Dramat Polaka, jest reakcja na dyskwalifikację. Wiadomość idzie w świat
W pierwszych kilkunastu sekundach w mixed-zone Piotr Michalski wygrał niełatwą walkę, bo emocje zaczęły ściskać mu gardło, a oczy przepełnione były emocjami. Wygrał nie tylko ten pojedynek, ale także pokusę, aby coś mocnego rzucić pod adresem swojego przeciwnika. Zwyciężył charakter wspaniałego sportowca. - Nie chcę się na nim wyżywać, chciał jechać jak najszybciej i po swoje marzenia, on też po to trenował - powiedział nasz olimpijczyk po finale na 1000 m.

Na poprzednich igrzyskach olimpijskich w Pekinie Piotr Michalski otarł się o podium na dwóch dystansach. Poczucie niedosytu było ogromne. Teraz, na igrzyskach w Mediolanie, jego szanse na 1000 metrów pogrzebał incydent z rywalem. Co z tego, że Austriak Gabriel Odor został zdyskwalifikowany, skoro Polaka to pozbawiło szans na znacznie wyższe miejsce. Ostatecznie uplasował się na 25. lokacie, a tuż za metą twarz chował w dłoniach.
Piotr Michalski: Nie chcę się na rywalu wyżywać, choć...
- Jeszcze muszę ochłonąć. Na razie udaję, że jest okej, ale pewnie będę musiał chwilę pomyśleć i przeżyć to jakoś po swojemu - zaczął, chowając się za maską, panczenista rodem z Sanoka.
Jak cały incydent, który kompletnie wytrącił go z rytmu i niemal zupełnie zatrzymał, wyglądał okiem Michalskiego?
- Z perspektywy przepisów powinien mnie przepuścić, bo była taka sytuacja, że nie miałem swobodnego przejazdu, a zawodnik na torze zewnętrznym ma pierwszeństwo. On tego nie zrobił. Nie chcę się na nim wyżywać, chciał jechać jak najszybciej i po swoje marzenia, on też po to trenował. Był odrobinkę przede mną, więc pewnie aż tak mnie nie widział, choć chwilę wcześniej na łuku można to już w zupełności ocenić. Ja musiałem stanąć, żeby nie doszło do jakiejś katastrofy... Trudno, trzeba to jakoś przeżyć - opowiedział Michalski.
Dyskwalifikacja, nałożona na Austriaka Odora w teorii oznaczała, że 31-latek mógł zdecydować się na powtórny start. Ktoś powie: "no właśnie, przecież była szansa się poprawić. Dlaczego nie próbował?". Ale tak może stwierdzić tylko ktoś, kto zna przepisy, a nie rozumie praktyki i uwarunkowań.
- Owszem, miałem szansę na powtórzenie biegu, ale nie mam 20 lat. Wiem, ile mnie to kosztowało i nawet teraz nie byłbym w stanie tego zrobić. A kolejny przejazd, uważam, byłby niegodny reprezentowania Polski na igrzyskach olimpijskich. Więc nie chciałem tego robić sobie, kibicom, ani wszystkim, którzy to obserwują - wyjaśnił panczenista. Krótko, zwięźle, ale zrozumiale.
Przed Michalskim, podobnie jak przed czwartym Damianem Żurkiem i 23. Markiem Kanią, jeszcze jeden bieg na tych igrzyskach, czyli start na 500 metrów. Rezultaty, notowane na tym dystansie w środowym, dwa razy dłuższym biegu, napawają sporym optymizmem.
- Cała nasza trójka pokazała prędkość na otwarciu. Oczywiście Damian, jak to Damian, był najszybszy, ale także Marek bardzo szybko otworzył. Ja na to, co pokazywałem w tym sezonie, chyba zanotowałem najszybsze otwarcie. A to oznacza, że jesteśmy lepiej przygotowani na te igrzyska w kontekście całego sezonu. W komplecie startowaliśmy też po dużym torze, a tam nie ma za wiele czasu na rozpędzenie się przed łukiem. A jeśli przed łukiem brakuje prędkości, to łuk aż tak nie napędza. Uważam, że po wewnętrznym otwarcie byłoby jeszcze szybsze - argumentuje Michalski.
Michalski zwrócił uwagę też na to, aby z sukcesu Damiana Żurka, czyli czwartego miejsca, nie robić tragedii.
- Nie chciałbym narracji, że jest pierwszym przegranym, bo pierwszym bez medalu. To ogromne osiągnięcie! My tu jesteśmy nie tylko zakwalifikowani, ale jeszcze było sito przed igrzyskami. Tutaj przyjechali naprawdę najszybsi z najszybszych. Damian, startując w ostatniej parze, wytrzymał presję. Miał naprawdę niewielką różnicę do podium. Dla mnie to jest mistrz i mam nadzieję, że pokaże to za parę dni - z pełną wiarą stwierdził Michalski.
Z Mediolanu - Artur Gac














