Reklama

Reklama

Wybory w PZT. Skrzypczyński: Jak wygra "stare", to nie ma Polskiego Związku Tenisowego

- Jak wygra "stare", to nie ma Polskiego Związku Tenisowego. Jeszcze raz powtórzę, nie ma wizji, nie ma perspektywy pozyskiwania jakichkolwiek środków, więc w tym wypadku związek zostanie z budżetem, na którym może przetrwać kiosk z gazetami - powiedział Mirosław Skrzypczyński, który chce zostać nowym szefem polskiego tenisa. Wybory odbędą się w maju.

Interia: Dlaczego zdecydował się pan kandydować na prezesa Polskiego Związku Tenisowego?

Mirosław Skrzypczyński: - W zarządzie PZT jestem od 10 miesięcy. Trafiłem tam po wyborach uzupełniających, wybrany przez środowisko tenisowe, zresztą z największą liczbą głosów wśród kandydatów. Przy tenisie jestem całe życie, jak i cała moja rodzina. Sam grałem, córka jeszcze gra, ale bardziej zabawowo. Przez te 10 miesięcy w zarządzie PZT poznałem ten związek od środka i zasiadających w nich panów, i za namową środowiska, przyjaciół, kolegów postanowiłem kandydować na prezesa, aby wreszcie nie mówiono, jak przez ostatnie 25 czy 30 lat, z małymi wyjątkami, bo był dobry okres, o PZT jako "bagnie" i grupie nieudaczników. Każdy mówi, tu słowo obraźliwe, PZT.

Reklama

To tak jak do niedawna było jeszcze z PZPN-em.

- Dokładnie. Udzielając wywiadu konkurencji użyłem nazwiska Zbigniewa Bońka, bo to mój idol lat młodzieńczych i ja mu mocno kibicowałem, jak został prezesem PZPN-u, i widzę jak ten związek się zmienia. Mam tam wielu znajomych, przyjaciół byłych reprezentantów Polski i widzę, jaka tam jest otoczka. Oko cieszyły mistrzostwa Europy, było kolorowo i ja chciałbym, aby tak samo było z tenisem, bo on na to zasługuje. Najgorsze jest to, że potencjał tenisa jest marnowany, bo jak można marnować sukcesy sióstr Radwańskich, Jurka Janowicza, Łukasza Kubota, Marcina Matkowskiego, czy teraz młodzieży - Igi Świątek i Mai Chwalińskiej?! Zaprzepaszczać to i nie potrafić pozyskać godnych sponsorów, mieć takie perturbacje z ministerstwem sportu, a więc swoim chlebodawcą, który jest teraz największym sponsorem, to ja tego nie rozumiem i chcę, jak i moi koledzy, to zmienić, bo szkoda czasu, szkoda każdego miesiąca. Dla obecnych władz to wszystko jedno, bo oni nie traktują tego emocjonalnie, a dla nas tenis znaczy bardzo dużo.

Jakie ma pan zarzuty pod adresem obecnych władz związku?

- Ja się przyglądałem temu, co się dzieje z PZT, o mnóstwo rzeczy pytałem, Chciałem, wraz ze swoimi kolegami z zarządu, dokonać zmian, ale tego się po prostu nie dało. Tu jest stary, zardzewiały układ, powiedzmy kolegów, bo nie chcę nikogo obrażać, którzy też z racji wieku, tego, że ci ludzie nigdy nie pracowali przy poważnych projektach, czy też nie prowadzili swoich firm i nie osiągają sukcesów na tym polu. Oni po prostu nie mają wizji, nie mają programu, wszystko w PZT jest robione "na kolanie". Ja z moją grupą przyjaciół potrzebujemy na przygotowanie programu kilku miesięcy czy nawet pół roku, a panowie rzucają pomysły ad hoc i to wszystko. Rozdają pieniądze na lewo i prawo, nie zarabiając ich. Jest totalna rozrzutność, nie ma ekonomii. Powiem tak - nie można dać komuś 10 tysięcy, jak się zarabia trzy tysiące. Ja tych ludzi znam i z jednej strony też ich szanuję, bo to nie znaczy, że oni nic dla tenisa nie zrobili, bo zrobili, ale dzisiaj sport stał się dużym biznesem i trzeba do niego podchodzić zupełnie inaczej. Trzeba mieć wizję, pomysły, ale najważniejsze trzeba mieć klucze, które otwierają wiele drzwi, a ja nieskromnie powiem, że pęk tych kluczy mam w torbie.

Jak pan chce pozyskiwać pieniądze dla związku?

- Przede wszystkim trzeba go "sprzedać", tak brzydko to nazwę. Trzeba go "sprzedać" po to, żeby zdobyć środki na młodzież, szkolenie. Mnie się marzy, bo zawsze byłem przeciwnikiem biedy, żeby wielki talent nie kończył gry w tenisa, bo nie ma środków albo z drugiej strony, rodzice wyprzedają wszystko, by dziecko grało, a jak się nie uda, to jest wielka rozpacz. Tak nie powinno być.

Tak przecież było z siostrami Radwańskimi, że śp. dziadek Władysław sprzedawał obrazy, aby wnuczki, mogły dalej grać. Im się udało.

- Nie o to chodzi, by do takiego stanu doprowadzać. Korty mają być dostępne dla wszystkich, mają być dostępni trenerze, opłacani przez kluby, przez związki. Dlatego kluby muszą być bogate. Jak one będą bogate, to wówczas dzieci nie będą im płacić, bo kluby będą mieć środki. To nie jest "kosmos". To nie jest coś niemożliwego. Ja najbardziej nie lubię takich słów, że "się nie uda". Ja zawsze byłem człowiekiem dynamicznym i im trudniej było, tym bardziej mnie "nakręcało", aby to zrobić. Jestem więc pewien, że nam się uda, bo inaczej bym się tym nie zajmował. Ja już samym tenisem się nie zajmuje, choć mam uprawnienia trenerskie, bo robię coś innego i mógłbym spokojnie w inny sposób spędzać czas, ale mam takie wewnętrzne poczucie, że trzeba ludziom pomagać. Jako firma pomagamy i wspieramy różne imprezy, czy turnieje tenisowe, zawsze coś się znajdzie. Tak sobie już przyrzekłem, może nawet górnolotnie, że nie spocznę, dopóki nie będzie jak w normalnych krajach, normalnych społeczeństwach, gdzie ludzie się nie "zarzynają" i mnie się marzy, żeby dziecko, czy to sprzątaczki, czy to robotnika, czy dziennikarza mogło kontynuować grę w tenisa, jeśli ma talent, a ma w tym mu pomóc klub i związek.

A skąd na to brać pieniądze?

- Trzeba stworzyć, w tym momencie zajmują się tym moi współpracownicy, bardzo dobre programy, ale to dopiero pierwszy krok. Jeśli one powstaną, to trzeba mieć, jak już wcześniej mówiłem pęk kluczy, które otwierają drzwi, gdzie są pieniądze. Pieniądze nie zawsze jednak zdobywa się na fajny program, one przychodzą też do człowieka. Wiem, bo, gdy organizowałem turnieje tenisowe i ciężko było zdobywać środki, to szedłem z tymi kluczami, a jak człowiek ma dobrą energię, to ona jest odbierana z drugiej strony i udaje się coś pozyskać. Liczę więc na bardzo dobre relacje z ministerstwem sportu, ale też ze sponsorami zewnętrznymi, a sponsorzy zewnętrzni wejdą tylko, jeśli to będzie się odbywało na zasadzie, że oni są zadowoleni z produktu, który dostaną, a my będzie zadowoleni z tego, co dostaniemy od nich. Muszą być więc ciekawe produkty. Na dzisiaj mogłyby być, ale nie są kompletnie wykorzystywane. Coś próbowano robić, ale robiono to tak, że sprzedawano najlepsze rzeczy za bezcen. Nie na tym polega biznes.

- Nie chcę w tej chwili mówić o szczegółach, które w tym momencie są przygotowywane. Na dzisiaj to nie czas, aby je uzewnętrzniać. To nie będzie tylko mój program, ale środowiska, moich przyjaciół, kolegów, których znam 30, 40 lat, którzy są w tenisie, ale nie wykorzystywano ich w żaden sposób, ponieważ bano się ich wiedzy. Zaletą ludzi mądrych, jest aby mieć przy sobie takich ludzi, natomiast wadą ludzi siermiężnych jest, że boją się ludzi mądrych, bo ci mogą ich w jakiś sposób "wygryźć" ze stołków i taka była i jest sytuacja w PZT.

- Jak wszedłem do zarządu, to zauważyłem, że jest sporo fajnych pomysłów, które były jednak torpedowane, bo na pierwszym miejscu były swoje małe, drobne "interesiki". Dla mnie ta są rzeczy, których nie chce wywlekać na zewnątrz, bo jeszcze spotkałbym się z zarzutami prokuratorskimi, ale wstydziłbym się, jakbym tak robił jak niektórzy panowie z zarządu. Mi generalnie jest ich szkoda, bo to nie są źli ludzie, ale już mają tak zakorzenione pewne rzeczy, że oni nie są w stanie się zmienić. Ja się tylko dziwię, że sami nie dochodzą to tego wniosku, żeby podziękować i odejść, bo wówczas odeszliby w chwale, a mogą być opluwani.

Nie obawia się więc pan, że podczas majowego zjazdu wygra "stare", żeby nic przypadkiem nie ruszać?

- Nie ma takich szans, bo jak wygra "stare", to nie ma Polskiego Związku Tenisowego. Jeszcze raz powtórzę, nie ma wizji, nie ma perspektywy pozyskiwania jakichkolwiek środków, więc w tym wypadku związek zostanie z budżetem, na którym może przetrwać kiosk z gazetami. Panowie mogą rzucać tylko jakieś slogany, które, jak każdy się zastanowi, to okażą się słabe, bo żaden z nich nie osiągnął sukcesu, a dzisiaj potrzebni są ludzie, którzy mają wizję, potrafią osiągnąć sukces i są skuteczni, a oni nie są. Jeszcze do tego te wszystkie kary.

Właśnie, ministerstwo sportu najpierw zażądało zwrotu 300 tysięcy złotych, potem obcięło dotacje na ten rok o 1,9 mln złotych, a do tego doszła kara 62 tys. dolarów za nieprzepisową nawierzchnię podczas marcowego meczu 1. rundy Grupy Światowej Pucharu Davisa Polska - Argentyna.

- To właśnie ten brak skuteczności i nieudacznictwo. Pisze się odwołanie do Międzynarodowej Federacji Tenisowej (ITF) od kary finansowej, bo są do zapłacenia pieniądze. Na pierwszym miejscu powinna być jednak drużyna, która przecież w wyniku tej kary traci punkty i ranking. Pieniądze nie są ważne w takich sytuacjach, bo zawsze je można zdobyć. Najważniejszy jest człowiek. Jak można było tych ludzi w ten sposób potraktować. Zamiast więc grać mecz u siebie, który na pewno byśmy wygrali, jedziemy do Bośni i Hercegowiny, cała sytuacja się na to nakłada i jest niespodziewana porażka. Mi jest żal tych chłopaków i kapitana drużyny, którzy nie zasłużyli na tę porażkę, a jest ona "zasługą" i efektem tego, co robił do tej pory ten zarząd i oby to się nigdy nie powtórzyło.

Rozmawiał Paweł Pieprzyca

Dowiedz się więcej na temat: PZT

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje