Demolka w "polskim" meczu o półfinał. 69 minut rywalizacji w Londynie
We wtorek poznaliśmy dwie pierwsze półfinalistki Wimbledonu - zostały nimi Coco Gauff i Karolina Muchova. A dziś mieliśmy poznać dwie kolejne. Na Central Court spotkały się dwie zawodniczki, które mają związek z Polską. Martę Kostiuk prowadzi bowiem od trzech lat Sandra Zaniewska, Jasmine Paolini ma zaś polskich przodków. W ostatnim czasie to Ukrainka była na fali wznoszącej, Włoszka błysnęła dopiero teraz, w Londynie. Dziś jednak była w cieniu zawodniczki, która jest już o krok od pierwszego w karierze awansu do TOP 10 rankingu WTA. Kostiuk wygrała 6:3, 6:2.

Jasmine Paolini to jedyna tenisistka w całym tourze, która w trzech ostatnich edycjach Wimbledonu dwukrotnie znalazła się w najlepszej ósemce. Dwa lata temu wystąpiła w wielkim finale, przegrała jednak trzysetową batalię z Barborą Krejcikovą. Jeszcze w poprzednim sezonie miała świetny domowy turniej w Rzymie - podwójną wygraną, tak w singlu i deblu. Ten 1000 punktów trzymał ją wysoko w rankingu, w pierwszej dziesiątce.
A gdy te punkty zostały już odpisane, Włoszka wypadła ze ścisłej elity. I niewiele wskazywało, że w Londynie dojdzie do jakiegoś przełomu. Sama mówiła, że potrzebowała krótkiej przerwy, by znów znaleźć przyjemność z gry w tenisa.
Inaczej wyglądała sytuacja Kostiuk - niegdyś świetnej juniorki, która jako... 14-latka wygrała Australian Open. Tyle że w profesjonalnych zmaganiach nie potrafiła przebić pewnej granicy, miejsce w trzeciej dziesiątce świata było tym szczytem.
Zmiany zaczęły pojawiać się, gdy efekty dała jej współpraca z Sandrą Zaniewską - polską trenerką, byłą zawodniczką. A teraz widać je już w pełnej krasie - Marta triumfowała w WTA 1000 w Madrycie, w Paryżu była w półfinale, teraz błyszczy w Londynie. Przełomem było tu spotkanie z Emmą Navarro w 1/16 finału - z Amerykanką miała dotąd bilans 0:4. A Navarro potrafiła zaskoczyć Igę Świątek w Bad Homburg. Zwycięstwo 6:1 w trzecim secie było dla Ukrainki tą właśnie kluczową chwilą. Pokazało, że coraz lepsze slajsy i znakomity forhend mogą dawać gigantyczną przewagę na trawie.

Wimbledon 2026. Marta Kostiuk kontra Jasmine Paolini w ćwierćfinale Wimbledonu
Organizatorzy na stronie internetowej turnieju pokazali moment, w którym obie zawodniczki szykują się do wyjścia na kort centralny. Obie uśmiechnięte, pulsujące energią. Mimo ogromnego upału.
Dość szybko okazało się, że dominacja jednej ze stron będzie jednak tym razem znacząca. Paolini może i wygrała dwie ostatnie potyczki z Kostiuk, ale miało to miejsce wtedy, gdy ona była w peaku swojej formy.
Po czterech gemach było jeszcze 2:2, w piątym gemie pojawił się już jednak pierwszy break point dla Ukrainki. Kostiuk atakowała każdy drugi serwis Włoszki, wręcz obchodziła go na forhend, gdy tylko pojawiała się taka okazja. A to wywoływało dodatkową presję na rywalkę, która uważniej musiała wprowadzać piłkę pierwszym podaniem. Albo ryzykować drugim.

Przy tej pierwszej szansie Paolini się jeszcze obroniła, za chwilę jednak pojawiła się druga. I tu Kostiuk zaatakowała już forhendem, swoją największą bronią. Odskoczyła na 3:2, ze spokojem wygrała już tę partię. Skończyło się na 6:3, ale miała też okazje do przełamania w siódmym gemie. Pewnie wtedy byłoby 6:2.
Kostiuk fenomenalnie weszła też w drugiego seta. Jeśli nie popełniała podwójnych błędów, to Włoszka nie była w stanie utrzymać się w wymianach. W czwartym gemie doszło w końcu do przełamania, Jasmine była już bezradna. Najpierw trafiła w połowę siatki, za chwilę wyrzuciła piłkę o dobre 40-50 cm w aut.
Ta dominacja trwała już do końca spotkania. Kostiuk pierwszy raz w karierze grała na Central Court, sama później przyznała, że była tu dziewięć lat temu, jako dziewczynka. Ale na widowni, bo oglądała mecz Rogera Federera. A wczoraj przyprowadziła ją tu na spacer Sandra Zaniewska - by obejrzała tę piękną arenę.
Teraz tysiące kibiców oklaskiwało jej zabójczy forhend, po 68 minutach pojawiła się pierwsza piłka meczowa. A po kolejnych kilkudziesięciu sekundach nastąpił koniec.
Kostiuk wygrała 6:3, 6:2. Ona wyrzuciła ręce w górę, na trybunach cieszyła się Sandra Zaniewska. Polka wykonała fantastyczną pracę z zawodniczką, która zawsze miała predyspozycje do tego, by być w elicie. A teraz w niej już jest.
O finał 24-letnia Ukrainka zagra w czwartek z młodszą od siebie Lindą Noskovą. Ta, która wygra, zadebiutuje w poniedziałek w TOP 10 rankingu WTA.















