Łzy polskiej gwiazdy i wstrząsająca opowieść. Padły najbardziej osobiste słowa
- Nie ma co ukrywać, że przyjazd tutaj to było zderzenie się z tymi wszystkimi rzeczami, które wydarzyły się cztery lata temu. Nie było tak naprawdę innego miejsca do przetestowania. Wszystko się uaktywniało jako emocje związane z traumą - mówiła łamiącym się głosem, ze łzami w oczach, Natalia Maliszewska, które ma potwornie trudne doświadczenia z igrzyskami olimpijskimi. W czwartek w ćwierćfinale na 500 m zaliczyła upadek, grzebiąc szanse na medal.

Natalia, jak odnalazłaś się w tym biegu?
Natalia Maliszewska: - Dobrze, naprawdę dobrze... Naprawdę jestem zadowolona z tego biegu. Głównym celem było zyskanie pozycji na starcie, co udało mi się - mam wrażenie - niesamowicie. Bo kiedy weszłam przed Belgijkę, po prostu rozepchnęłam ją łokciami tyle, ile mogłam. I "usiadłam" szybko za Chinką. Wiedziałam, że ta część będzie się rozgrywała już tylko między nami. Czułam kółko wcześniej, że jest to moment, w którym lód nie do końca pozwala na takie manewry, czyli szybkie zejścia. Bo w moim przypadku lód zarywał na tyle, iż czułam, że już jadę na limicie. Decyzja o zaryzykowaniu upadkiem... Ja się nawet nie zastanawiałam. Wiedziałam, że chcę to zrobić.
- Upadek się zdarzył, ale był on tylko i wyłącznie spowodowany tym, że po prostu chciałam przejść dalej. Chciałam zaryzykować, podjęłam bardzo duże ryzyko, ale mam wrażenie, że i tak się opłaciło. Pomimo tego, że wylądowałam w bandzie, to uśmiech i tak nie schodził mi z ust. Dojechałam do linii mety i po prostu się cieszyłam. Mimo tego, że upadłam, miałam okazję wystartować na tym dystansie i dać z siebie wszystko.
Miałaś poczucie, że jesteś dużo szybsza od Chinki? Bo wyglądało, jakby cię trochę blokowała.
- Nie będę ukrywać, że to nie jest doświadczona zawodniczka. Ona ma taki tor jazdy, że nie jest on ani szeroki, ani wąski, a jest torem trochę blokującym. Ale wiedziałam, że umiem wyprzedzać, umiem wykonywać manewry, za centralnym klockiem po prostu się zebrać i docisnąć. Wiedziałam, że jadę na pewnym limicie, bo już wiraż wcześniej czułam, że lód mi zrywa. Było to do zrobienia, ale po prostu mi nie wyszło.
- Dzisiejszym biegiem pokazałam sobie, że wygrałam. I że naprawdę sprawiłam, że na moim koronnym dystansie, w moim papierowym pamiętniczku, zapiszę: "Nati, zrobiłaś dobrą robotę".
Pani emocje są bardzo wymowne. Z jednej strony poczucie, że człowiek podjął ryzyko, bo bez niego i tak nic by nie było. A z drugiej świadomość, że przyjechało się tutaj zrealizować wielkie cele i aspiracje.
- Oj tak, zdecydowanie! Nie będę ukrywać, że 500 m było głównym celem i główną myślą. Ale igrzyska jeszcze się nie skończyły. Przede mną jeszcze dwa dystanse, które może nie są moimi idealnymi, ale czuję, że danie z siebie wszystkiego może mnie naprawdę zanieść jeszcze w miejsca, w których nie byłam. Więc mimo tego, że nie przeszłam dalej, broni jeszcze nie składam.
Igrzyska, ta najpiękniejsza impreza, będąca często ukoronowaniem kariery, dla pani są cały czas bardzo ciężkim doświadczeniem.
- Są, nie ma co ukrywać. Nie ma co ukrywać, że przyjazd tutaj to było zderzenie się z tymi wszystkimi rzeczami, które wydarzyły się cztery lata temu. Nie było tak naprawdę innego miejsca do przetestowania tego, co przeszłam na terapii i jak długo pracowałam nad tym, by w ogóle wrócić do takiego ścigania się na łyżwach oraz mieć z tego radość, niż po prostu sam przyjazd na igrzyska. Czy było łatwo? Cholernie nie. Było bardzo trudno i nie będę ukrywać, że emocje związane z każdym momentem, czyli nawet wejście na stadion, gdzie było otwarcie, zobaczenie kół olimpijskich, mieszkanie w wiosce, czy posiadanie akredytacji, która jest ważniejsza niż cokolwiek innego, to wszystko się uaktywniało jako emocje związane z traumą. Starałam się jak najbardziej mogłam sprawić, by te rzeczy mnie nie przytłoczyły, ale musiałam się z nimi zmierzyć. Nie było innej możliwości. Jeśli chciałam tu być, to musiałam się z nimi zderzyć. A to była jedna z większych walk, które podjęłam oprócz startu na igrzyskach.
Myślisz, że wygrałaś tę walkę?
- Dzisiejszym biegiem pokazałam sobie, że wygrałam. I że naprawdę sprawiłam, że na moim koronnym dystansie, w moim papierowym pamiętniczku, zapiszę: "Nati, zrobiłaś dobrą robotę" (w tym momencie emocje wzięły górę... - przyp.).
Rozmawiał i notował Artur Gac, Mediolan













