Na igrzyskach zachwyciła wszystkich. Głośno o tym, co zrobiła po zwycięstwie. "Odrażające"
Igrzyska olimpijskie w świetle wszelkich regulaminów mają być czasem promowania swoich państw, a nie sponsorów. Z tego powodu podczas imprezy czterolecia sportowcy występują w "czystych strojach". Jedną z gwiazd łyżwiarstwa szybkiego pań w tym roku była Jutta Leerdam. Holenderka znalazła sposób na "obejście" regulaminu, co spotkało się z ostrą reakcją w jej ojczyźnie. - Jej zachowanie jest dla mnie odrażające - powiedział Johan Derksen w rozmowie w programie "Vandaag Inside".

Przed startem igrzysk olimpijskich sportowcy muszą zmienić swój ubiór. Tradycyjnie widzimy ich bowiem w strojach, na których aż roi się od logotypów różnych sponsorów. Ten wymóg dotyczy absolutnie wszystkich elementów prezentowanych na olimpijskich arenach i obowiązuje od lat.
W związku z tym przed igrzyskami olimpijskimi pojawiły się podejrzenia, że Maciej Maciusiak powoła Pawła Wąska, który trenował w Zakopanem na nartach bez obklejeń sponsorskich. Ostatecznie te przewidywania czujnych kibiców się sprawdziły, a Wąsek z igrzysk wrócił z medalem.
"Odrażające". Holender wprost o zachowaniu rodaczki
Podobnie udany był występ Jutty Leerdam, z tą różnicą, że Holenderka do Włoch leciała jako jedna z faworytek. 27-latka zyskała ogromną popularność nie tylko dzięki swoim wynikom sportowym, ale także aparycji i częstej obecności w mediach społecznościowych. Zyskała nawet nieoficjalne miano "miss igrzysk".
Najważniejsze jest jednak to, że w wyścigu na 1000 metrów pań panczenistka nie miała sobie równych. Zdobyła złoty medal, a po rywalizacji na mecie rozpięła swój kombinezon, pod którym miała stanik sponsora technicznego, firmy Nike. Ta sytuacja doprowadziła do potężnej burzy.
Głos zabrał były holenderski piłkarz Johan Derksen. - Jej zachowanie jest dla mnie odrażające, to zachowanie diwy. Gdybym był jej trenerem, nie tolerowałbym czegoś takiego. Powoli cała Holandia zaczyna mieć już trochę dosyć jej zachowania - powiedział w programie "Vandaag Inside" 77-latek.












