O błysk łyżwy - historyczny moment polskiego sportu. Łyżwiarze szybcy znów wielką nadzieją
Ostatnie medale igrzysk olimpijskich w łyżwiarstwie szybkim Polacy zdobyli w 2014 roku. Zbigniew Bródka z Soczi przywiózł złoto i brąz. Przed igrzyskami w Mediolanie polscy panczeniści znów rozbudzili nadzieje. - Zbyszek miał plan, widział jasny cel i mocno do niego dążył. Teraz też jest kilku zawodników, którzy chcą coś osiągnąć. Jest szansa nawet na trzy medale - uważa Mieczysław Szymajda, pierwszy trener Bródki w klubie Błyskawica Domaniewice.

Andrzej Klemba, Interia: Wkrótce zimowe igrzyska olimpijskie w Mediolanie. W 2014 roku pański wychowanek - Zbigniew Bródka zdobył indywidualnie złoto i brąz drużynowo. Jaka była jego droga na olimpijski szczyt?
Mieczysław Szymajda: Trafił do naszego klubu, który wtedy jeszcze nazywał się Maraton Domaniewice, kiedy był w drugiej klasie szkoły podstawowej. Na początku trenował głównie lekką atletykę. Wtedy organizowano dużo zawodów dla dzieci i młodzieży. I braliśmy udział np. w "Złotym Krążku" czy "Błękitnych Sztafetach". Głównie to były zawody prowadzone przez Szkolny Związek Sportowy. Potem były coraz ważniejsze imprezy - wojewódzkie czy makroregionalne. Aż w końcu awansowaliśmy do finału ogólnopolskiego w Nowym Targu. Potem przerodziło się to w myśl utworzenia sekcji łyżwiarskiej. Było sporo zawodników, którzy osiągali dosyć dobre wyniki i potrafili jeździć na łyżwach. I powstał klub Błyskawica Domaniewice, w którym była sekcja łyżwiarstwa szybkiego i short tracku.
Skąd mieliście lodowisko do trenowania?
- Sami sobie organizowaliśmy. Zimą wszyscy chcieli też coś robić i padł pomysł na lodowisko. Nie tylko dla sportowców, ale dla wszystkich chętnych. Ludzie garnęli się, by jeździć na łyżwach i chętnie pomagali. Braliśmy węża ze szkoły i laliśmy wodę z kranu na asfalt. Pamiętam, że wymiar był 34 na 50 metrów. To już była spora tafla i żeby zalać ją z tej sikawki, to naprawdę trzeba poświęcić sporo czasu. To było 1700 metrów kwadratowych i mnóstwo ludzi przychodziło na jazdy rekreacyjne.
I jak te dalej wyglądały losy Bródki?
- Na szczęście wtedy zimą mróz był dłużej, bo nawet przez trzy miesiące się utrzymywał. Zbyszek już wtedy chodził do szkoły średniej w Zgierzu. Te nasze treningi na tym lodzie sprawiły, że zdobywał medale na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży i w mistrzostwach Polskich juniorów. Wtedy jeszcze w short tracku. Kolejnym krokiem była Szkoła Mistrzostwa Sportowego w Białymstoku. Tam poszedł Zbyszek, żeby doskonalić jazdą i mieć lepsze warunki. Był w takiej małej grupce z braćmi Fabiańskimi. Wtedy startowali w zawodach międzynarodowych i jeździli po całym świecie. To były juniorskie Puchary Świata i mistrzostwa świata. Jednak ten short track jest taką dyscypliną trochę kontuzjogenną. I Zbyszek też się nabawił urazu kolana. Wtedy stał przed szansą, by wystartować w igrzyskach olimpijskich w Turynie w 2006 roku. Był zrozpaczony, ale podjęliśmy decyzję, że zmieniamy i będziemy startować w łyżwiarstwie szybkim. To było dwa lata przed igrzyskami w Vancouver. Od razu trafił do kadry seniorów, jeśli chodzi o tor długi. I szybko zaczął osiągać światowe wyniki. I dostał się na igrzyska w 2010 roku.
