Telefony z Chin i Hongkongu, gra o Chwalińską. Ależ doniesienia ws. Wimbledonu
Sprawa jest tak bardzo delikatna, że nawet świetnie poinformowane osoby wolą schować się za anonimowością, by przypadkiem - mając jak najlepsze intencje - nie zaszkodzić Mai Chwalińskiej. Stawka jest bowiem gigantyczna, chodzi o udział finalistki Roland Garros w głównej drabince Wimbledonu. Aby tak się stało, bez ponownego przebijania się przez eliminacje, potrzebna jest "dzika karta". Dowiadujemy się, że 24-letnia Polka nie tylko dyspozycją na korcie bardzo mocno podbiła swoje akcje. A oto szczegóły.

Przez ostatnie trzy tygodnie w Paryżu Maja Chwalińska wykonała pracę na ocenę celującą. Gdyby Polka jeszcze wygrała finał Roland Garros, nota przestałaby mieścić się w jakiejkolwiek skali. I tak brakuje słów, aby należycie nazwać to, co publiczności polskiej i światowej, a przede wszystkim samej sobie, zaserwowała 24-letnia zawodniczka klubu BKT Advantage Bielsko-Biała.
Maja Chwalińska czeka na decyzję. Fascynujące wieści zza kulis Wimbledonu
Po zakończonym wielkoszlemowym show nowa ulubienica rodaków wpadła w medialną machinę, którą także trzeba umieć zręcznie okiełznać. Początek w nowych trybach i dotąd nieznanym, pełnym pułapek świecie wygląda z pozycji obserwatora bardzo obiecująco. Po aktywnościach w niezliczonej liczbie mediów, a uprzednio królewskim przywitaniu na lotnisku Okęcie, Chwalińska za wszystko podziękowała i oznajmiła, że zamierza krótko wypocząć, wszak sezon jest w pełnym rozkwicie.
Naszej gwieździe, ale także jej całemu sztabowi, sen z powiek spędza historia związana z nadciągającym (początek 29 czerwca) wielkoszlemowym Wimbledonem. Dopiero po zmaganiach w Londynie Maja będzie w pełni beneficjentką gigantycznego skoku w rankingu WTA (21. miejsce), bowiem listy przed zmaganiami przy Church Road tworzyły się zanim byliśmy świadkami paryskiej bajki.
Każdy kolejny dzień przybliża nas do ostatecznego rozstrzygnięcia, czy dla Polki znajdzie się tzw. dzika karta, aby znów nie musiała przebijać się przez kwalifikacje. Przypomnijmy, że nim Polka olśniła w drabince głównej Roland Garros, wcześniej jedno z trudniejszych starć stoczyła w trzeciej rundzie eliminacji. Nie można więc wykluczyć, że nawet z pozycji finalistki ze stolicy Francji, mogłaby mieć spore problemy w przebiciu się do właściwej drabinki. A poza tym, co nie jest bez znaczenia, chodzi także o dodatkowy czas na szlif formy.
Możliwe, że decyzja ujrzy światło dzienne już 15 czerwca. W każdym razie, tego dnia najwcześniej Komitet Wimbledonu powinien dokonać wyboru. Zwyczajowo sześć kart należy się Brytyjkom, a tylko dwie są dla reszty świata.
- Wiemy już, że Venus Williams zwróciła się z prośbą. A w związku z tym, że jest byłą wielokrotną mistrzynią Wimbledonu, Amerykanka dostanie "dziką kartę". Zatem do rozdysponowania zostaje już tylko jedna - przekazuje Interii osoba doskonale zorientowana w temacie.
Problem pojawi się w momencie, gdyby drugą z ochotniczek była jej siostra, kolejna z byłych gigantek tenisa, Serena Williams. - Kocham Maję, ale jeśli poza Venus, również Serena poprosi o kartę, to obie będą pierwszym wyborem. Sport, marketing, rozpoznawalność - wylicza nasz rozmówca, dając do zrozumienia, że nie tylko walory czysto sportowe są tutaj najważniejsze.
"Dzikie karty przyznawane są tenisistom, których ranking światowy nie jest wystarczająco wysoki, aby automatycznie zakwalifikować się do mistrzostw. Wobec czego zostają dopuszczeni do głównego turnieju według uznania Komitetu. Dzikie karty przyznaje się zazwyczaj na podstawie wcześniejszych osiągnięć na Wimbledonie lub w celu zwiększenia zainteresowania Brytyjczyków" - tak o rozdysponowywaniu tego rodzaju uznania pisze oficjalna strona Wimbledonu.
