Maja Chwalińska "uwolniona". A to nie wszystko. "Wcześniej o tym się nie mówiło"
- Z jednej strony na pewno będzie presja wewnętrzna, by udowodnić, że tamten wynik to nie był przypadek. Natomiast jest bardzo świadoma, bardzo inteligentna i dużo już wie na ten temat, że nie każdy turniej musi wygrać - mówi Piotr Szczypka, menedżer Mai Chwalińskiej, z którym korespondent Interii z Paryża wraca do wątków z Rolanda Garrosa, rozkładając na czynniki pierwsze obecną sytuację. Łącznie ze sprawą Wimbledonu, która okazuje się mogła zawieść wszystkich nawet do zaskakującego finału.

Artur Gac, Interia: Wpadłeś w nową rutynę, w której znalazłeś przestrzeń, by w ogóle docenić wasz paryski sukces?
Piotr Szczypka, menedżer Mai Chwalińskiej: - Cały czas pracuję nas umowami, bo to przecież nie kończy się w pięć minut, a już jesteśmy na Wimbledonie. Dlatego jeszcze nie na tyle, by troszeczkę się tym nacieszyć. Na to może przyjdzie czas później, zawsze na pierwszym miejscu była praca.
A jak byś określił ten stan i miejsce, w którym aktualnie jesteś? Czy to wszystko idzie siłą rozpędu od Paryża i w zasadzie cały czas jesteś w jakiejś szalonej bańce? W teorii byłeś sobie w stanie takie położenie wyobrazić?
- Wcześnie też bardzo dużo pracowałem, tylko to wtedy była walka. Przede wszystkim o to, co wydawało mi się, że nie powinienem walczyć, a musiałem. Więc to jeszcze bardziej zżerało energię. Teraz jest w drugą stronę, sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Jest bardzo dużo pracy, rozmów, maili, myślenia, analizowania, porównywania co lepsze, no więc to też jest obciążające, bo jest dużo propozycji, a chcemy wybrać jak najlepsze. A przy tym mam jeszcze wiele innych zajęć i tematów. Maja się uwolniła i jestem przeszczęśliwy z tego powodu, moje życie też wywróciło się o 180 stopni. Jestem spokojniejszy, pewnie bardziej zadowolony, wolny przede wszystkim, ale też absolutnie się nie zatrzymuję. Z Mają pracujemy już na innym poziomie, ale chcę pomagać też pozostałym zawodnikom, Lindzie Klimovicovej czy Kasi Kawie. Mam przecież też syna, który gra w tenisa. Ponadto budujemy jedną halę, zastanawiamy się nad drugim obiektem. Ja jestem w centrum wszystkiego, bo muszę podejmować decyzje, no więc tak naprawdę nie wiem jak się nazywam.
- W dniu przylotu do Londynu spałem 5 godzin, bo przyjechałem o godzinie 2. I zamiast wąchać już tę wimbledońską trawę, cały czas rozmawiam przez telefon. To jest jednak pozytywne, doszliśmy do punktu, do jakiego dążyłem całe życie. Jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu i zrobię wszystko, żeby rozwijać się teraz na każdym poziomie. Mamy też fajne projekty, które mam nadzieję, że wyjdą, ale o tym nie będę jeszcze mówił.
W każdym razie to takie projekty, które są związane z wynikiem w Paryżu, on dał katalizator?
- Na pewno, osiągnięty wynik dał taką możliwość.
Użyłeś przed chwilą fajnego zdania, myślę szalenie wymownego, że "Maja się uwolniła".
- Maja się uwolniła, bo ja się uwolniłem. Żyliśmy z takimi podstawowymi problemami. Nie byłoby też tak, że Maja nie miałaby z czego zapłacić za hotel w Paryżu, bo by zapłaciła, ale byłoby trudniej. Po prostu organizowalibyśmy te pieniądze, gdzieś tam przez spółki pożyczali, potem je wracali z księgową. A teraz jest łatwiej o tyle, że finanse na pewno dają człowiekowi spokój. Maja cały czas podkreśla, że chce się rozwijać, co jest piękne, czyli inwestować w siebie, w zespół, więc teraz nie będziemy musieli się zastanawiać na co nam wystarczy, a na co już nie. Jeśli będzie chciała mieć przy sobie dwóch trenerów, to tak będzie, to jest ta przestrzeń, którą sobie sama organizuje.
