Reklama

Reklama

Niezrozumiała gra (agenta?) Milika

Zimowe okno transferowe w pełni, a tymczasem mam wrażenie, że przeżywam deja vu – zanim rano zajrzę do gazet i Internetu, zastanawiam się do jakiego klubu będzie dziś przechodził Arkadiusz Milik. Latem mieliśmy trwający długie tygodnie pierwszy sezon serialu, teraz obserwujemy drugi. W przerwach między newsami o ofertach z kolejnych klubów czytamy, że jednak nigdzie nie pójdzie i czeka go kolejne pół roku bez gry w piłkę, w zamian za pensję z Napoli.

Kiedy latem okazało się, że sytuacja jest patowa i strony nie znalazły z niej wyjścia, byłem przekonany, że do zimy uda się znaleźć jakiś kompromis. Bo z obu stron jest to zabawa na zasadzie "na złość babci odmrożę sobie uszy" - wszyscy na tym tracą, ale większą szkodę wyrządza sobie jednak zawodnik. A uważam, że najbardziej winna jest tutaj strona trzecia, czyli agent piłkarza, który doradzając swojemu klientowi myśli chyba tylko o wielkości własnej prowizji, a nie karierze piłkarza... 

Reklama

Nie mi radzić komukolwiek, jak ma prowadzić swoją karierę, ale jeśli dojdzie do tego, że również rundę wiosenną Serie A Milik przesiedzi na trybunach, czy raczej w domu przed telewizorem, to straci drugi rok w swojej karierze. O ile na pierwszy nie miał wpływu (zmusiły go do tego kontuzje), to już ten drugi jest jego wyborem. Być może Milik czuje się komfortowo w tej sytuacji - w sumie bierze pieniądze, w weekendy nie odczuwa żadnej presji związanej z wynikami jego drużyny, ale mam nadzieję, że kiedy zakończy karierę, to nie będzie tego straconego czasu żałował. Może rzeczywiście walczy o dobrą sprawę, na przykład o to, żeby od lata - w barwach Juventusu - włączyć się do rywalizacji o tytuł najlepszego piłkarza globu. Może Napoli nie pozwoliło rozwinąć mu skrzydeł. Ale jeśli chodzi tylko o kasę - a na to wygląda - to w tym przypadku, z powodu tego straconego roku, nie będę mu współczuł.

Do doniesień na temat tego, że były napastnik Górnika Zabrze poświęca ten rok bez grania w piłkę po to, by móc przejść do Juventusu, podchodzę z lekką rezerwą. Wiemy ile zajął mu powrót do w miarę wysokiej formy po dwóch operacjach. Czy po roku bez rozegranego meczu stanie się napastnikiem numer 1 w ekipie "Starej Damy"? Życie nie znosi próżni i wiemy, że zaraz może się okazać, iż Juventus pozyskał kogoś innego, żeby nie powiedzieć dużo lepszego. Umówmy się, że takich dziś na rynku nie brakuje. Mam wątpliwości czy na przykład Pep Guardiola namawiałby Messiego, żeby poszedł na wojnę z Barceloną i nie grał rok w piłkę po to, żeby po tym roku przenieść się na Etihad Stadium. Rok w życiu piłkarza to wieczność.

Nie wiem czy w tej historii pt. "Arkadiusz Milik w Juventusie" bardziej zdesperowany na pozyskanie polskiego piłkarza jest klub z Turynu, czy jednak większa jest desperacja zawodnika na przenosiny do mistrza Włoch. O ile można zrozumieć, że taka szansa trafia się raz w życiu, to jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby w Turynie czekano z otwartymi ramionami i trzymano miejsce w wyjściowej jedenastce na zawodnika, który rok nie grał w piłkę. Obym się mylił...

W tle tej całej historii jest reprezentacja Polski i rola w niej Milika. Wiemy, że wielkimi krokami zbliżają się mecze eliminacji mistrzostw świata, a latem czekają nas mistrzostwa Europy. Wygląda jednak na to, że nie jest to wielkie zmartwienie dla zawodnika, że może nie być gotowy do gry. Niektórzy jego koledzy rozważają powrót do ekstraklasy, po to żeby łapać minuty na boisku i być gotowym do gry w meczach międzypaństwowych, ale w tym przypadku słyszymy o kolejnych odrzucanych propozycjach. Być może Arkadiusz Milik nie martwi się o to, że nie dostanie powołania, bo Jerzy Brzęczek dał wyraźny sygnał, że w jego drużynie można nie grać w klubie, a na kadrę dostawać zaproszenia, ale jeśli nie selekcjoner, to boisko potrafi brutalnie zweryfikować formę zawodnika.  

Dariusz Dziekanowski

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje