Minister atakuje Piesiewicza. Mówi o "szemranych umowach i szemranym biznesie"
Sprawa zondacrypto to nie tylko nieuregulowane nagrody dla medalistów ostatnich igrzysk. W tej aferze mamy już 700 pokrzywdzonych i straty przekraczające 350 milionów złotych. Arkadiusz Myrcha, wiceminister sprawiedliwości, w rozmowie z Interią mówi wprost, co teraz powinien zrobić prezes PKOl Radosław Piesiewicz. - Sport olimpijski był dotąd "biały", był poza polityką i trzymał się z dala od szemranych umów i szemranego biznesu. Tu mamy wszystko w jednym - stwierdza minister.

Dariusz Ostafiński, Interia: Czy nasze państwo mogło zrobić coś więcej w sprawie zondacrypto?
Arkadiusz Myrcha, wiceminister sprawiedliwości: Przede wszystkim najważniejszym zadaniem państwa jest przyjęcie regulacji jeśli, tak jak w przypadku rynku kryptowalut, mamy nieuregulowaną przestrzeń. Takich rzeczy nie robi się jednak z dnia na dzień. Dlatego od wielu miesięcy rząd - we współpracy z KNF i przedstawicielami rynku - pracował nad ustawami, które jednak nie weszły w życie.
Mówimy o ustawach zawetowanych przez prezydenta?
- Tak. Już dwa razy zostaliśmy przez prezydenta zablokowani. Proces legislacyjny wieńczy prezydent, a ten postawił weto. Myślę, że gdyby tego nie zrobił, to wiele spraw było do uratowania.
Minister o szyldzie zondacrypto na siedzibie PKOl. "Okrutne"
A tak mamy ogólnopolski skandal choćby z nagrodami dla medalistów ostatnich igrzysk.
- Chcę zacząć od tego, że wokół umowy i okoliczności jej zawarcie przez PKOl z zondacrypto jest jakaś tajemnica. Chętnie poznałbym jej treść.
Jak każdy.
- Przyznam, że jestem tym zakłopotany. Dla mnie poza dyskusją jest to, że prezes Radosław Piesiewicz nie powinien był do tego dopuścić. Wiele się mówiło o ryzykach związanych z rynkiem krypto. Już poprzedni rząd próbował coś zrobić, ale nie dowieźli tematu. Prezes Piesiewicz powinien był potraktować te wszystkie wątpliwości i ostrzeżenia poważnie. Skoro jednak związał się z zondacrypto na przekór wszystkim, to teraz musi PKOl te środki wypłacić. Obiecał. Ale to nie wszystko. Prezes Piesiewicz musi też teraz wyłożyć wszystkie karty na stół. I powinien się wytłumaczyć z tego, dlaczego w ogóle taką umowę podpisał. Sprawy zaszły za daleko. Sport olimpijski był dotąd "biały", był poza polityką i trzymał się z dala od szemranych umów i szemranego biznesu. Tu mamy wszystko w jednym i jeszcze ten szyld zondacrypto na budynku PKOl. To jest takie okrutne, to tak bardzo boli. To są nie tylko finansowe dramaty, ale także potężne wizerunkowe straty, których nie sposób przeliczyć na złotówki.
"Nie wierzę". Minister komentuje decyzję Piesiewicza
Prezes Piesiewicz mówi jednak, że musiał to zrobić, bo nikt, w tym także rząd nie chciał pomóc i nie dał kasy na PKOl.
- Niech nie mówi, że był w sytuacji kryzysowej i stał pod ścianą. Na pewno zondacrytpo nie była jedyną alternatywą. Ja po prostu nie wierzę, że cały polski biznes odwrócił się od prezesa i wepchnął go w ręce zondacrypto. Że niby PKOl stał się enfant terrible, z którym nie chce współpracować? Nie wierzę.
Rozmawiałem z Andrzejem Personem, który przez dekadę był w PKOl i on mi mówił, że organizacja od lat ma problemy z pozyskiwaniem pieniędzy na działalność.
Oczywiście sport, w tym w szczególności ten olimpijski, wymaga ogromnych środków. Znam od lat Andrzeja Persona i wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Trudno mi jednak uwierzyć, że spośród tylu dobrze prosperujących firm jedynie zondacrypto chciała się związać z tak szanowaną instytucją, jak PKOl.
Wrócę do pana Persona, który w tym samym wywiadzie opowiedział, że igrzyska w Londynie musiał ratować biznesmen Jan Kulczyk.
- Teraz mamy jednak trochę inne realia. Igrzyska w Londynie, to był 2012 rok. Od tamtego czasu biznes w Polsce się rozwinął, Polska się rozwinęła. Wydaje mi się, że jest ogromna przestrzeń do tego, by znaleźć poważnego sponsora strategicznego. Ja cały czas zadaję sobie pytanie, czy pan prezes Piesiewicz, aby na pewno zrobił wszystko. Czy podjął próbę, czy też poszedł na łatwiznę?
Na poważną dyskusję chyba jednak nie ma co liczyć, bo z tego już się zrobiła taka polityczna pyskówka.
- A w takiej sprawie byłoby fajnie, jakby szef PKOl zorganizował konferencję i opowiedział wszystko. Mógłby, chociaż spróbować nas przekonać, że był pod ścianą, że to była faktycznie ostatnia deska ratunku.
Z tego zasłynął prezes Piesiewicz. Minister mówi o tym wprost
Obaj wiemy, że prezes Piesiewicz kojarzy się z jedną opcją polityczną, że nazywa się go człowiekiem byłego wicepremiera Jacka Sasina. Może w tym tkwi problem?
- Taki polityczny wizerunek Prezesa PKOI to jest z pewnością kłopot. Lepiej, jak na czele związku czy organizacji sportowej stoi osoba niezwiązana z polityką i taka, która nie jest kojarzona z żadną opcją. Tymczasem prezes Piesiewicz zasłynął z tego, było to zresztą opisywane w mediach, że za czasów rządów PIS przyciągał umowy ze spółkami Skarbu Państwa. Wchodził do PKOl z taką właśnie deklaracją, że będą umowy sponsorskie ze spółkami skarbu państwa. Pamiętam też, że jak wcześniej prezes był w związkach sportowych, to tam też była ta dyskusja i tworzenie wyobrażenia o ogromnych możliwościach pozyskania finansowania z sektora spółek skarbu państwa.
Chce pan powiedzieć, że po zmianie władzy prezesura pana Piesiewicza straciła rację bytu?
- Chcę powiedzieć, że to chyba nie tak powinno wyglądać. Prowadzenie jakiegokolwiek związku z pomocą politycznych koneksji nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. A jak chodzi o dalsze kierowanie przez pana Piesiewicza taką organizacją, jak PKOl, to zdecydowanie nie ma to już większego sensu. Na pewno dotychczasową postawą pan prezes skomplikował sytuację PKOI w perspektywie pozyskania innego poważnego sponsor? A przecież igrzyska w Los Angeles zbliżają się wielkimi krokami. Zostały dwa lata.
Zwłaszcza, jak rozumiem, że teraz sprawą zondacrypto zajęła się prokuratura, a PKOl może obrywać rykoszetem, bo na jaw będą wychodziły coraz to nowe rewelacje.
- Prokuratura jest mocno zaangażowana. W Katowicach, bo tam będą się tym zajmować, było ostatnio małe trzęsienie, ale teraz wszystkie ręce na pokład. To będzie duże śledztwo. Jest ponad 700 pokrzywdzonych. Skala tego wszystkiego jest gigantyczna, a wartość szkody najpewniej przekroczy pierwotnie podawaną kwotę 350 milionów złotych.
Prezes Piesiewicz nie wygląda jednak na takiego, który byłby gotów ponieść konsekwencje związania się z takim sponsorem i rozłożeniem nad nim parasola PKOl.
- No na to wygląda. PKOl jest organizacją pozarządową. Zatem wiele teraz zależeć będzie od samego komitetu. Tylko jego członkowie i właściwe organy mogą podejmować wiążące dla komitetu decyzje. Dla dobra polskiego sportu i dla dobra naszych olimpijczyków chciałbym, żeby PKOl stanął na nogi jak najszybciej.