Oto prawda o relacji Chwalińskiej z trenerem. Poruszające słowa Czecha
- A ja z wszystkimi innymi rzeczami chcę, by wyszło jak najlepiej, tak aby miała spokój już do końca kariery. Wtedy też łatwiej się gra, a ja też będę mógł teraz mieć więcej energii na inne rzeczy. Przecież budujemy u nas w klubie Centrum Rehabilitacji, co oczywiście nie dzieje się od razu, bo na budowie jesteśmy od 15 lat. Od półtora roku załatwiamy papiery, jest konserwator zabytków, są miliony rzeczy do zrobienia. Później dojdzie jeszcze hotel, dostaliśmy dofinansowanie z ministerstwa plus te projekty, które już kiedyś wymyśliliśmy, tylko nie można było ich realizować, a mają rozwijać polski tenis. Chcę dokończyć te wszystkie inwestycje i mieć święty spokój.
Nasza decyzja miała być zależna od tej dzikiej karty. Ale nie było takiego postanowienia, że na pewno nie będzie grała, po prostu miała wrócić, usiedlibyśmy i wtedy rozmawiali. Teoretycznie mogła wrócić bardzo zmęczona, bo to były krótkie wakacje, a za nią było dziesięć bardzo ciężkich meczów fizycznie i psychicznie. Ale, jak to powiedziała śp. Joanna Kołaczkowska: „po co do tego wracać?” (uśmiech)
Teraz oczywistością jest wzmożone zainteresowanie Mają. Uśmiechasz się czasami z przekąsem, jeśli widzisz, że dzisiaj zgłaszają się do was ci, do których może wy próbowaliście wcześniej, ale byliście - mówiąc kolokwialnie - "spuszczani na drzewo"?
- Właśnie myślę, że jednak nie. Od pewnego momentu uczyłem się po prostu robić rzeczy dla siebie i dla bliskich, a nie po to, żeby kiedyś komuś coś udowodnić. A więc od pewnego czasu nikomu nie chcę już nic udowadniać, bo to był kiedyś mój problem, że wszystkim chciałem właśnie coś pokazać. Myślę, że jeszcze dwa lata temu pewnie miałbym jakąś satysfakcję, ale ten rodzaj satysfakcji to nie jest dobre uczucie. Pochodzę z rodziny przedsiębiorczej, gdzie na wszystko trzeba było pracować samemu i być po prostu wdzięcznym za to, co się ma, a nie wytykać, że ktoś kiedyś nie chciał pomóc. Taki niestety jest ten świat, którego całego nie zmienię, ludzie przychodzą tam, gdzie jest sukces. Wystarczy mi, że w pewnym sensie zmieniliśmy nasz tenis i udowodniliśmy sobie, że można. Uwolniłem się od tego, żeby mieć satysfakcję na zasadzie: "kiedyś nie chciałeś podać ręki, a teraz sam przyszedłeś". Takie przemodelowanie myślenia uważam za bardzo cenne.
Przy tym nawale obowiązków i spraw wokół samej Mai zauważasz potrzebę, byście raptownie potrzebowali rozbudować swój zespół, czy skierujecie się w stronę bardzo uznanej agencji menedżerskiej?
- My jesteśmy w agencji, Maja już prawie od dwóch lat. Teraz nam bardzo pomagają, mamy teraz oczywiście spotkania. Wcześniej o tym się nie mówiło, bo nie było takiej potrzeby, ale mamy agencję. Tam jest kilka osób i po prostu agencja ma więcej pracy, ale to nie jest tak, że potrzebujemy nowe osoby. Ja też jestem takim człowiekiem, który kiedyś musiał mieć wszystko pod kontrolą. Teraz może już nie wszystko, ale muszę wiedzieć komu oddaję jakąś część pracy. Więc na pewno jest Ola Musiał, której ufam, a Maja też jest taką osobą, że musi ufać. Tak że na razie mamy dość osób, które potrzebujemy i które sobie wzajemnie ufają. Bo były w chudszych czasach, więc teraz sobie dadzą radę w tych tłustszych.
