Musiał nauczyć się życia od nowa, medal igrzysk był początkiem "To nie koniec świata"
Kiedy był nastolatkiem, jego życie zmieniło się o 180 stopni. W wyniku upadku z dużej wysokości złamał kręgosłup i od tamtej pory porusza się na wózku inwalidzkim. Pierwsze miesiące po wypadku były nauką życia od nowa, a siłę odzyskał za sprawą sportu. Igor Sikorski na swoim koncie ma m.in. medal igrzysk paralimpijskich, ale cztery lata później zdecydował się zakończyć ten rozdział kariery. "Wszystko, co związane z narciarstwem, przestało mnie cieszyć" - wyznał w rozmowie z Interią Sport. Dziś odnajduje się w zupełnie innej dyscyplinie, zdobywa kolejne sukcesy i inspiruje innych.

Igor Sikorski to jeden z najbardziej utytułowanych polskich paralimpijczyków w sportach zimowych. W 2018 roku zdobył brązowy medal w slalomie gigancie na monoski w Pjongczangu, a w 2022 roku stanął na podium mistrzostw świata w Lillehammer. Jego droga do sukcesów nie była jednak łatwa - w wieku 17 lat uległ poważnemu wypadkowi, spadł z ponad 6 metrów, złamał kręgosłup i trafił na wózek inwalidzki.
Mimo dramatycznych przeżyć udało mu się wrócić do sportu na najwyższym poziomie. Po nieudanych igrzyskach w Pekinie zmienił dyscyplinę na sporty wodne i już może pochwalić się tytułem mistrza świata w wakeboardingu osób z niepełnosprawnością ruchową. Dodatkowo angażuje się w działalność wspierającą osoby po wypadkach, inspirując je do nauki życia od nowa.
Wypadek odmienił jego życie. "Musiałem nauczyć się wszystkiego od nowa"
Natalia Kapustka, Interia Sport: Sport był obecny w pana życiu od najmłodszych lat?
Igor Sikorski, były paralimpijczyk, brązowy medalista igrzysk w Pjongczangu: Sport był w moim życiu właściwie od początku. Zaczęło się od jazdy na rowerze ze starszym bratem, później trenowałem kung fu, jeździłem na deskorolce, snowboardzie, a także na nartach. Sport towarzyszył mi więc od dzieciństwa.
Czy w tamtym czasie pojawiła się już myśl o sporcie w bardziej profesjonalnym wydaniu?
- Snowboard był moją wielką pasją, ale nigdy nie byłem profesjonalnym zawodnikiem. Było to moje marzenie, jednak trenowałem amatorsko w klubie. Niestety przerwał to wypadek. Po nim musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale sport ponownie pojawił się w moim życiu. Najpierw była to koszykówka na wózkach, a później narciarstwo. Początkowo była to forma rehabilitacji, jednak szybko okazało się, że to także świetna pasja i że całkiem dobrze mi idzie. Pojawiła się też możliwość treningów z kadrą narodową, więc zacząłem coraz więcej jeździć na nartach. Tak wyglądały moje początki - w 2009 roku w Karpaczu stawiałem pierwsze kroki na stoku pod okiem Jarosława Roli, który był wówczas paralimpijczykiem.
Pierwszy czas po wypadku był niejako nauką życia od nowa?
Po wypadku musiałem nauczyć się wszystkiego od nowa, przede wszystkim samodzielności. Musiałem też nabrać siły, w czym bardzo pomógł mi sport. Koszykówka na wózkach czy później narty były wyzwaniem, dzięki któremu odzyskałem siłę i wiarę w to, że na wózku również można normalnie żyć, mieć pasję i być szczęśliwym. Dotarło do mnie, że to nie jest koniec świata ani życia, tylko początek robienia nowych, fajnych rzeczy
Co na początku stanowiło największą trudność dla pana?
- To na przykład chociażby wyjście z domu, bo mieszkałem wtedy na trzecim piętrze bez windy. Zanim się przeprowadziliśmy. No więc taką barierą pierwszą, która trwała jeszcze przez rok, było to wyjście z domu. To było najtrudniejsze. Zawsze musiałem organizować grupę kolegów, żeby mnie znieśli, potem wnieśli.
Czy w tym czasie dużym wsparciem byli dla pana rodzina i bliscy?
