Reklama

Reklama

Wojciech Fibak dla Interii: Będzie tak, jak pisał Jan Kochanowski. Ten się dowie, kto cię stracił

- Tenis po pandemii da sobie radę, bo to jest dosyć zasobna dyscyplina, przez wiele lat panowała w niej znakomita koniunktura. Uważam, że jeszcze bardziej docenimy tenis, zawodnicy dostrzegą jak bardzo im go brakowało, organizatorzy zdadzą sobie sprawę, co by było, gdyby przez kilka lat nie można było organizować turniejów. To trochę tak jak pisał Jan Kochanowski, że zdrowie docenia się wtedy, kiedy się je straci - mówi w rozmowie z Interią były znakomity tenisista Wojciech Fibak.

Zbigniew Czyż, Interia: Jak pan sobie radzi z pandemią koronawirusa ?

Reklama

Wojciech Fibak: - Na razie, odpukać, bliscy i ja jesteśmy zdrowi, byłem dłużej we Francji, wróciłem, odbyłem kwarantannę i jak na razie całkiem pozytywnie to wszystko przebiega. W domu mam dużo wyzwań związanych chociażby z nieprzeczytanymi jeszcze książkami, czy starymi notesami oraz ciekawymi filmami, które można wieczorami oglądać. Otrzymuję wiele telefonów od znajomych z całego świata, wszyscy się martwią o mnie, a mi jest całkiem dobrze. W tym miejscu chciałbym powiedzieć, że bardzo podziwiamy pracę lekarzy, pielęgniarek, to ich niezwykłe poświęcenie, narażają swoje zdrowie i życie. Mój ojciec był profesorem chirurgii, przez całe swoje życie leczył i pomagał ludziom, ciągle spotykam osoby, które są mu wdzięczne za wiele wspaniałych rzeczy, które dla nich zrobił. Wiem, bo wychowałem się w domu lekarza, jak duże jest to poświęcenie w czasach takiej pandemii. Teraz to właśnie ich musimy podziwiać i o nich pamiętać.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio w styczniu, mówił pan, że będzie przebywał w Szwajcarii w górach do końca marca, zdążył pan wrócić do Polski jeszcze zanim zaczęła się pandemia?

- W Szwajcarii mam swój dom, blisko Genewy, Chamonix i Mont Blanc tuż przy granicy z Francją. Jakiś czas temu osiedliła się tam także rodzina Bachledów więc jesteśmy po sąsiedzku. Często się widujemy, a ja przebywałem tam przez ostatnie trzy miesiące i zdążyłem do Polski na czas, tak więc wszystko dobrze się ułożyło.

Kiedy zaczynała się epidemia, strach był u pana mniejszy niż obecnie?

- Nie, ja cały czas mam takie nastawienie pewnej ostrożności, ale także optymizmu. Z moimi najbliższymi dochodzimy chyba do wniosku, że już powoli to się kończy, mija i że cały świat pokazał, że się solidaryzuje, potrafi walczyć. Wydaje się mi, że zbliżamy się już ku końcowi pandemii oraz, że sport wreszcie ruszy pełna parą.

Jak bardzo brakuje panu tenisa?

- No właśnie to takie dziwne uczucie, bo niezależnie od miejsca, gdzie przebywałem, zawsze starałem się oglądać mecze chociażby w telewizji. Nagle cisza i nie słychać dźwięku odbijanej piłeczki tenisowej. Myślę, że późnym latem lub jesienią tenis wróci.

Wyobraża pan sobie tenisowe mecze bez udziału publiczności?

- Nie jestem zwolennikiem gry w tenisa bez widzów. Lepiej rzeczywiście poczekać, przełożyć na inny termin, a jeżeli nie, to przełożyć na następny rok. Wszystkie gry związane z publicznością, jeżeli odbywają się bez nich, tracą sens, wyniki są wypaczane. Jeżeli ze względu na sponsorów rzeczywiście nie ma innego wyjścia, to można grać bez kibiców, ale w innym wypadku zdecydowanie lepiej przełożyć rozgrywki na inny termin.

Jak bardzo cała sytuacja może wpłynąć na światowy tenis, na finanse związane z tą dyscypliną sportu?

- Tenis się jakoś obroni, bo to jest dosyć zasobna dyscyplina, przez wiele lat panowała znakomita koniunktura na niemal wszystkich kortach na świecie bez względu na kategorie. Uważam, że wszyscy jeszcze bardziej docenimy tenis, sami zawodnicy docenią to jak bardzo im tego brakowało, organizatorzy zdadzą sobie sprawę z tego, co by było, gdyby tak przez kilka lat nie można było organizować turniejów. To trochę tak jak pisał Jan Kochanowski, że zdrowie docenia się wtedy, kiedy się je straci. Jeszcze bardziej doceniliśmy to, jak fantastyczną sprawą są turnieje, jak wielki mieliśmy dobrobyt, jak wysokie były nagrody.

- No właśnie, nie ma co kryć, że tenis to wielkie pieniądze, uważa pan, że po tym jak zmieni się gospodarka, jak być może w duże problemy wpadnie spora część firm, to pule nagród, sam tenis od strony finansowej może bardzo się zmienić?

- Musi przyjść jakaś korekta, tak jak na rynku nieruchomości, czy rynku sztuki. Taka korekta jest bardzo nieprzyjemna chociażby dla wielu inwestorów, którzy często całe swoje życie i lokaty lokują w giełdy, wierzą w ich znakomitą kondycję. W tenisie wynagrodzenia były jak dotąd bardzo wysokie i nawet jeśli przyjdzie jakaś korekta, to nic złego się nie stanie.

Czy tak długi przestój w treningach, w grze może spowodować, że w niedalekiej przyszłości może dojść do pewnych zmian w rankingach tenisistów?

- Na pewno Zverev, Thiem, czy nasz Hubert Hurkacz ruszą z jeszcze większym impetem, zaczną zdobywać te najcenniejsze trofea i spróbują zdetronizować starych mistrzów. Najwięcej na pandemii stracił chyba Novak Djoković, który do tego czasu grał wyśmienicie, wygrał Australian Open, byłby pewnie faworytem w pozostałych wielkoszlemowych turniejach, miał kolejny raz szansę na wygranie wszystkich wielkich szlemów w jednym roku. Stracił też chyba Rafael Nadal, bo trudno będzie mu obronić w krótkim czasie zwycięstw z ubiegłorocznego Roland Garros, czy US Open, współczuję tym wielkim mistrzom. Sporo stracił też Roger Federer, który miał największe szanse na wygranie Wimbledonu.

Gdyby pan stał przed dylematem, czy na jesieni rozgrywać Roland Garros i US Open bez publiczności albo w ogóle ich nie organizować, to jaką podjąłby decyzję?

- Ja bym raczej anulował i się nastawił na następny rok. Podobno US Open może się odbyć z publicznością, bo w USA mają największe straty finansowe. Wierzę, że do tego czasu uda się opanować epidemię i będą warunki do rozegrania turniejów. Wspaniałą wiadomością byłby start kolejnych mniejszych zawodów, bo cała rzesza młodych wilków chce się dorwać do skóry tym największym.

Którego turnieju wielkoszlemowego będzie panu brakować najbardziej, jeśli w tym roku poza Wimbledonem nie odbędą się także zawody we Francji i w USA?

- Najbardziej związany jestem z Roland Garros, chyba dlatego, że od kiedy tam grałem, to nigdy nie opuściłem już potem żadnego turnieju. Tam też wygrałem najwięcej spotkań, byłem dwa raz w ćwierćfinale, otarłem się o półfinał, w Paryżu panuje najpiękniejsza atmosfera. Po drugiej stronie całego kompleksu miałem dom z widokiem na korty tenisowe.

W pierwszych dwóch miesiącach tego roku oglądał pan mecze z udziałem naszych reprezentantów?

- Oczywiście, że tak. Hubert Hurkacz był w znakomitej formie, to wielki talent, bardzo profesjonalnie podchodzi do sportu, dżentelmen na korcie i poza nim, wzór dla wszystkich. Iga Świątek to następny brylant po Agnieszce Radwańskiej, niezwykła tenisistka z polotem, fantazją, grająca bardzo precyzyjnie i mocno z forhendu, bekhendu i serwisu. Kamil Majchrzak, który się cały czas "przebija", podopieczny bliskiego mi Tomasza Iwańskiego, niestety z powodu pechowej kontuzji nie zagrał w Australian Open, ale bardzo im kibicuję. Łukasz Kubot ciągle osiąga sukcesy w deblu, no i oczywiście poznanianka Magda Linette, która zachwyca na korcie. Wydawało się, że ona może nie wykorzystać swojego potencjału i nagle okazało się, że potrafi dużo więcej, ma niesamowitą grę, precyzyjną, blisko linii. Jej ubiegłoroczne sukcesy tylko nas utwierdzają w przekonaniu, że razem z wymienionymi wcześniej tenisistami mogą nam przynieść jeszcze sporo radości. Polski tenis odżył, wydawało się, że po kontuzji Jerzego Janowicza, czy zakończeniu kariery przez Agnieszkę Radwańską będzie smutno, a oni dostarczają nam dużo radości. Powrót do gry Janowicza także napawa optymizmem.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Fibak | koronawirus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL