Wtedy cały ubiór trzeba było zwrócić. I mąż z tego powodu miał rozprawę dwa razy w Nowym Targu w Sądzie Rejonowym, bo dostał koszulę non-iron (nie trzeba było jej prasować - przyp. TK). I ją zgubił. A to był rarytas - dodała.
Ostatecznie sprawę umorzono, ale ówczesna władza pokazała, że interesuje się Gąsienicą Groniem. Ten zresztą wiele razy otrzymywał propozycję zapisania się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Nigdy na nią nie przystał.
- Przed śmiercią mówił, że może spokojnie odchodzić, bo nikt o nim nigdy nie powie, że zmarł ten komunista. W urzędzie miasta, kiedy tylko otrzymywał jakieś nagrody, to razem z nimi zawsze był druk przystąpienia do partii. Raz, kiedy był już trenerem, to nie pozwolili mu wyjechać z chłopakami za granicę, bo powiedzieli mu, że nie jest upolityczniony, to nie może - opowiadała żona narciarza.
Straszliwy wypadek na Wielkiej Krokwi. "Zabił się!" - krzyczeli ludzie
Rok później na Wielkiej Krokwi w Zakopanem przy okazji Memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny, który miał wówczas wielką renomę, Gąsienica Groń miał poważny upadek.
Staliśmy z koleżankami i kolegami pod skocznią. Franek upadł. Tak straszliwie, że niektórzy krzyczeli: Zabił się! Atmosfera była okropna. Wciąż jeszcze byłam narzeczoną. Znaliśmy się już sześć lat, ale nie miał czasu na ślub. Dwa dni był nieprzytomny. Mój brat leżał akurat w szpitalu na wyrostek. Zobaczył, jak przywieźli Franka i powiedział, żeby dali go do jego sali. Miał chody w szpitalu, bo jeździł w pogotowiu. Teściowa, jak dowiedziała się o wypadku, to przyleciała na skrzydłach. Była w szoku, bo po mieście rozeszła się fama, że się zabił. Z pomocą boską wyszedł jednak z tego
Nasz narciarz doznał wstrząsu mózgu, złamał mostek i obojczyk oraz uszkodził siódmy kręg. Na szczęście - po wielomiesięcznej rehabilitacji - wrócił do sportu. Mało tego w kolejnym roku wystąpił w mistrzostwach świata w Lahti.
- Tam zajął 24. miejsce. I strasznie złościł, kiedy pisali w gazetach, że był dopiero 24., a był jedynym Polakiem w tych zawodach - powiedziała żona narciarza.
W 1959 roku Gąsienica Groń zajął jeszcze czwarte miejsce w zawodach w Falun, w których startowała cała światowa czołówka. Karierę sportową zakończył w 1964 roku.
Został świetnym trenerem. Jego wnuk pojechał na igrzyska
Po niej został trenerem. Ukończył Studium Trenerskie przy Wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego i w 1965 został trenerem w Wiśle Zakopane. Wychował ponad 40 mistrzów Polski w kombinacji, skokach i biegach. Trenował też swojego wnuka Tomasza Pochwałę.
Ten był świetnie zapowiadającym się skoczkiem narciarskim. W Pucharze Świata debiutował w wieku 16 lat. Dwa lata później brał udział w mistrzostwach świata, w wieku 18 lat wystąpił w zimowych igrzyskach olimpijskich w Salt Lake City (2002). W tym samym roku miał jednak koszmarny wypadek w Planicy, po którym jednak jego kariera wyhamowała.
Ze skoków przeniósł się do kombinacji norweskiej i w niej potrafił nawet zdobywać punkty Pucharu Świata. W tej dyscyplinie uczestniczył też w mistrzostwach świata. Na koncie ma medale uniwersjady w kombinacji norweskiej. Po zakończeniu kariery sportowej był trenerem kadry dwuboistów. Obecnie pracuje jako trener w KS Eve-nement Zakopane. Niedawno - po raz pierwszy w karierze - był kierownikiem Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem.
Dziadek mi kibicował. Żałował, że nie załapałem się na igrzyska do Turynu, bo tam był zaproszony jako gość honorowy
Dzieci uwielbiały pracować z Gąsienicą Groniem. Zresztą często dawały temu wyraz. Na jednym z dyplomów napisały: "Dla najlepszego trenera na świecie". To było w 2003 roku, a wśród podpisów byli m.in. Kacper Skrobot, Kamil Skrobot, czy Klimek Murańka.
- Ten dyplom napisany przez dzieci cenił sobie najbardziej - przyznała pani Czesława.

Płuca odmówiły posłuszeństwa. Nasz wielki mistrz został pożegnany przez tłum zakopiańczyków
Do ostatnich dni życia Gąsienicy Gronia przychodziły do niego listy z całego świata z prośbą o autograf. Był szanowanym sportowcem.
Do ostatnich dni dziadka przychodziły do niego listy z całego świata. Od pasjonatów olimpijskich, którzy zbierali autografy od wszystkich medalistów olimpijskich. Były listy z USA, czy Japonii
- Pod koniec życia, kiedy było już z dziadkiem coraz gorzej, to brało go na sentymenty i wtedy często wspominał lata kariery. Wcześniej niewiele tego było. Może dlatego, że bardziej doglądał naszych wyników i tego, co się z nami dzieje - dodał.
Nasz pierwszy medalista zimowych igrzysk olimpijskich zmarł 31 lipca 2014 roku. Miał astmę i niewydolność płucną. Mieszkańcy Zakopanego tłumnie pożegnali swojego bohatera, który spoczął na Nowym Cmentarzu, choć władze miasta chciały, by to był Pęksowy Brzyzek.
- Pogrzeb był w Kościele Św. Krzyża. Kondukt puścili Krupówkami i na nowotarską na cmentarz - mówił Pochwała.
- Było już zbyt późno, by skręcić pod Wielką Krokiew, bo taki był najpierw plan. I tam kondukt miał przystanąć. Było 20 sztandarów, a w organizacji pogrzebu pomógł Janusz Majcher - dodała babcia naszego olimpijczyka.
Prawnuki też mają sportowe zacięcie. Franek chce pojechać na letnie igrzyska, a Staszek szaleje na nartach
Tradycja sportowa w rodzinie Gąsienicy Gronia nie zaginęła. O Pochwale już pisaliśmy. Za to jego mam Małgorzata, a córka polskiego medalisty, uprawiała narciarstwo alpejskie.
- Zawsze byłam dumna z taty i z tego, że to on był pierwszym polskim medalistą zimowych igrzysk olimpijskich. Dużo rozmawiałam z tatą o tamtych czasach. On też się cieszył, bo w Wiśle Gwardii Zakopane uprawiałam narciarstwo alpejskie. Nie miałam wielkich sukcesów, ale w mistrzostwach Polski zajmowałam miejsca w ósemce - przyznała.
Teraz w ślady tego wielkiego sportowca idą prawnuki. Franek, który jest synem Pochwały, trenuje judo. Przed rokiem skoczył też na nartach w 1. Memoriale Franciszka Gąsienicy Gronia.
- Teraz Franek pojedzie na letnie igrzyska i wtedy ja - jako kibic - będę na pierwszych takich igrzyskach - śmiał się Pochwała.
Bardzo dobrze na nartach radzi sobie za to inny prawnuk - Stanisław Gaura, który ma tytuły mistrza Polski we freestyle'u narciarskim. Specjalizuje się w slopestyle'u.
Gąsienica Groń miał młodszego brata Stanisława, który już nie żyje, a podobno był większym talentem sportowym. Wciąż żyje jego siostra.
Wojciech Fortuna: świetny trener i dusza-człowiek; Adam Małysz: człowiek do rany przyłóż, fachowiec i wybitny zawodnik
Nie ma chyba osoby, która krytykowałaby Gąsienicę Gronia. Dla wszystkich był wielkim autorytetem.
- Franek był trenerem Wisła Gwardia Zakopane. Zapisałem się do tego klubu, jak miałem 10 lat, czyli w 1962 roku. Zaraz po MŚ. Wypatrzył nas trener Gąsiorowski. Na tym pierwszym spotkaniu po raz pierwszy spotkałem Franciszka. Tak naprawdę widziałem go już wcześniej, bo jako kilkulatek chodziłem pod skocznię i patrzyłem, jak starsi skakali. Jak miałem 10 lat, to Franek jeszcze skakał na Średniej Krokwi. To był świetny trener i dusza-człowiek. Mój trener Gąsiorowski zawsze go prosił, żeby Franek biegał ze skoczkami. Nam te biegi nie były potrzebne, ale swoje trzeba było wybiegać. Miał ponad 50 lat, ale trudno mu było uciec. To był długodystansowiec. Jego wychowankiem był Marek Pach, który był olimpijczykiem w Innsbrucku. I brał udział w skokach. Był nawet mistrzem Polski w skokach - wspominał w rozmowie z Interia Sport Wojciech Fortuna, który w Sapporo w 1972 roku został pierwszym polskim złotym medalistą zimowych igrzysk olimpijskich.
Ten jego medal długo właśnie był w domu Gąsienicy Gronia, bo to był okres, w którym Fortuna nie radził sobie z życiem i była obawa, czy nie sprzeda tego złota.
- Zdarzało nam się spotkać na skoczni. Zawsze miło go wspominam. Miał też takie swoje powiedzenia. Mówił charakterystycznie przez nos, co tylko dodawało im uroku. "Lecis jak ołowiony ptosek albo jak praśnięty kabot" - to było jedno z nich. Tomek nam opowiadał, że już nie był trenerem, a żonie cały czas opowiadał, że jeździ na treningi. Brał sobie kawkę do termosu i jeździł albo na skocznię, albo do COS-u. I oglądał sobie skoki. To był człowiek do rany przyłóż. I fachowiec jako trener, ale też wybitny zawodnik - dodawał w rozmowie z Interia Sport Adam Małysz, obecnie prezes Polskiego Związku Narciarskiego i jeden z najlepszych skoczków narciarskich w historii tego sportu.
"Orzeł z Wisły" czasami korzystał z gościnności i mieszkał u Gąsienicy Gronia, bo prowadzili oni pensjonat.
Zobacz również:

















