Mocne słowa o legendzie polskiego sportu. "Tyle lat go znałem, nie rozumiem, to wstyd"
- PKOl dotąd kojarzył mi się z uczciwymi ludźmi. Nawet w czasach komuny. A teraz czuję zażenowanie - mówi nam Andrzej Person, który przed dekadę był rzecznikiem PKOl. - Wiem, dlaczego prezes Piesiewicz trafił w objęcia zondacrypto, ale nie rozumiem, jak ktoś może go popierać - dodaje nasz rozmówca, odsłaniając kulisy funkcjonowania i finansowania komitetu, bo właśnie przez to są problemy.

Dariusz Ostafiński, Interia: Jak pan reaguje na ostatnie doniesienia dotyczące prezesa Radosława Piesiewicza i PKOl?
Andrzej Person, były rzecznik prasowy PKOl: - Czuję zażenowanie na myśl o tym wszystkim. Byłem na kilkunastu igrzyskach, reprezentowałem PKOl, który nawet w tych trudnych komunistycznych czasach był jedną z niewielu przyzwoitych instytucji. Tam zwykle pracowali uczciwi ludzie, którzy zasłużyli na to, żeby tam być.
Nawet w czasach komuny?
- Nawet. Jak komunista Włodzimierz Reczek jechał do Lozanny, to tam wszyscy witali go z honorami. Znał francuski, znał historię, to był ktoś, kto miał ogromny szacunek. To samo było z kolejnymi prezesami. Problem był cały czas jeden i ten sam. PKOl nie miał pieniędzy i z wielkim trudem zbierał środki, żeby wysłać kolejne ekipy na igrzyska.
Igrzyska w Londynie ratował finansowo Kulczyk
To znaczy?
- Opowiem o Londynie, gdzie byłem attache naszej ekipy i gdzie to wszystko wisiało na włosku. Wtedy uratował nas doktor Jan Kulczyk, mój kolega ze studiów. Prezes Kraśnicki miał z nim świetne kontakty i załatwił pieniądze dla naszej ekipy. A to tylko jedna z wielu historii. Problem narastał z każdymi kolejnymi igrzyskami, bo koszty wciąż rosły.
Rozumiem, że chce pan powiedzieć, dlaczego PKOl wpadł w objęcia zondacrypto?
- Choć wcale nie musiał. To zawsze była organizacja szlachetnych ludzi. Pamiętam naszą świetną sportsmenkę Marię Kwaśniewską-Maleszewską. Zajmowała się olimpijczykami, którym nie powiodło się w życiu. Robiła to w czasach, gdy nie było influencerów potrafiących zebrać miliony w kilka dni. Dawniej w korytarzach PKOl krążyło hasło "nie wiesz, jak się zachować, to zachowaj się przyzwoicie". To było jeszcze zanim powiedział to profesor Władysław Bartoszewski.
Mówi o dumie z siedziby PKOl. "Aż pojawił się ten napis"
To chyba teraz inne hasła krążą na korytarzach.
- Pamiętam, jak Juan Antonio Samaranch wspinał się po schodach do starej siedziby PKOl, a z trzeciego pietra dolatywał zapach gotowanego kapuśniaka. I wtedy Aleksander Kwaśniewski zdecydował, że budujemy nowe centrum. Byliśmy z niego bardzo dumni do momentu aż na wejściu pojawił się napis zondacrypto.
Znalazł się tam za sprawą pana Piesiewicza.
- Na jego temat mam takie zdanie, jak wszyscy uczciwi ludzie. Zresztą wielu działaczy związków sportowych uznało, że pan Piesiewicz powinien odejść. Jest garstka tych, którzy go wciąż popierają, ale nie rozumiem, jak oni mogą wierzyć w to, że krypto jest wspaniałe, a robienie interesów z firmą, gdzie jednego najpewniej zabili, a drugi uciekł, jest dobrym rozwiązaniem.
PKOl od 100 lat walczy o przetrwanie
Piesiewicz miał najpewniej ten sam problem z kasą, co poprzednicy i poszedł mocno na skróty.
- Dobrze powiedziane, choć ja bym jeszcze dodał, że prezes Piesiewicz miał dwa lata temu nadzieję, że PiS wygra wybory i państwowe firmy będą przelewać miliony na PKOl. Jednak jego opcja przegrała i poszedł w zondacrypto. Natomiast, abstrahując od prezesa Piesiewicza widać, że PKOl potrzebuje jakiegoś rozwiązania. Nie można od 100 lat walczyć o środki na przetrwanie, bo to jest piekielnie trudne. Musi być jakieś źródło państwowe dla tego wszystkiego. W innym razie kolejny prezes po Piesiewiczu też będzie miał ten sam kłopot. I jak się komuś nie podliże, to będzie kolejny skandal. A igrzyska w Los Angeles już za dwa lata, a koszty będą ogromne.
A o środki będzie tym trudniej, że jednak prezes Piesiewicz zdemolował wizerunek PKOl.
- To niestety prawda. Kiedyś PKOl był związkiem szlachetnych ludzi, a teraz zrobiło się tak bezczelnie, że to mi pachnie całkowitym upadkiem tych wszystkich idei. Ja tylko mam nadzieję, że prezesa Piesiewicza da się szybko i skutecznie odwołać, że przyjdzie ktoś nowy i zacznie to naprawiać. W ogóle dziwię się bardzo, że wciąż są ludzie, którzy popierają prezesa. Choćby nasz znakomity ongiś zapaśnik Andrzej Supron. Tyle lat go znałem, nie rozumiem, to wstyd.













