To jest siła Mai Chwalińskiej. Dojdzie do kuriozalnej sytuacji?
- To nie jest wyrafinowana i piękna gra, ale ciekawa i urozmaicona. Jej tenis opiera się na myśleniu - przyznał Tomasz Wolfke, komentator tenisa w Eurosporcie i redaktor prowadzący portalu Historiatenisa.pl, w rozmowie z Interia Sport. Maja Chwalińska nie wygrała wielkoszlemowego turnieju Rolanda Garrosa rozgrywanego na ceglastych kortach w Paryżu, ale podbiła świat tenisa. Polka przeszła do historii, bowiem została pierwszą kwalifikantką w finale tej imprezy. 24-latka wprowadziła powiew świeżości do tenisa zdominowanego przez fizyczność. Swoim uśmiechem wniosła też wiele ciepła do wielkiego świata.

Maja Chwalińska w finale wielkoszlemowego turnieju Rolanda Garrosa rozgrywanego na ceglastych kortach w Paryżu przegrała z rozstawioną z numerem ósmym Mirrą Andriejewą 3:6, 2:6. Dla Polki to był już dziesiąty mecz w tej imprezie, bowiem musiała się przebijać przez kwalifikacje.
Dzięki dotarciu do finału 24-latka awansowała na 21. miejsce w rankingu WTA. Zaliczyła skok aż o 93 lokaty, bo przed turniejem w stolicy Francji była 114.
Powiedział to po finale Chwalińskiej w Paryżu. "Nie lubię kobiet nieinteligentnych"
"Maja Chwalińska gra ciekawszy tenis od Igi Świątek"
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Co oznacza dla polskiego kobiecego tenisa to, co się wydarzyło w Paryżu? Mamy w tym momencie cztery tenisistki w "60" rankingu WTA. Maja Chwalińska dotarła do finału Rolanda Garrosa, a Iga Świątek to wciąż trzecia rakieta świata. Wielu dopiero teraz poznało 24-latkę, ale przecież swego czasu była talentem porównywalnym do Świątek.
Tomasz Wolfke, komentator tenisa w Eurosporcie i redaktor prowadzący portalu Historiatenisa.pl: - Na pewno Maja Chwalińska gra ciekawszy tenis od Igi Świątek. I kilka lat temu powiedziałem o tym, że właśnie bardziej podoba mi się jej tenis. Zanim zdążyłem dodać, że bardziej oczywiście podoba mi się miejsce, jakie zajmuje Iga Świątek w światowym rankingu, bo wówczas była liderką, to w internecie wylał się na mnie kubeł hejtu. Mamy w "100" teraz cztery tenisistki, ale to nie jest wielki sukces polskiego systemu szkolenia, bo takiego nie mamy. Trochę małpujemy od Czechów, trochę od Francuzów. Na starcie jednak ogromną przewagę nad innymi mają cztery federacje, które organizują Wielkiego Szlema. Australia, Francja, Wielka Brytania i USA mają budżety rzędu 100 milionów euro albo dolarów, które pochodzą z dochodów z turnieju. Mogą sobie zatem robić, co chcą, jeśli chodzi o tworzenie systemów szkolenia. I z takimi krajami nie ma się co porównywać, bo w nich jest mnóstwo ośrodków, ale też odpowiednio przeszkolonych trenerów. To, co wydarzyło się na kortach w Paryżu, nie jest zatem wielkim sukcesem polskiego tenisa, za to jest wielkim sukcesem Mai Chwalińskiej. Ona jest kolejnym przykładem na to, że tylko krew, pot i łzy mogą doprowadzić do takich wyników w tenisie. Oczywiście może się to wydarzyć, jak w przypadku Igi Świątek, już w wieku 19 lat, bo ona bardzo płynnie przeszła z juniorskiego do seniorskiego tenisa. Mai przebicie się do wielkiego tenisa zajęło sześć-siedem sezonów. To wymaga nieprawdopodobnej wytrwałości, a w przypadku Chwalińskiej doszły do tego jeszcze problemy osobowościowe. Czapki z głów, że zaciskała zęby i wytrzymała. Wielkie gratulacje też dla jej otoczenia, ale przede wszystkim dla klubu BKT Advantage Bielsko-Biała, który wykonuje naprawdę świetną pracę. To przykład indywidualnego sukcesu Mai, jej klubu, jej trenera i menedżera.