Czyli, krótko mówiąc, siostry Williams jako wielokrotne mistrzynie Wimbledonu spełniają absolutnie kluczowe kryterium. Z kolei druga, liczniejsza pula, to docenienie rodzimych tenisistek, dla których przygotowano aż sześć zaproszeń.
- W tym scenariuszu literalnie mówilibyśmy tylko o pobożnym życzeniu dla Mai, bowiem przypuszczam, że te Angielki, które mają dostać "dzikie karty", już jak gdyby są nieoficjalnie poinformowane - słyszymy.
To jednak także nie wyklucza wspaniałego scenariusza dla Chwalińskiej. Jak wiemy, nieraz przypadki rządzą światem. I nawet w tak uporządkowanej rzeczywistości nie da się wykluczyć, że losowy przypadek w ostatniej chwili pozbawi jedną z Angielek występu.
- Pamiętam, że w jednym roku Lawn Tennis Association, czyli Brytyjska Federacja Tenisowa, oddała kartę, ponieważ mieli wyłonione takie dziewczyny, które weszły już z własnego rankingu. Wówczas pierwsza czekająca na liście alternatywnie weszła w to miejsce. Przypuszczam, że za plecami sióstr Williams Maja jest pierwszą oczekującą - słyszymy.
Na świecie nie mogą wyjść z szoku. "Gdzie wy chowaliście tę Maję?"
Rozmówca Interii dokłada jeszcze coś "ekstra", czyli wątpliwość co do tego, jaką decyzję podejmie Serena. - Ja myślę, że ona nie zagra, bo nie chce grać tak, jak jej siostra i przegrać. Z tego, co wiem, Amerykanka w tym momencie nie ma zamiaru grać singla na Wimbledonie. Przy czym może poprosić o "dziką kartę" na debla, którą też na pewno dostanie, lecz jedno nie ma wpływu na drugie. Karty do debla i singla są zupełnie osobne. Pamiętajmy jednak, że sytuacja może być dynamiczna - usłyszał dziennikarz Interii.
Świadomie lub nie, ale Maja Chwalińska kapitalną robotę wykonała także poza kortem w Paryżu, zwłaszcza goszcząc w studiu TNT Sports. To, co w telewizji na żywo wydarzyło się krótko po finale, było tyleż niespodziewanie, co niesamowicie cenne. Polkę fantastycznie skomplementował Andre Agassi, a legendarny Joe McEnroe niejako wyegzekwował od Brytyjczyka Tima Henmana, by wstawił się za "dziką kartą" dla Mai, co 51-latek uczynił.
- Tim, jako członek komitetu Wimbledonu, jest decyzyjny w tej sprawie, więc wyszło bardzo fajnie. Z jednym z tych dżentelmenów miałem okazję na temat tej sprawy porozmawiać osobiście i powiem tak: jeśli Serena się nie zgłosi, Maja stanie przed ogromną szansą. Ja jestem od początku optymistą - puszcza oko nasz rozmówca.
Wracając jeszcze raz do wydarzeń z Paryża, Chwalińska genialnie zaprezentowała się światowej publiczności jednego z najbardziej globalnych sportów. Niektórzy wprost zaczęli się dziwić, jak to możliwe, że tak długo 24-latka pozostawała nieodkryta.
- Wszyscy pokochali Maję w Paryżu i mówią, że to znakomita osoba. Bardzo grzeczna, ułożona, przyjemna, a jedna z osób nawet zadzwoniła do mnie i powiedziała: "gdzie wy chowaliście tę Maję?". Nigdzie nie chowaliśmy, przyszedł jej czas i się stało - roześmiał się człowiek, mocno działający z cienia.
A to nie wszystko, dotarły do niego także inne reakcje z dalekich zakątków świata.
- Wielu ludzi, którzy są przy tenisie, tak szczerze mówiąc wcześniej nie wiedziało, kim ona jest. Dzwonili do mnie z Chin, z Hongkongu i dominowało jedno pytanie: "kto to jest?". Więc mówiłem, że to koleżanka Igi Świątek, wspólnie wygrały juniorski turniej. Zawsze była utalentowana, miała fantastyczną rękę i tak dalej. Ale też przytrafiły jej się problemy z depresją i zdrowotne, które ją zatrzymały. Teraz los zwrócił to, co na dłużej jej odebrał - wystawia referencje podopiecznej trenerów Jaroslava Machovsky'ego i Petra Hajka.
- Gdybym miał stawiać, to postawiłbym na "tak" w sprawie dzikiej karty. Ale dowiemy się o wszystkim lada moment - puentuje rozmówca Interii.
Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl










![Piłka nie chciała spaść. Najdłuższe wymiany meczu Polska - Brazylia [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C52O3ERO17U-C401.webp)

