Najbardziej absurdalny mistrz olimpijski. Jego plan nie miał prawa się udać
Historia zimowych igrzysk olimpijskich pełna jest ogromnych niespodzianek i medali wywalczonych w wyjątkowych okolicznościach. Nic jednak nie przebije historii z 2002 roku i rywalizacji na torze short trackowym. Traktowany jako outsider Steven Bradbury dzięki specyficznej taktyce oraz wyjątkowemu szczęściu zdobył pierwszy w historii swojego kraju złoty medal. Australijczyk pomimo bagażu okropnych kontuzji zrealizował olimpijski sen, stając się w swoim kraju bohaterem.

Short track dzisiaj jest jedną z bardziej widowiskowych dyscyplin sportowych znajdujących się w programie zimowych igrzysk olimpijskich. Jest to konkurencja względnie młoda, bo po raz pierwszy na olimpijskim czempionacie pojawiła się w 1988 roku. W Calgary odbywała się jeszcze jako dyscyplina pokazowa, lecz cztery lata później w Albertville rozdano pierwsze medale.
W klasyfikacji medalowej największe triumfy święci Korea Południowa, która od 1992 roku może pochwalić się aż 53 medalami (26 mistrzostw olimpijski,16 srebrnych krążków oraz 11 brązowych). Na podium klasyfikacji medalowej znajdują się również Chiny i Kanada. Próżno w tym zestawieniu szukać reprezentantów Polski. Zmienić to mogą zbliżające się igrzyska. We Włoszech o medale dla naszego kraju walczyć będą Natalia Maliszewska, Michał Niewiński, Felix Pigeon, Kamila Sellier oraz Gabriela Topolska.
Przed igrzyskami w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo dziesiątą lokatę w klasyfikacji wszechczasów zajmuje Australia. Jest to kraj w bardzo małym stopniu kojarzący się nam ze sportem zimowym. Swój dorobek ten kraj zawdzięcza jednemu zawodnikowi, który w swoim kraju uzyskał status legendy. Jeden z jego występów natomiast do dzisiaj pozostaje symbolem olimpijskiej rywalizacji.
Historyczny medal olimpijski. Później dwa dramaty, kariera wisiała na włosku
Steven Bradbury postawił w swoim życiu na stosunkowo nową dyscyplinę, która na świecie dopiero zdobywała popularność. A co tu mówić o Australii, gdzie uprawianie sportów zimowych w naturalnych warunkach jest praktycznie niemożliwe. Bradbury już na samym początku swojej kariery zapisał się w historii swojego kraju. Mianowicie, był on członkiem sztafety, która w 1994 roku w Lillehammer wywalczyła brąz w rywalizacji na 5000 metrów. Dla Australii był to pierwszy medal zimowych igrzysk w historii.
Nie był to jego pierwszy ani ostatni sukces w sztafecie na dystansie pięciu kilometrów. Przed igrzyskami w Norwegii Australijczycy świętowali już tytuł mistrza świata zdobyty w 1991 roku w Sydney. W roku olimpijskim dodatkowo sięgnęli jeszcze po srebro, a rok wcześniej po brąz światowego czempionatu.
Niedługo po świętowaniu medalu olimpijskiego Bradbury'ego spotkał prawdziwy dramat. W wyniku dramatycznej kraksy na torze w Montrealu życie Australijczyka było poważnie zagrożone. Jeden z przeciwników zahaczył łyżwą o jego nogę, co poskutkowało przecięciem uda i czterech mięśni czworogłowych, a także potężny krwotok. Lekarze musieli założyć mu 111 szwów, co poskutkowało prawie półtoraroczną pauzą.
Kolejny dramat zdrowotny Bradbury przeżył sześć lat później. Podczas jednego z treningów próbował przeskoczyć innego z zawodników, który upadł na lód. Medalista olimpijski zrobił to jednak na tyle pechowo, że uderzył głową w barierkę okalającą lód. Diagnoza była okrutna - Australijczyk złamał dwa kręgi, a ponadto w jego ciele zamontowano cztery śruby w czaszce oraz płytki okalające plecy i klatkę piersiową.
Na przekór wszystkim poleciał na kolejne igrzyska. Tam dokonał rzeczy ikonicznej
Lekarze w przypadku Bradbury'ego byli bezwzględni. Zawodnik usłyszał jasny komunikat - musi zakończyć karierę, gdyż kolejny upadek może nawet zakończyć jego życie. Australijczyk nic sobie z tego nie zrobił, a naturalnym celem stały się kolejne igrzyska w Salt Lake City.
Bradbury w 2002 roku miał co udowadniać - jego poprzednie indywidualne starty w Lillehammer i Nagano kończyły się ogromnym zawodem i upadkami, które eliminowały go z walki. Sam Australijczyk nie mógł przeczuwać, że los w USA odda mu z nawiązką to, co pech odebrał przy okazji poprzednich imprez.
Reprezentant Australii tym razem postawił na dystans 1000 metrów. Faza eliminacyjna nie sprawiła mu żadnych problemów - wygrał swój bieg i miał zapewniony awans do ćwierćfinału. Tam czekało go gigantyczne wyzwanie. Rywalami Bradbury'ego o awans do półfinału rywalizacji olimpijskiej byli faworyt miejscowej publiki Apolo Anton Ohno oraz mistrz świata oraz olimpijski Marc Gagnon.
Bradbury swój wyścig zakończył na trzeciej lokacie, która wykluczała go z dalszej walki o medale. I tutaj szczęście uśmiechnęło się do Australijczyka po raz pierwszy. Gagnon został zdyskwalifikowany za utrudnianie jazdy rywalowi, na czym skorzystał Australijczyk.
Dla Bradbury'ego pech mistrza świata był zaledwie początkiem szczęśliwej ścieżki. Znacznie gorzej dysponowany od rywali Australijczyk przyjął bardzo osobliwą strategię - zdecydował się trzymać w dużym dystansie od przeciwników, czekając na ich ewentualne wywrotki. Ryzykowna strategia przyniosła zdumiewające efekty.
W półfinale wszystko przebiegało zgodnie z planem. Rywale walczyli o pierwsze lokaty, a Bradbury czaił się z tyłu na swoją okazję. Ta nadarzyła się tuż przed metą, gdy rywale wyłożyli się na lód jeden po drugim. Zdystansowany od tego starcia Australijczyk z łatwością ominął zagrożenie i jako pierwszy przekroczył linię mety awansując tym samym do finału.
Czy limit szczęścia Bradbury'ego w finale olimpijskim się wyczerpał, a Australijczyk zgodnie z oczekiwaniami nie mógł liczyć się w walce o medale? Nic bardziej mylnego. Finałowe starcie przebiegało w bliźniaczy sposób. Zgodnie ze specyfiką short tracku, walka o medale miała rozstrzygnąć się na ostatnich wirażach. I wówczas nastąpiła powtórka z historii. Czwórka zawodników zwartych blisko siebie upadło na ostatnim wirażu przed metą. Bradbury nauczony wcześniejszym doświadczeniem obserwował wszystko z oddali, by finalnie zdobyć złoto olimpijskie.
Życie po Salt Lake City. Bradbury'ego pokochała cała Australia
Był to historyczny moment. I to pod kilkoma względami. Złoto Bradbury'ego było pierwszym złotym medalem, jaki Australia zdobyła w dotychczasowych startach na zimowych igrzyskach olimpijskich. Jego wyczyn zapisał się również w historii całych igrzysk olimpijskich. Kariera Bradbury'ego dwukrotnie wisiała na włosku, a Australijczyk na jej finiszu zdobył wymarzony medal. I to w sposób, który do dzisiaj jest pamiętany jako jedno z najbardziej wyjątkowych, ale też i absurdalnych widowisk.
Niedługo po triumfie olimpijskim Bradbury zakończył karierę sportową. Kolejne lata jego życia również były wyjątkowe. Australijczyk prowadził firmę produkującą sprzęt łyżwiarski. Na kolejnych igrzyskach w Turynie oraz Vancouver pracował jako komentator telewizyjny. W swoim życiu Bradbury spróbował również swoich sił w rajdach samochodowych, a także był uczestnikiem australijskie wersji Tańca z Gwiazdami.
Bradbury swoim wyczynem zyskał bardzo dużą popularność w Australii. Przez władze kraju został uhonorowany specjalnym medalem za zasługi sportowe, a także został włączony do galerii sław sportu swojej ojczyzny. O złotym medaliście z Salt Lake City ponownie głośno zrobiło się w 2022 roku, gdy podczas treningu surfingowego uratował cztery topiące się nastolatki. Bradbury ponownie został bohaterem całej Australii, a za swój wyczyn otrzymał order za odważne zachowanie.