Trenerzy jej nie skreślili, tylko uczyli ją tego, jak może się przeciwstawić brutalnej sile w inny sposób. Tak zresztą grała Agnieszka Radwańska, tylko ona nie była taka niska. Nie potrafiła przyłożyć, ale miała szósty zmysł, który ma też Majka. Radwańska wiedziała, jak się ustawić, żeby ułamek sekundy szybciej ruszyć do piłki, by odegrać ją siłą gry przeciwniczki. W stylu Chwalińskiej jest do tego więcej pomysłu na przeszkadzanie w grze.
Tomasz Wolfke: jej tenis opiera się na myśleniu, gra zupełnie inaczej niż reszta
A w skali globalnej, co zrobiła Chwalińska?
- I to jest najciekawsze. Do finału wielkoszlemowego turnieju doszła tenisistka, która gra zupełnie inaczej. To nie jest wyrafinowana i piękna gra, ale ciekawa i urozmaicona. Jej tenis opiera się na myśleniu. Od wielu lat szkolenie tenisistek i tenisistów poszło raczej w kierunku przygotowania fizycznego. Przez to tenis zrobił się szablonowy i schematyczny. Wszyscy zaczęli grać niemal tak samo. Maja Chwalińska teraz jest w "100" rankingu WTA, ale przed nią była w niej tylko jedna tenisistka, która grała inaczej niż wszystkie inne. To Tatjana Maria. Mająca już 39 lat Niemka polskiego pochodzenia wygrała w ubiegłym roku, grając właśnie inaczej niż wszystkie inne tenisistki, turniej w Queen's Clubie w Londynie. Po drodze ograła: Karolinę Muchovą, Jelenę Rybakinę, Madison Keys i Amandę Anisimovą. I to wszystko, grając wyłącznie slajs, czyli rotacje wsteczne, po których piłka w ogóle się odbija, a na trawie się jeszcze ślizga. I rywalki miały z tym wielki problem. Właśnie inny styl gry podobał mi się u Mai. I pewnie gdyby była innej narodowości, też by mi się to podobało, bo ona wnosi do tenisa coś nowego. Pokazała, że tenis to mogą być szachy, a nie musi to być podnoszenie ciężarów, czy boks. Można wygrywać starą zasadą Władysława Skoneckiego, który mówił: Gra w tenisa polega na tym, by zagrać tam, gdzie nie ma przeciwnika. Nie da się tego prościej wyrazić. W tenisie męskim jest więcej kombinacyjnej gry, ale w kobiecym można policzyć na palcach jednej ręki zawodniczki, które tak grają. To gra, w której nie chodzi o to, by uderzać na siłę i słabsza kość pęka, tylko polega na tym, by zmieniać rytm i maksymalnie utrudniać przeciwnikowi grę, a nie tylko powodować, że on biega.
Na czym zatem polega siła gry polskiej finalistki Rolanda Garrosa?
- Ona gra piłkę, która spada pionowo. Taka piłka nie ma żadnej energii. Nie ma zatem na nią jak wejść i dlatego trzeba się do niej ustawić bardzo starannie. To wymaga cierpliwej gry. To wcale nie znaczy, że Maja nie potrafi też przyłożyć, bo umie to - szczególnie z bekhendu. Jej brak warunków fizycznych, czyli niski wzrost i mała siła uderzeń, spowodowały, że Maja musiała się nauczyć grać inaczej w tenisa. Trenerzy jej nie skreślili, tylko uczyli ją tego, jak może się przeciwstawić brutalnej sile w inny sposób. Tak zresztą grała Agnieszka Radwańska, tylko ona nie była taka niska. Nie potrafiła przyłożyć, ale miała szósty zmysł, który ma też Majka. Radwańska wiedziała, jak się ustawić, żeby ułamek sekundy szybciej ruszyć do piłki, by odegrać ją siłą gry przeciwniczki. W stylu Chwalińskiej jest do tego więcej pomysłu na przeszkadzanie w grze.
24-latka jest na pewno jedną z największych wygranych paryskiego turnieju. Poza innym stylem gry wniosła też jednak do kobiecego tenisa dużo ciepła?