W Vancouver zajął odległe miejsce…
- To były takie zapoznawcze igrzyska. Szkoda, że nie był cztery lata wcześniej w Turynie, bo miałby więcej doświadczenia, ale w sporcie kontuzje niestety też trzeba wliczać. Zaliczył udział w Vancouver, a do następnych igrzysk to już przykładał się, ile tylko można i w planie miał naprawdę coś tam wielkiego zdziałać. I już rok przed Soczi było widać naprawdę bardzo wysoką formę. Jako pierwszy Polak wygrał w Pucharze Świata na 1500 metrów. To był taki wskaźnik, że można było uzyskać dobry wynik na igrzyskach.
Występ w Soczi i ta wygrana Bródki o "błysk łyżwy" przeszła do historii polskiego olimpizmu.
- Przed startem na 1500 metrów bardzo chciał wylosować jako rywala Shaniego Davisa. Amerykanin był rekordzistą świata na tym dystansie i tak się stało. Bardzo lubił z nim jeździć, Zbyszkowi odpowiadał jego styl jazdy. Zależało mu też, by wylosować taki tor jazdy, by kończyć ściganie na "małym okrążeniu". Było wszystko, co sobie wymarzył, szczęście mu dopisało, a do tego dołożył świetną jazdę. I wygrał o te trzy tysięczne sekundy. O ten błysk łyżwy.
A pan jak to przeżywał?
- Oglądaliśmy to wszyscy w budynku straży pożarnej. To było coś niesamowitego. Ja myślałem, że jak będzie w szóstce, to już będzie pięknie. Zbyszek wierzył mocno w siebie i jechał naprawdę z takim przekonaniem, że będzie bardzo dobry wynik.
Trzy dni wcześniej na 1000 metrów był jednak dopiero czternasty. Co się zadziało?
- Na 1000 metrów byłem niezadowolony z tego wyniku. Po tym starcie mówię do kolegi, by mi pokazał na jakich płozach Zbyszek jeździł. Jak leciał na igrzyska wziął nowe buty i płozy. Przyglądam się i widzę, że startował właśnie na tych nowych. Były wysokie, miały z dwa centymetry. A te stare były zjeżdżone. I od razu mu napisałem sms, by wrócił właśnie do tych. I 1500 metrów wygrał właśnie na tych starych płozach. Dobrze go niosły.
Od igrzysk w Soczi czekamy na kolejny medal panczenistów. Wydaje się, że w Mediolanie są na to dwie, a może nawet trzy szanse.
- Rzeczywiście można mieć apetyt nawet na trzy medale. To jednak sport i różnie się może wydarzyć. Sprinterzy Damian Żurek i Kaja Ziomek-Nogal w ostatnich Pucharach Świata nie zawodzili. I jeszcze Władymir Semirunnij na dłuższych dystansach imponuje formą. Wyniki są naprawdę obiecujące i powinien też być medal, ale pamiętajmy, że cały świat się przygotowuje na igrzyska, a nie na Puchary Świata. Jak już zawodnik ma kwalifikację olimpijską, to trochę przed tym najważniejszym startem odpuści, by w Mediolanie wyskoczyć z formą.
Igrzyska w Soczi były wyjątkowe dla łyżwiarstwa szybkiego, bo były też medale w drużynie męskiej i kobiecej. Co się stało, że teraz znów możemy myśleć o podium?
- Rzeczywiście po 2014 roku brakowało wyników. Nie było widać dobrego materiału na następców Zbyszka. Teraz są nowi trenerzy i ta współpraca jest widoczna. Poza tym Zbyszek miał plan, widział cel i jasno do niego dążył. Teraz też jest kilku takich zawodników i zawodniczek, którzy chcą coś osiągnąć. To musi być w głowie. Trener Artur Waś wcześniej był dobrym zawodnikiem i smak zdobywania wyników potrafi przekazać.
Mówił pan tu w Łodzi podczas biegu sylwestrowego, że stara się wychować kolejnego olimpijczyka.
- Cały czas w Błyskawicy zajmujemy się łyżwiarstwem. Mamy jednak kłopoty z lodem i jeździmy na tzw. białe orliki do Zgierza czy Łowicza. Coraz więcej zawodników, którzy rokują, posyłamy też do Zakopanego. Wierzę, że z tych, co obecnie mamy, za cztery lata ktoś się pojawi ciekawy. Chciałbym, żeby był kolejny olimpijczyk, a może nawet dwóch.



















