Chwalińska katem Sznajder, trybuny wydały werdykt. Rosjo, usłyszałaś?
- Maja zastawia pułapki w starym stylu - napisał w dzisiejszym wydaniu dziennik L'Equipe, zapowiadając sensacyjny półfinał: Chwalińska kontra Diana Sznajder. Wielką pułapkę na rywalkę z Rosji zastawiła także publiczność, która od początku była głównie polską widownią. Gromkie "Maja Chwalińska", "Maja, we love you" i potężna porcja braw na przywitanie, nieporównywalnie głośniejsza niż ta dla przeciwniczki, przy której pojawiło się buczenie. Aura w całym meczu sprawiła, że poczułem się uprzywilejowanym świadkiem wielkiej historii. Mamy finał, Polka sprawczynią jednej z największych sensacji w dziejach Wielkich Szlemów!

Dziś nad kortem centralnym zrobiło się mrocznie, deszczowa pogoda i niekorzystne prognozy sprawiły, że już w trakcie pierwszego półfinału rozciągnięto zadaszenie. I to już nie była ta sama jasność. "Zamknęli dach i jakby coś ciążyło nad głową. Mam złe przeczucia" - wzdrygnęło jedną z dziennikarek. Odezwał się we mnie sprzeciw, ale nic nie odpowiedziałem.
Maja "zwycięstwo należy do najwytrwalszych" Chwalińska
Kto dziś jeszcze pamięta pierwszą rundę eliminacji w wykonaniu Mai Chwalińskiej, która odbyła się 18 maja? Polka pokonała reprezentantkę gospodarzy 6:0, 6:3 i rozpoczęła swój spektakularny marsz. Dlaczego o tym przypominam? Z uwagi na niesamowite słowa Alice Rame, które cytuje dzisiaj rzeczony największy dziennik sportowy we Francji. "Przed spotkaniem pomyślałam, że będę grała z dziewczyną, która słabo uderza i nie robi większego wrażenia. Po meczu pomyślałam, że przegrałam na własne życzenie, a potem zrozumiałam, że trafiłem na dziewczynę, która wie wszystko na korcie".
Tak ciężko już doświadczona w swoim młodym życiu 24-letnia Chwalińska doskonale znosi presję. Nawet jeśli się denerwuje, to jak przystało na introwertyczkę, raczej tego nie pokazuje. Wiem, bo w ostatnich dniach poznajemy ją doskonale dzięki jej najbliższemu otoczeniu.
W czwartek na kort centralny, ten sam na którym Iga Świątek już cztery razy wznosiła puchar, wyszła trzeci raz z rzędu. Chyba poczuła się swobodniej, już mniej patrzyła przed siebie, a więcej rozglądała wokół. Jedno z takich zdjęć zamieściłem na X, gdzie pojawił się świetny komentarz, iż Majka spogląda na hasło wiszące nad kortem. "Zwycięstwo należy do najwytrwalszych" - jakaż to cudowna puenta dla tej bajkowej historii.
Chwalińska fenomenalnie weszła w mecz. Najpierw wykorzystała swoje podanie, a później od razu próbowała zatopić rywalkę na jej serwisie. Gdy w jednej z akcji pokazała kunszt na najwyższym poziomie, publiczność znów ryknęła: "MA-JA, MA-JA, MA-JA"! Sznajder podyktowała od początku trudne warunki i mecz oglądało się pasjonująco. To było starcie dwóch myślących na korcie tenisistek, przeciwniczka też próbowała czarować, ale jej różdżka miała mniejszą moc oddziaływania. Dokładnie unaocznił to czwarty gem, w którym po raz pierwszy byliśmy świadkami przełamania. Dąbrowiczanka, która karierę przeniosła do Bielska-Białej, wyszła na 3:1.
Wiemy, kto w niebie czuwa nad Chwalińską. Wzruszona mama wskazała
To jednak nie był spacerek dla wyraźnie zakatarzonej Polki, która już wczoraj miała wyraźnie zmieniony głos. Sznajder sygnał do odrabiana strat wysłała momentalnie, a w kluczowej akcji Maja nadała piłce uderzonej z bekhendu taką rotację, że minimalnie wyrzuciła ją poza linię boczną.
Majstersztykiem w wykonaniu Mai był siódmy gem, w którym - raz po raz - publiczność okazywała swoje uwielbienie dla drobnej ciałem, ale wielkiej sercem sportsmenki. Nasza gwiazda wygrała "na sucho", a na każdy punkt w jej wykonaniu niosła się z trybun prawdziwa owacja. Gdy po przerwie wracały na kort, podopieczną trenera Jaroslava Machovsky'ego znów przywitało skandowanie jej imienia, jakby wychodziła na halę w Gliwicach, Krakowie albo Trójmieście.
Pierwszy set miał swoją wielką temperaturę i dramaturgię, a gdy Polka po zaciekłej walce wykorzystała serwis w grze na przewagi, cudownie adresując piłkę, znów była bohaterką trybun. Krótka przerwa, komenda od sędzi głównej, a na powrót na tysiące gardeł: "let's go, Maja, let's go" - i tak wiele razy.
Chwalińska nie może być człowiekiem. To postać wymyślona
Czy wyraźny podział na trybunach to była tylko reakcja na fakt, że Sznajder jest Rosjanką, czy może do wielu kibiców dotarło, że nigdy specjalnie nie ukrywała swoich poglądów politycznych i poparcia dla zbrodniarza Władimira Putina? To pytanie bez odpowiedzi, ale werdykt kibicowskiego przekroju różnych społeczeństw był wyraźny.
Znów drżeliśmy na starcie tie-breaku, choć historia do jego doprowadzenia była zgoła inna niż w meczu poprzedniej rundy z Anną Kalinską. Sznajder wyraźniej w nim nadawała ton, Maja cały czas była w grze, aż w pewnym momencie... "Maja Chwalińska nie jest człowiekiem. To postać wymyślona" - pomyślałem, widząc jak ta piękna, żółto-czarna pszczółka lata po korcie i raz po raz żądli przeciwniczkę. Od stanu 2:4 zaczęła mentalnie niszczyć rywalkę, zdobywając pięć kolejnych punktów. Zrobiła wielki krok do finału, a publiczność wpadła w ekstazę.
Sznajder nie wywiesiła białej flagi, więc batalia wciąż trwała na całego. Odebrane w dwie strony podania, a po trzecim gemie lekka kosmetyka. W trakcie przerwy służby medyczne zaopiekowały się naszą tenisistką, podano Mai pastylkę, którą popiła kilkoma łykami wody i wróciła kontynuować misję numer - to nieprawdopodobne - dziewiąty mecz w tym turnieju. Jak ona to ciągle wytrzymuje? - to natarczywe pytanie cały czas powracało.
"Dawaj, pszczółko" - krzyknął jakiś mężczyzna, też jakby trochę oszołomiony tym, co widzi. Ten mecz także pokazał to, o czym zapewniał menedżer Mai, że potrafi dawać sobie radę z mocnymi uderzeniami rywalek. Ile to razy Sznajder mocno strzelała rakietą, w różnych kątach i na obie strony, a Polka nie tylko odpowiadała, ale nierzadko przejmowała inicjatywę. Trudy tego starcia przy wyniku przy swoim prowadzeniu 4:3 odczuła też przeciwniczka, korzystając z pomocy medycznej, a wskazując na problemy z plecami.
Reakcje przekroczyły skalę w dziewiątym gemie, gdy Chwalińska była na kursie do przełamania Sznajder i to uczyniła. Zanim nadszedł ostatni punkt, istny majstersztyk, sędzia nie mogła zapanować nad tym, aby doping na moment się wyciszył. Kilkukrotnie powtarzała komendę, a po olśniewającym zagraniu naszej gwiazdy wszyscy tak wyskoczyli ze swoich miejsc, że fotoreporterzy przezornie zaczęli prosić, by podobnych numerów nie robić po zakończeniu meczu.
Minutę później Maja już była w sportowym raju! Padła na kort, publiczność oddała jej chwałę - wszyscy wstali z miejsc i bili brawo. A ona znów powtórzyła, że nie wie, co tutaj się dzieje. Tego nie wie nikt, ta droga do finału to jest magia!
Z Paryża - Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl











