Gwiazdor PSG reaguje na sukces Chwalińskiej. Szaleństwo w Paryżu
- Tak na szybko nie przypominam sobie niczego bardziej spektakularnego. To wydarzenie chyba zdecydowanie będzie numerem jeden, jeśli chodzi o niespodzianki w sporcie. Wspaniale było być częścią tego widowiska - mówi w rozmowie m.in. z wysłannikiem Interii Kamil Syprzak, obrotowy reprezentacji Polski i Paris Saint-Germain, który zasiadł na trybunach kortu centralnego, oklaskując popis nowej bohaterki polskiego sportu.

Jesteś u siebie w Paris Saint-Germain. Masz blisko na korty. Jakie wrażenia po takim meczu?
Kamil Syprzak: - Niesamowite. Rzeczywiście, czuję się trochę jak u siebie w domu, bo osiem lat spędzonych w Paryżu i na kortach Rolanda Garrosa. Przyznam, że wracam tutaj naprawdę bardzo chętnie i cieszy fakt, że polska tradycja zostaje podtrzymana i mamy kolejne piękne zwycięstwo oraz Polkę w finale Rolanda Garrosa.
Ma świetne warunki fizyczne, także do tenisa, ale dzisiaj, jak mówimy o Mai, to trzeba wspomnieć o technice. Technika jest ważna także w piłce ręcznej.
- Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem, bo nie przypominam sobie wielu akcji, w których by Maja się pomyliła w skrótach czy w długich wymianach. To ona zachowała ten spokój przede wszystkim i to ona była tą, która prowadziła rytm tego spotkania. Chociaż oczywiście trzeba to oddać rywalce, że też była w pewnych momentach świetnie dysponowana i Maja musiała się dwoić i troić. Warunków fizycznych może nie ma identycznych jak ja, ale zdecydowanie nadrabia sercem i techniką.
Chwalińska katem Sznajder, trybuny wydały werdykt. Rosjo, usłyszałaś?
To jedna z tych historii, które pokazują, jak przepiękny potrafi być sport, czyli historia totalnie nieoczywista i niespodziewana. Czy tobie tak na szybko w ogóle jakakolwiek analogia przychodzi do głowy? Przypominasz sobie coś równie spektakularnego, co by cię zaskoczyło? Czy to jest numer jeden?
- No chyba zdecydowanie to wydarzenie będzie numerem jeden, mówiąc o moim doświadczeniu. Oczywiście było wiele spotkań, które wydawały się już przegrane, ale jednak później okazywały się wygranymi. Ale tę drogę, którą przeszła Maja… Jak wspominali podczas wywiadu na korcie, Maja już przed rundą główną miała w nogach mecze eliminacyjne, a to był jej dziewiąty wygrany mecz. Więc to jest naprawdę coś niesamowitego. Tak jak ona zresztą sama powiedziała, chyba na razie nie wierzy w to, co się wydarzyło. Ale musi w to uwierzyć. I musi wierzyć w siebie. I widzę, że ta wiara jest. Ona musi kontynuować to, co robi teraz. Bo jak widać, właśnie to ją zaprowadziło do tego miejsca, w którym jest teraz.
Czułeś się tutaj dzisiaj pod tym dachem, jakbyś był w jakiejkolwiek wielkiej polskiej hali sportowej, w którymś z największych miast i po prostu współtworzył ten żywiołowy doping dla polskiej bohaterki?
- Czułem się jednym z wielu kibiców polskich i to było fajne, bo zazwyczaj ja stoję po tej drugiej stronie i to mnie ludzie starają się wspierać swoim dopingiem. Zawsze to podkreślam, że nasi polscy kibice są jednymi z najlepszych na świecie. I często też podkreślam, jak ważne dla sportowców jest wsparcie z trybun. Chciałbym tutaj stwierdzić, że jeśli coś przyczyniło się do tego zwycięstwa Mai, to na pewno chciałbym wierzyć w to, że ten doping dotarł do Mai. I przyczyniliśmy się do tego zwycięstwa. Oczywiście nie odbierając jej sukcesu, bo wszystko tom co zrobiła, to tylko i wyłącznie jej zasługa.
Co Ci się podoba najbardziej w Mai, jako człowieku? Bo ona wcześnie była kompletnie nieopisana. Czy ona jest inna?
- Jest inna, choć jej nie znam. Nie miałem okazji z nią nigdy rozmawiać. Często lubię obserwować sportowców i ich zachowania. I to przede wszystkim, jakim spokojem tutaj nam się prezentuje. W takich sytuacjach, gdzie często te emocje mogłyby wziąć górę, a tymczasem zachowuje spokój i widać, że jest ułożoną kobietą. Stąpa dwiema nogami twardo po ziemi i wierzę, że tak zostanie do samego końca. Miałem tą przyjemność porozmawiać z jej rodzicami i widzę, że oni tak samo na to wszystko reagują. Nie dają się ponieść emocjom i fantazji. Myślę, że to będzie jedna z cech u Mai, która będzie ją wyróżniała.
W finale znów nie będzie faworytką, ale ona jest tutaj zdolna do wszystkiego.
- Jak widać, pozycja trochę takiego underdoga jej pasuje. To już jest historia, śmiało to nazywam. Na pewno wyróżniał ją będzie spokój, a faworytką jeszcze zdąży być w przyszłości.
Na sobotnim finale też będzie pan obecny, czy koliduje z obowiązkami klubowymi?
- Przyznam szczerze, że jeszcze nie wybiegałem tak daleko w przyszłość. Nie wiem nawet, o której jest mecz finałowy... Ale mu zawsze gramy trochę później, więc miejmy nadzieję, że uda się jakoś te dwa mecze ze sobą połączyć.
W Paryżu rozmawiał i notował Artur Gac












