Pogromczyni Chwalińskiej zdecydowanie reaguje po pytaniu o Polkę. Krótko i otwarcie
Maję Chwalińską wygrane eliminacje Roland Garros napędziły do finału. Dziś była na dobrej drodze, aby wyrzuć za burtę kwalifikantkę Wimbledonu Mananchayę Sawangkaew, ale w kluczowym momencie drugiego seta, przy piłce meczowej, zaczęła przegrywać z kontuzją. Teraz w historii 23-letniej Tajlandki widzimy poniekąd lustrzane odbicie losów Polki w Paryżu. - Właśnie przedłużam pobyt w hotelu, bo nie spodziewałam się, że wygram - odparła, gdy przywołano jej sceny z Francji. Rywalka wypowiedziała się także bezpośrednio na temat Mai.

Nie można odbierać Mananchaya Sawangkaew tego, że potrafiła odwrócić losy meczu z Mają Chwalińską i przy piłce meczowej dla Polki, uciec spod topora. Następnie mozolnie odrabiała straty, a już w trzecim secie wygrywając w sposób bezdyskusyjny. Tak samo jednak poza wszelką wątpliwością jest fakt, że dopóki 24-letnia Dąbrowianka miała zdrowie, oglądaliśmy ją na korcie świetnie dysponowaną. W całym pierwszym secie dłonie raz za razem składały się do oklasków.
Sawangkaew jak Chwalińska. Zamiana ról na Wimbledonie
Gdy jednak nastały feralne wydarzenia - wszystko zaczęło się od uślizgu i problemów z kostką, które później przykryły skurcze całego ciała - Chwalińska przestała być równorzędną partnerką. Te okoliczności sprawiły, że Tajlandka odniosła spektakularne i wielkie zwycięstwo w Wimbledonie. Przechodząc identyczną drogę, jak nasza gwiazda w Paryżu, czyli napędzona zwycięstwem w kwalifikacjach.
- Na początku po prostu cieszyłam się, że w ogóle dostałam się do turnieju głównego. Sama byłam tym zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Kiedy dowiedziałam się, że gram z Mają, pomyślałam: "Okej, to będzie dobre doświadczenie". Byłam bardzo podekscytowana tym meczem. A dzisiaj, wychodząc na kort, postanowiłam dać z siebie wszystko. Gdy broniłam piłki meczowej, pomyślałam: "To jeszcze nie koniec, muszę walczyć do końca". Biegałam więc do każdej piłki, starałam się dobiec do wszystkiego, do czego mogłam i wynik okazał się dobry - cieszyła się przeciwniczka z południowo-wschodniej Azji.
Oczywiście ona także zauważyła, że jej rywalka zaczęła mieć problemy z poruszaniem się w następstwie upadku. I tą okoliczność po prostu, krok po kroku, zaczęła z powodzeniem wykorzystywać.
- Czułam, że w drugim secie doznała kontuzji, widziałam jej problem z kostką. Przegrywałam wtedy 2:5. Starałam się w tamtym momencie skupić głównie na sobie, bo trener zawsze mi powtarza: "Najpierw skup się na sobie". Musiałam też panować nad myślami i tym, co mam robić. Skupiałam się więc przede wszystkim na własnej grze i walce o każdą piłkę - wyjaśniła.
Historia rywalki pokazuje także, że tenisistki i tenisiści wychodzący z cienia mają tożsame problemy, związane głównie z wyzwaniami materialnymi. Jeden z reporterów przypomniał jej historię Chwalińskiej z Paryża, gdy po meczu z Marią Sakkari rozbawiła wszystkich na korcie, mówiąc że teraz trzeba będzie przedłużyć pobyt w hotelu i wysupłać środki na jego opłacenie. Wszak podniesione w Paryżu pieniądze z kortu dopiero po zakończeniu zmagań trafiły na jej konto.
Pierwsze informacje ws. stanu zdrowia Chwalińskiej. Niepokojące słowa menedżera
Sawangkaew najpierw potwierdziła, że jej także zdarzają się takie sytuacje i w żadnym razie nie musiała szukać podobnej historii w pamięci. - Właśnie przedłużam pobyt w hotelu, bo nie spodziewałam się, że wygram. Działam z dnia na dzień, nie wiedząc, co się wydarzy. Jeśli wygrywam, mogę przedłużyć pobyt. Po prostu reaguję na bieżąco - nie ukrywała Tajlandka. Można było się także dowiedzieć, że jej tenisowym idolem jest Novak Djoković.
Z Londynu - Artur Gac











