Kibice Chwalińskiej "przejmują" Paryż. Historia dzieje się na naszych oczach
- Po półfinale miałem wracać. Ale po co ja mam wracać do Polski, jak mamy Maję w finale? Wolę być tutaj. Historia tenisa dzieje się na naszych oczach. Coś wspaniałego - mówi Interii Darek, który gardło zdzierał już w czwartek. - Atmosfera na półfinale była jak w Polsce, oglądamy po świecie wiele meczów, ale ten doping dla Mai to była rewelacja. Dziś będzie podobnie - to już głos Wojciecha. Z zapowiedzi Polaków wynika, że znów zrobią wszystko, by ponieść Maję Chwalińską do zwycięstwa (godz. 15) w finale Roland Garros.

"Odyseja trwa" - ten tytuł w największym francuskim dzienniku sportowym "L'Equipe" mówi wszystko o nadciągającej godzinie "zero", czyli sensacyjnie zestawionym żeńskim finale Rolanda Garrosa. Jeśli na początku turnieju był szaleniec, który postawił na nieznaną 24-letnią Maję Chwalińską, po tym turnieju ustawi siebie i rodzinę na kilka pokoleń. Rywalką Polki (21. WTA) będzie faworyzowana Rosjanka Mirra Andriejewa (6. WTA).
Przebukowywanie lotu, szybka operacja. Maja ponad wszystko
Gra Chwalińskiej na rozkładówce też nobliwej gazety jest rozkładana na czynniki pierwsze. Podkreśla się, że polska artystka swoją wyjątkową, niespotykaną techniką wyrywa obecny tenis ze schematu siły i piekielnych uderzeń. Zupełnie nieodkrytą, nową bohaterkę naszego kraju świat zgłębia coraz bardziej. Zagraniczni dziennikarze od kilku dni podchodzą do polskich, by upewnić się, jak prawidłowo wymówić to jedno z obecnie najbardziej gorących nazwisk, które początkowo pobrzmiewało bardziej jak "Szwalinska".
Tymczasem polska publiczność w jednej chwili zakochała się w "Pszczółce Mai", jak pieszczotliwie bywa nazywana ta filigranowa sportsmenka. Jakby jeszcze sama zachęcała do takich określeń, ubierając jaskrawy trykot. Zresztą widzieliśmy ją już w trzech różnych kompletach, a to wszystko dlatego, że - i za tę szczerość także z marszu zjednała sobie sympatię - nie ma sponsora technicznego. Mówiąc wprost, do czasu French Open zawodniczka o nazwisku Chwalińska w żaden sposób nie była rozchwytywana, a bardziej ona i jej otoczenie musieli się prosić i walczyć o pieniądze.
To wszystko sprawia, że "biało-czerwoni" ruszyli na Paryż, czego dowód mieliśmy już podczas półfinałowego starcia z Rosjanką Dianą Sznajder. Doping na korcie centralnym to był głównie koncert na rzecz Chwalińskiej. Ciągle wznoszono okrzyki i przyśpiewki, a różnica w dopingu obu zawodniczek była absolutnie słyszalna. - O 6 rano startowałem z Gdańska, przyleciałem przez Kopenhagę. Dzień przed tym meczem jeszcze leżałem u siebie nad jeziorem, bo nie miałem biletu. Udało mi się kupić jakoś cudem na aplikacji, bo bilety znikały w ciągu sekundy. Wsiadłem w samolot i jestem - mówił mi Darek, którego nie zabraknie także na dzisiejszym finale.
- Idę przebukowywać lot, bo miałem wracać, ale po co ja mam wracać, jak mamy Polkę w finale? Wolę być tutaj. Historia tenisa dzieje się na naszych oczach. Coś wspaniałego - dodał.
Darek zachęca wszystkich, w ostatnich godzinach przed finałem zwłaszcza rodaków rozsianych po Francji, aby logowali się do oficjalnej aplikacji Roland Garros z biletami. On tak zrobił i jest wygrany, ale przekonał się, że potrzebna jest cierpliwość.

- Nie uwierzy pan, bilet kupiłem za 90 euro na górną trybunę, a o godzinie 22:30 jeszcze znalazłem na sektor pierwszy, na dolnej trybunie i ten kosztował mnie 180 euro. Trzeba wchodzić w aplikację, odświeżać co sekundę i dopomóc szczęściu. Jak zobaczycie bilet, od razu klikajcie, bo jest dostępny może przez sekundę - zachęca Gdańszczanin.
Porażająca prawda od menedżera Chwalińskiej, ludzie przecierają oczy. On reaguje
Ledwie skończyliśmy rozmawiać, a natknąłem się na rodaków właśnie mieszkających we Francji. - Półtorej godziny w pociągu i dotarliśmy na miejscu - powiedział syn, a jego tata zaczął się śmiać, gdy zapytałem, czy nie boją się o to, że za chwilę wszyscy się obudzimy i okaże się, że to był tylko cudowny sen.
- Tak, to jest naprawdę aż nierealne, jesteśmy przeszczęśliwi. Tego szybko się nie zapomni. Ta atmosfera... To było tak wspaniałe widowisko, że wow! Nie przypominam sobie, kiedy po raz ostatni tak bardzo kibicowałem. A trzy tygodnie temu jeszcze świat o niej nie słyszał. "Jaka Maja? Co? Kto to jest ta Maja?" A tu nagle ta Maja robi po prostu taką robotę, że... ja pierniczę! Nie wyobrażam sobie atmosfery na finale - radował się starszy pan.
Nie tracić nadziei do końca. Bilety jak najcieplejsze bułeczki
Syn: Myśleliśmy, że gdy odpadła Iga, sen się skończył. A tu dzięki Mai my, Polacy, nadal możemy być w bajce. Maja już weszła do polskiej historii, a w sobotę może jeszcze mocniej się w niej zapisać. Już obudziła cały Roland Garros - promieniał.

Totalne szaleństwo ogarnęło Wojciecha, Krzysztofa i Martę. Panowie przybyli do Paryża we wtorek, oglądając już mecz ćwierćfinałowy Mai. Z kolei siostra jednego z nich dotarła dzień później. Ta trójka kibiców dzisiaj także sprawi, że w finale Chwalińskiej nie zabraknie dopingu. Nie było łatwo o bilety, ale kupili je z odsprzedażowej aukcji w cenie po około 200 euro za jeden.
- Normalnie ich wartość to 75 lub 100 euro, ale wiadomo, że teraz w grę wchodzi przebitka. Jednak to nic, bo emocje są po prostu niesamowite, a Maja prezentuje grę z innej bajki. To jest tenis 20 lat do tyłu, fantastyczny. Super się to ogląda, cała publika jest za nią. Już na półfinale było dużo Polaków, ale nawet Francuzi byli za nią, za zawodniczką z pozycji underdoga. Publika kocha takie historie. Jeździliśmy za Igą i dalej będziemy, ale teraz mamy drugą gwiazdę - emocjonuje się Wojciech.
I jest przekonany, że lada moment awansuje do najściślejszej czołówki rankingu WTA. - Super się ogląda ten tenis, bo jest zaj*** inteligentny. Naprawdę mega techniczny. Jak jeszcze troszeczkę nabierze siły i nie będzie miała kontuzji, to ta dziewczyna jest spokojnie na Top 5. Jestem co do tego przekonany. Oglądamy po świecie wiele meczów, byliśmy na przykład w Australii i w Dubaju, ale ten doping dla Mai to jest rewelacja, czujemy się jak w Polsce - zawyrokował Wojciech.
Krzysztof: - Maja gra tak inteligentny tenis, że rywalki nie wiedzą co dzieje się na korcie, to jest nieprawdopodobne. Skróciki, lobiki, slajsy - po prostu szał. Zawodniczki przeciwko niej głupieją. Sznajder z Sabalenką zagrała tenis na wielkiej prędkości i poradziła sobie z Aryną, a z Mają w pewnym momencie nie wiedziała, co ma grać.
- Emocje są nie do opisania - dodała Marta.
Wszyscy ostrzymy sobie dzisiaj zęby na kolejną, intelektualną zabawę i łamigłówkę na korcie zaproponowaną przez Maję, a była gwiazda tego sportu, mistrzyni Wimbledonu z Francji Marion Bartoli mówi: - Czytanie gry przez Polkę jest wyjątkowe - porównując naszą zawodniczkę do legendarnej Martiny Hingis.
My jednak wśród kibiców też mamy znawców i puenta z ust Wojciecha wcale nie jest gorsza: - Bardzo liczę na Maję, bo ma możliwości. Wiadomo, nie będzie łatwo, Andriejewa ma moc, natomiast tu widać, że nie o moc chodzi, ale o głowę i technikę. Widzę więcej szans na to, że Maja wygra - podsumował.
Z Paryża - Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl









![Heroiczny rzut Muchovej. Ta akcja porwała cały Wimbledon [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N16NS47NRTVW0-C401.webp)
![Chinki nie dały szans Ukrainkom. Pewne zwycięstwo w Lidze Narodów [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N16NA2FWCYTAV-C401.webp)

