Co dalej z Chwalińską? Polka pominięta. "Trochę to przykre"
Po finale Roland Garros można powiedzieć, że rację mieli ci, którzy przekonywali, że Maja Chwalińska w końcu trafi na rywalkę wyższą i mocniejszą. Mirra Andriejewa pasuje do tego opisu. - Rosjanka biła mocno. Nawet do 200 kilometrów na godzinę pod wiatr, gdy Maja 120, 130 z wiatrem. To jest ogromna różnica - zwraca nam uwagę Andrzej Person, były rzecznik PKOl i mówi wprost, co teraz czeka Chwalińską. - Trochę to przykre - zauważa.

Dariusz Ostafiński, Interia: Lech Sidor po wygranym półfinale Andriejewej z Kostiuk zwrócił uwagę, że ta druga przegrała, bo z tyłu głowy miała wojnę w swoim kraju i chciała się za to odkuć na korcie. Teraz Andriejewa wygrała finał z naszą Mają Chwalińską, choć nie była przemotywowana.
Andrzej Person, były rzecznik PKOl: To na pewno, ale jak już poruszamy ten wojenny wątek, to warto jednak powiedzieć, że Maja wcześniej odprawiła Sznajder, która przecież podpisywała się pod tym, że wojna na Ukrainie powinna trwać. Teraz niestety musieliśmy przełknąć gorzką pigułkę i pogodzić się z tym, że kolejnej zwolenniczki Putina już nie udało się Mai ograć. I tak jak jest moja pełna niezgoda na to, co dzieje się na Ukrainie i na występy Rosjan choćby właśnie w tenisie, to tak muszę docenić sportową klasę Andriejewej. Wygrała z Mają zasłużenie.
Chwalińska odkryciem. "Świat zobaczył"
To nas boli, ale obiektywnie trzeba przyznać, że dla Chwalińskiej już sam awans do finału był olbrzymim sukcesem.
- Maja napisała historię, jaką wszyscy kochamy. Jak ulał pasuje do klasycznej opowieści o Kopciuszku, a my to lubimy. Wystarczy przypomnieć sobie dramatyczną młodość Błaszczykowskiego i to, jak pokochaliśmy tego zawodnika ze względu na jego historię. Zresztą Iga Świątek też nie miała łatwo. Pamiętam kłopoty ze sponsorami, jakieś sprawy sądowe i happy end, bo w końcu Iga weszła na salony. Szybciej niż Maja, ale kto mówił, że życie jest sprawiedliwe.
W końcu jednak Maja Chwalińska ma swoje pięć minut.
- Ja liczę, że nie skończy się na tych pięciu minutach. Specyficzna gra tej dziewczyny jest odkryciem dla całego świata, który jakby zapomniał, że kiedyś tak się grało. Fajne jest to, że ten świat zobaczył, że tak można grać w czasach fizycznego, siłowego tenisa.
Naprawdę myśli pan, że można? Ja pamiętam, jak mówiono mi, że w końcu na drodze Mai stanie rywalka większa i silniejsza i Polka przegra z fizyczną siłą. Ten opis jak ulał pasuje do meczu z Andriejewą. Z drugiej strony nie wiemy, jakby wyglądał ten mecz, jakby Polka miała więcej siły, bo grała na tym turnieju o pięć godzin dłużej od Rosjanki.
- I to nam utrudnia odpowiedź na pytanie. Prawda pewnie leży pośrodku. Rosjanka biła mocno. Nawet do 200 kilometrów na godzinę pod wiatr, gdy Maja 120, 130 z wiatrem. To jest ogromna różnica. Z drugiej strony ja nie wiem, co by było, jakby one spotkały się dwie, trzy rundy wcześniej. Mogło być inaczej.
"Wojna na wyniszczenie". Chwalińska poraniona
Dwa dni przed finałem Polka stoczyła długi pojedynek ze Sznajder. Widać było, że Chwalińska czuje to w nogach.
- To był piękny, ale też bardzo ciężki mecz. Taka wojna na wyniszczenie. Maja poraniona po tej walce, na dokładkę była przeziębiona i z oklejonymi nogami musiała stanąć do walki z zawodniczką, która jest w gazie i potrafi wszystko. Wynik był łatwy do przewidzenia, co nie zmienia opinii o Polce. Długo będziemy wspominać pospolite ruszenie w naszym kraju i kibiców, którzy wsiedli w samoloty i zapłacili u "koników" nawet tysiąc euro za bilety. A przecież minister sportu z poprzedniego rządu pisał, że nie warto jej wspierać, bo nie rokuje. I co? I teraz tę dziewczynę kocha cała Polska.
Co dalej?
- Musimy do tego podejść spokojnie. Skończył się sezon na mączce. Na betonie będzie Mai zdecydowanie trudniej. Zwłaszcza z tymi potężnymi fizycznie rywalkami. Ona jednak już dostała to, o czym marzyła jako dziecko. Już jej się udało.
Na dokładkę uruchomiła taką nową falę zainteresowania tenisem. Dzieciaki znów garną się do tego sportu.
- I to jest dobre. Pamiętam, jak powtarzano, że do rozwoju potrzebne są nam korty. Według mnie to nieprawda. My mamy piękne ośrodki tenisowe, choćby ten w Kozerkach. My potrzebujmy masy, większej liczby zgłoszeń, żeby coś więcej z tego wyciągnąć.
"Trochę to przykre". Chwalińska znów musi to zrobić
Będziemy dobrze wspominali ten turniej, bo to był polski Roland Garros.
- Za sprawą kobiet, które w ostatnim czasie ratują nasz honor. Pamiętam jedyne złoto w Paryżu zdobyte przez Aleksandrę Mirosław. Teraz szalały nasze tenisistki. Mieliśmy historyczny polski mecz Świątek - Linette w trzeciej rundzie. Nagle okazuje się, że jest urodzaj, bo poza Świątek, Linette i Fręch jest jeszcze Chwalińska. A jeszcze dobija się Klimovicova. Widać naszych trenerów, co kiedyś było nie do pomyślenia. Zaniewska u Kostiuk, Wiktorowski z Osaką, która jest przecież wielką gwiazdą.
Wróćmy do Mai.
- No tak, teraz Wimbledon. Iga Świątek będzie broniła tytułu, a Maja będzie się znów przebijała przez eliminacje. Trochę to przykre, ale Wimbledon stawia na swoich i nie ma się co dziwić. Mam tylko taką nadzieję, że zanim za rok wrócimy do Paryża, to Maja jeszcze zrobi coś spektakularnego. Fajnie by też było, jakby ona czy Iga weszły do turnieju Masters, bo on nie odbędzie się w tym roku w Arabii. Może się odbyć na Ergo-Arenie w Gdańsku lub w Ostravie. Liczę, że wygra nasz pomysł i nasza kandydatura.