- Rodzina i bliscy byli dla mnie ogromnym wsparciem. Bardzo pomagał mi także rehabilitant, który przychodził do mnie pięć razy w tygodniu i ćwiczył ze mną w domu.
Jak wyglądały przygotowania i treningi? Na czym polega jazda na monoski?
- Na początku chodziło przede wszystkim o doskonalenie samej jazdy. Mamy jedną wąską nartę, na której trzeba utrzymać równowagę, więc początki polegały głównie na nauce techniki i balansowania oraz wzmocnieniu tułowia - zarówno podczas jazdy, jak i ćwiczeń dodatkowych. Dołączyłem do klubu Start Bielsko-Biała, w którym była sekcja narciarstwa. To tam, na polskich stokach, stawiałem kolejne kroki i doskonaliłem technikę jazdy. Treningi wyglądały podobnie jak dla pełnosprawnych zawodników, tyle że w pozycji siedzącej. Byli tam instruktorzy, którzy naprawdę się na tym znali, więc wszystko szło stopniowo. Jeśli chodzi o wypadki, to zdarzało się kilka upadków - mniej lub bardziej groźnych. Na szczęście zwykle wychodziłem z nich bez poważnych urazów; nic nie złamałem, choć parę razy byłem potłuczony.
Brązowy medal olimpijski, a potem trudna decyzja. "Przestało mnie cieszyć"
Medal igrzysk paralimpijskich był dla pana spełnieniem marzeń?
- Oczywiście, to było spełnienie marzeń. Medal był moim celem i marzeniem. Nie wiedziałem, czy uda mi się go zdobyć, ale czułem, że w tamtym okresie stać mnie na walkę z czołówką. Byłem ogromnie szczęśliwy, kiedy po dwóch dobrych przejazdach w gigancie wynik pokazał, że zajmuję trzecie miejsce.
Cztery lata później były igrzyska w Pekinie. Po tamtych startach odczuwał pan niedosyt?
- Tak, zdecydowanie. Tam nie udało mi się ukończyć żadnej konkurencji. Postawiłem wszystko na jedną kartę - w sporcie bywa tak, że jeśli ryzykuje się za bardzo, czasem nie wychodzi. Nie interesowały mnie wtedy miejsca poza podium; celowałem tylko w pierwsze trzy pozycje, więc musiałem zaryzykować. Nie udało mi się wtedy dojechać do mety, ale taki jest sport raz się wygrywa, raz nie.
Rozmawiamy w czasie, gdy we Włoszech trwają igrzyska olimpijskie, a zainteresowanie społeczeństwa nimi jest ogromne. Na podstawie swojego doświadczenia, czy uważa pan, że sporty paralimpijskie są wystarczająco doceniane i wspierane?
- Na pewno widać dużą różnicę. Brakuje przede wszystkim transmisji igrzysk paralimpijskich i szerszych informacji na temat sportu paralimpijskiego. Najwięcej mówi się o nim podczas samych igrzysk, a w okresie Pucharów Świata czy innych zawodów, nawet tych dużych, informacji jest znacznie mniej.
Ta przepaść jest ogromna między igrzyskami olimpijskimi a paralimpijskim. Jednak powoli się to zmienia, bardzo powoli, ale jednak zmienia na lepsze
A jak wygląda to w relacjach ze społeczeństwem? Jaki jest stosunek ludzi do osób z niepełnosprawnościami?
- Spotykałem się raczej z dużą pomocą i wsparciem. Nie mogę powiedzieć złego słowa o tym, że Polacy nie są pomocni albo odwracają wzrok - moim zdaniem tak nie jest i raczej nie spotkałem się z takimi sytuacjami.
Czy najważniejsze medale zajmują w pana domu jakieś specjalne miejsce?
- Medali nie trzymam na wierzchu, bo jest ich zbyt wiele - większość przechowuję w pudełkach. Startowałem nie tylko w narciarstwie, ale też w różnych innych zawodach, na przykład w maratonach rowerowych czy wakeboardzie. Mam jednak kilka statuetek i najważniejsze trofea stoją na wierzchu, przypominając mi o tych czasach.
Obecnie spełnia się pan w innej dyscyplinie. Czy to oznacza, że rozdział sportów zimowych został definitywnie zamknięty?
- Tak, definitywnie zakończyłem przygodę z nartami po igrzyskach w 2022 roku.
Czy była to trudna decyzja?