- Bo to jest po prostu sympatyczna dziewczyna. Nie twierdzę, ze Iga Świątek jest niesympatyczną tenisistką. Ona od sześciu lat jest na świeczniku. Przy tym jest osobą introwertyczną, co sprawia, że nie jest tak ciepła w odbiorze, jak Maja. Ludzie są jednak różni. Patrząc jednak na obie tenisistki, to wydaje się, że Maja będzie bardziej lubiana. Odbierana będzie bardziej, jak dziewczyna z sąsiedztwa, niż Iga Świątek.
Milionowy kontrakt? Teraz to możliwe. Maja Chwalińska stała się gorącym "towarem"
Aż trudno uwierzyć w to, że ta utalentowana dziewczyna do tej pory nie była szerzej znana i nie miała poważnego sponsora?
- Wszystko dlatego, że ustabilizowała się w drugiej "100" rankingu. To sprawiało, że nie była dobrym słupem reklamowym. Teraz na topie są sportowcy, o których ludzie chcą czytać. W tenisie to jest raczej dość sensownie ustawione, bo barierą popularności jest pierwsza "100" na świecie. I to jest rzeczywiście niezwykła nobilitacja. Maja jest przecież dopiero 12 polską tenisistką, która znalazła się w "100" w erze Open, a zatem od prawie 60 lat. U panów mamy takich siedmiu zawodników w historii. Tenisistki i tenisiści z "100" grają w Wielkim Szlemie i dzięki temu jest szansa na złapanie dużego sponsora. Dopiero takimi ludźmi zaczynają się interesować agencje menedżerskie, bo stają się sensownym "towarem". Teraz z pewnością Maja Chwalińska jest gorącym "towarem" i może podpisać kontrakt, idący w sześć zer w euro albo dolarach, a miesiąc temu, gdyby podpisała taki za 50 tysięcy, to byłaby zadowolona.
Chwalińska pod korek napełniła bak pewności siebie w Paryżu. Zrobi w tym roku jeszcze coś fajnego?
- Teraz przede wszystkim będzie rozstawiona w turniejach. Mam nadzieję, że Anglicy dadzą jej dziką kartę na Wimbledon, bo byłoby to kuriozalne, gdyby 21. tenisistka świata musiała przebijać się przez kwalifikacje. Maja nie zaczęła nagle grać dwa razy lepiej. Po prostu ten jej tenis w końcu zaskoczył. Złapała formę na wygranie dziewięciu meczów z rzędu, co jest niezwykłe w tenisie i rzadko się zdarza. To jest niecodzienny wyczyn. Wcale to jednak nie znaczy, że skoro błysnęła w Paryżu, to zaraz będzie dochodziła do półfinałów i finałów. Na pewno rozsądną decyzją było to, że nie będzie grała na trawie przed Wimbledonem, tylko sobie odpocznie i zregeneruje się, bo jej przywodziciele mocno odczuły ten turniej. Ludzie z otoczenia Mai podkreślają, że duże znaczenie w ostatnim czasie miała zmiana przygotowania motorycznego przez Macieja Ryszczuka. Może się też okazać, że to był jednorazowy wystrzał Mai i już nigdy nie będzie miała takie splotu różnych okoliczności, czyli - w tym wypadku - stosunkowo łatwych rywalek w kwalifikacjach. W turnieju głównym inne zawodniczki nie wiedziały, jak z nią grać. Aż do Mirry Andriejewej, której na pewno wiele pomogła trenerka Conchita Martinez. To była najgroźniejsza rywalka Mai na drodze do finału, bo to była zawodniczka z "10". Do tego była w formie. Potrafiła też opanować nerwy. Zastosowała się w finale do zaleceń trenerki. Po prostu nie dała się wytrącić z równowagi grą Mai. Wiele tenisistek, jak usłyszy, że ma grać z Chwalińską, to będą chore. Tenis w jej wykonaniu zniechęca bowiem do gry. Starasz się i bijesz mocno, a jednak wszystko wraca na twoją stronę i to pod górę. I znowu trzeba mozolnie budować kolejny punkt. To powoduje wytrącenie z równowagi. Kiedy kończy się cierpliwość w grze z taką rywalką, to zawodniczki są ugotowane. Gdybym miał takiego przeciwnika, jak Chwalińska, to po 15 minutach połamałbym wszystkie rakiety, a potem zszedłbym z kortu z płaczem albo wrzaskiem. To jest jednak ożywczy powiew w schematycznym kobiecym tenisie.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:















