Zranił człowieka, miał trafić za kraty. Za chwilę to on zapali olimpijski znicz
Alberto Tomba? Młodsi kibice w pierwszej chwili mogą nie wiedzieć, o kogo chodzi. Ale starszym dwa razy nie trzeba powtarzać. Włoski weteran to jeden z najwybitniejszych narciarzy alpejskich w historii. Można nie recytować z pamięci wszystkich tytułów i medali, po jakie sięgnął. Ale nie sposób zapomnieć, że w latach świetności uchodził za naczelnego skandalistę i pierwszego playboya światowego sportu. W piątek to on zapalić ma olimpijski znicz w Mediolanie.

Jako pierwsza poinformowała o tym "La Gazzetta dello Sport". W piątek podczas ceremonii otwarcia imprezy czterolecia olimpijski znicz zapalą Deborah Compagnioni i Alberto Tomba. Ona w Cortinie d'Ampezzo, on w Mediolanie nieopodal areny otwarcia igrzysk - Stadio San Siro.
Oboje święcili w przeszłości sukcesy w narciarstwie alpejskim. Ale tylko Tomba funkcjonował w zbiorowej świadomości również daleko poza sportowymi arenami. Już nie jako czempion, ale w roli skandalisty i uwodziciela.
Alberto Tomba na stoku wygrał wszystko. Kiedy oparła mu się mistrzyni olimpijska, nie potrafił pokazać klasy
- Nazywam się Alberto Tomba. Też jestem mistrzem olimpijskim - odezwał się niskim głosem Tomba, zwracając się do urodziwej kobiety.
- Naprawdę? A jaki sport uprawiasz? - odparła, udając niezorientowaną.
Adorowaną niewiastą była Niemka Katarina Witt, gwiazda jazdy figurowej na lodzie. Tomba podszedł do niej tuż po wywalczeniu przez nią złotego medalu olimpijskiego w Calgary (1988). Była jeszcze na lodzie, w stroju startowym. On w garniturze i z kwiatami. Kamery rejestrowały tę scenę ze wszystkich możliwych ujęć.
Ku zdumieniu włoskiego amanta, nic z tego nie wyszło. Nie był przyzwyczajony do sytuacji, w której jego zaloty są odtrącane. Kiedy więc kilka miesięcy później Witt zadzwoniła do niego z zapytaniem, czy mógłby jej pokazać Mediolan, z satysfakcją odmówił. Czekał na okazję do odwetu.
W tamtych latach uważany był za pierwszego playboya wśród najpopularniejszych sportowców globu. Na dłużej w jego życiu zagościła tylko Miss Włoch z 1991 roku, Martina Colombari. Związek przetrwał całe trzy lata.
- To prawda, nigdy się nie ożeniłem. Były tysiące kobiet? Były. To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego nie mogłem być tylko z jedną - tłumaczył w jednym z licznych wywiadów, których udziela do dzisiaj.
Na alpejskich trasach jeździł jak w transie. Wygrał w karierze wszystko. W dorobku ma złoto igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i Kryształową Kulę. Znał swoją sportową wartość i lubił ją zaznaczać.
Po jednym z pierwszych triumfów w Pucharze Świata oznajmił, że jest nowym mesjaszem nart. Tuż przed igrzyskami w Albertville (1992) zaproponował zmianę nazwy miejscowości na Alberto-ville. A potem - jako pierwszy alpejczyk w historii - obronił tam tytuł mistrza olimpijskiego.
Na konferencji prasowej nie mogło w takiej sytuacji zabraknąć pytań o receptę na sukces. Tomba odpowiedź miał już gotową. - Do tej pory bywało, że spędzałem czas z trzema kobietami do piątej nad ranem - przyznał bez skrępowania. - Przed olimpijskim startem musiałem to zmienić, żeby poświęcić więcej czasu na sen. W wiosce olimpijskiej byłem z pięcioma kobietami do trzeciej nad ranem.
Kawalarz zamieniał się czasami w agresora. Kiedy pewnego dnia zaatakował fotoreportera przed jedną z dyskotek, niewiele brakowało, a trafiłby na 20 dni za kratki. Naruszył nietykalność osobistą człowieka i zniszczył mu aparat. Przyznał się i zapłacił sowitą grzywnę. Potem tłumaczył, że wziął winę na siebie tylko dlatego, żeby nie trafić do aresztu.
Innym razem na jednej z narciarskich aren wypatrzył dziennikarza Aldo Martinuzziego, który kilka lat wcześniej opublikował jego roznegliżowane zdjęcia z sauny. Rzucił w przedstawiciela mediów pucharem i butelką szampana. Trafił tylko tym pierwszym, rozcinając zaatakowanemu dłoń. Ale i tym razem uniknął poważnych konsekwencji prawnych.
Niechlubne incydenty nie zabrały Tombie statusu ikony. Olimpijski ogień wnosił już na stadion w 2006 roku, gdy gospodarzem zimowych igrzysk był Turyn. Nie zapalił wtedy znicza. Zrobi to dopiero w najbliższy piątek wieczorem.
Niedawno skończył 59 lat. Zdarzało mu się napomknąć, że pora się ustatkować i założyć rodzinę. Nie ma jednak wiarygodnych informacji, by tak sformułowana wizja doczekała się fazy realizacji.