- Oczywiście, nie była łatwa. Trenowałem narciarstwo przez około 12 lat, z czego 10 lat w reprezentacji, więc to był ogromny rozdział w moim życiu. Jednak wiele rzeczy się na to złożyło i uważam, że zakończenie kariery było dobrą decyzją. Obecnie skupiam się na wakeboardzie.
Co dokładnie złożyło się na tę decyzję?
To było przede wszystkim wypalenie i zmęczenie. Wszystko, co związane z narciarstwem, przestało mnie cieszyć, więc można powiedzieć, że wypalenie było głównym powodem
Igor Sikorski odnalazł nową pasję. "Aktualnie przodujemy w Europie"
Obecnie pana sportowa droga skupia się na wakeboardzie. Na czym dokładnie polega ta dyscyplina?
- Wakeboard to sport ekstremalny. Najpierw płyniemy na desce i jesteśmy ciągnięci przez wyciąg po niewielkim jeziorku, na którym ustawione są przeszkody przypominające skatepark, tyle że na wodzie. Na tych przeszkodach wykonuje się różne triki, a wszystko dzieje się w wodzie, podczas gdy wyciąg nas ciągnie. To po prostu freestyle na wodzie.
Jak trafił pan na ten sport?
- Zobaczyłem w Internecie ludzi z Włoch i Francji, którzy pływali w ten sposób na zwykłych deskach wakeboardowych, ale ze specjalnymi siodełkami. Postanowiliśmy spróbować z kolegami - pospawaliśmy ramę w garażu, umieściliśmy ją na desce i zaczęliśmy pływać na małym zbiorniku w Krakowie, gdzie był niewielki wyciąg. Spodobało mi się to i tak, można powiedzieć, wszystko się zaczęło.
Obecnie w pana życiu nie brakuje również podróży?
- Mieszkam w Krakowie, tak jak zawsze. Podróże wiążą się głównie z trenowaniem wakeboardingu.
Wraz z ludźmi, z którymi trenuję, stworzyliśmy kadrę wakeboardingu i startujemy w mistrzostwach Europy oraz świata. Aktualnie przodujemy w Europie pod względem szkoleń wakeboardowych
- Mamy swoją bazę w Sosnowcu, na tzw. Wake Zone Stawiki, gdzie w sezonie prowadzimy darmowe zajęcia dla osób niepełnosprawnych - uczymy ich pływać i oferujemy również ścieżkę zawodniczą. Dysponujemy sprzętem, a dzięki współpracy z Polskim Związkiem Sportu Niepełnosprawnych osoby chętne mogą pływać za darmo. Chciałbym też zachęcić wszystkich, szczególnie osoby na wózkach, do spróbowania tego sportu.
Czy w ten sposób powstał projekt Sikorski Team?
- Tak, to projekt oferujący osobom niepełnosprawnym możliwość rehabilitacji poprzez sport, a jednocześnie ścieżkę zawodniczą. Mamy odpowiednie narzędzia i wiedzę, żeby zajmować się uczestnikami, i nie czekamy tylko na chętnych - aktywnie ich wyszukujemy. Nasza sekcja z roku na rok się powiększa, wszystko idzie w naprawdę dobrą stronę. Organizujemy także międzynarodowe obozy w Hiszpanii. Jeśli ktoś chce spróbować, jesteśmy najlepszą opcją w Polsce.
Czy otrzymuje pan wiadomości od osób, które potrzebują wsparcia i traktują pana jako inspirację?
Tak, zdarza się, że takie wiadomości do mnie trafiają. Niestety w Polsce co jakiś czas ktoś łamie kręgosłup i są to osoby w różnym wieku, które szukają drogi po wypadku - zastanawiają się, co dalej w życiu mogą robić. Okazuje się, że jest wiele ciekawych możliwości, a wakeboarding jest jedną z nich. Pływać na desce można w każdym wieku, jest to nie tylko świetny sposób spędzania czasu, ale także na wzmocnienie siebie
- Do naszego projektu trafiają też osoby, które po raz pierwszy mają kontakt z wodą po wypadku albo jeszcze nie potrafią samodzielnie przesiadać się na deskę. Uczymy nie tylko pływania, ale też obycia się, przełamywania własnych lęków i motywujemy do próbowania nowych rzeczy w bezpiecznych warunkach. Często dzięki temu ludzie odkrywają, że potrafią zrobić coś, o czym wcześniej nie mieli pojęcia, i stają się bardziej samodzielni.