Mówimy o agencji Top Five Management?
- Tak jest, to francuska agencja. Mają Machaca, Siniakovą, a mieli Switolinę i Jabeur. Robią to już wiele lat, więc wiedzą, jak działać.
Jaką ty widzisz Maję na starcie Wimbledonu, po tym paryskim szaleństwie i krótkim odpoczynku? Po tym wszystkim, gdy już zdała sobie sprawę, że znalazła się w zupełnie innej rzeczywistości. Jakie są twoje spostrzeżenia?
- Cieszę się, że pojechała wcześniej do Londynu. Maja chce pozostać taką, jaką była do tej pory, czyli skupić się przede wszystkim na tenisie. Wykonała w zeszłym tygodniu te aktywności, które były niezbędne i umówiłem się z nią, że już będę ją chronił, czyli żadnych spotkań i żadnych telefonów. Po prostu ona chce pracować i chce się skupić na swojej robocie. Każdy dzień ma zaplanowany, a dłuższa obecność na trawie w Anglii da jej więcej pewności siebie. Natomiast na pewno jest zadowolona, widać to przecież po niej w każdym ruchu. Z jednej strony na pewno będzie presja wewnętrzna, by udowodnić, że tamten wynik to nie był przypadek. Natomiast jest bardzo świadoma, bardzo inteligentna i dużo już wie na ten temat, że nie każdy turniej musi wygrać. Jak to ona, będzie się skupiała na każdym następnym meczu. Pewnie z jednej strony będzie w niej po prostu ten ciężar, że jeśli przegram to będzie problem, a z drugiej strony będzie inna presja. Jednak poradziła sobie we Francji, więc tutaj sobie też poradzi. Ma przecież pomoc, wsparcie, jest psycholog. Myślę, że wszystko jest zapewnione na jak najlepszym poziomie. Skupiajmy się na każdym meczu, a nie już pompujmy oczekiwania.
Na etapie, gdy ważyły się losy dzikiej karty, pojawiały się głosy, że przy jej braku może warto by było nawet rozważyć scenariusz o rezygnacji z Wimbledonu. Bo gdyby nie daj Boże pojawiła się porażka w eliminacjach, zachwieje tym wszystkim, co dopiero zbudowało się w Paryżu. Czy wy w ogóle rozważaliście takie rozwiązanie, czy to zupełna aberracja?
- (chwila ciszy) To się tak szybko działo... Przypomnę, że od razu w Paryżu wystąpiliśmy z taką prośbą do Wimbledonu. A ja stwierdziłem, że będę czekał, a nie będę się zastanawiał w lewo lub w prawo. Później Maja była na urlopie, więc tak czy siak miała mieć tydzień wolny. Nasza decyzja miała być zależna od tej dzikiej karty. Ale nie było takiego postanowienia, że na pewno nie będzie grała, po prostu miała wrócić, usiedlibyśmy i wtedy rozmawiali. Teoretycznie mogła wrócić bardzo zmęczona, bo to były krótkie wakacje, a za nią było dziesięć bardzo ciężkich meczów fizycznie i psychicznie, z kolei zaraz trzeba by było grać eliminacje. Tymczasem wróciła z wypoczynku w fajnej formie, a potem dosyć szybko okazało się, że jest dzika karta. Więc, jak to powiedziała śp. Joanna Kołaczkowska: "po co do tego wracać?" (uśmiech).
Krótko mówiąc, taki scenariusz mógł być brany pod uwagę, tylko dziś mówimy o historii, która się nie wydarzyła.
- Tak, w tym momencie nie mającej już żadnego znaczenia.
Rozmawiał Artur Gac, Interia




![Wimbledon: O której finał Muchova - Noskova? Gdzie oglądać? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000N175WFESQBCU7-C401.webp)






