Wimbledon. Williams: Awans do finału nie jest dla mnie czymś normalnym

Serena Williams nie spodziewała się, że w czwartym występie po przerwie macierzyńskiej osiągnie tak dobry wynik. - Finał Wimbledonu nie jest dla mnie teraz czymś normalnym - zaznaczyła słynna amerykańska tenisistka, która w sobotę zagra w Londynie o tytuł.

Rozstawiona z numerem 25. Williams, pokonując Niemkę Julię Goerges (13.) 6:2, 6:4, zapewniła sobie 10. występ w finale Wimbledonu. 36-letnia zawodniczka ma na koncie siedem triumfów wywalczonych w singlu w Londynie. Choć w decydującym spotkaniu Wielkiego Szlema wystąpi po raz 30., to ten sobotni występ będzie szczególny.

Reklama

- To szaleństwo. Nie wiem nawet, jak się czuję, bo z pewnością nie zakładałam, że w czwartym występie po długiej przerwie pójdzie mi tak dobrze - zaznaczyła.

W styczniu ubiegłego roku zwyciężyła w Australian Open, będąc już w ciąży. Córeczkę Alexis Olympię urodziła 1 września, a do rywalizacji wróciła w marcu. Turnieje w Indian Wells i Miami (zatrzymała się w nich - odpowiednio - na trzeciej i pierwszej rundzie) utwierdziły ją w przekonaniu, że potrzebuje więcej czasu i zrobiła sobie kilkutygodniową przerwę. Następnie wystartowała w wielkoszlemowym Rolandzie Garrosie, gdzie dotarła do 1/8 finału. Do meczu z Rosjanką Marią Szarapową nie przystąpiła - jako powód podała uraz mięśnia klatki piersiowej.

- Rezultat osiągnięty w Londynie nie jest dla mnie czymś pewnym. Miałam bardzo ciężki poród, potem przeszłam kilka operacji i niewiele brakowało, a nie skończyłoby się to dobrze. Nie byłam w stanie nawet dojść do skrzynki na listy, więc finał Wimbledonu nie jest dla mnie teraz czymś normalnym - podkreśliła zdobywczyni 23 tytułów wielkoszlemowych w singlu.

Jest ona pierwszą od 38 lat matką, która zagra w finale londyńskiej imprezy. W 1980 roku Australijka Evonne Goolagong nie tylko wystąpiła w decydującym meczu, ale i go wygrała.

Ze względu na dłuższą przerwę Williams obecnie zajmuje 181. miejsce w światowym rankingu. Jest też najniżej notowaną tenisistką, która wystąpi w finale Wimbledonu. Dzięki udanemu startowi w Londynie w poniedziałek wróci do czołowej "30" listy WTA.

Byłe tenisistki obserwujące ją z trybun zachwycały się formą Amerykanki.

- Serena dobrze spisywała się w każdym elemencie gry. Kiedy Goerges w końcówce ją przełamała, to Williams od razu odrobiła stratę +breaka+, wygrywając do 0. Jest w swojej najwyższej formie, bardzo dobrze się porusza. Wygląda to prawie tak jakby nie czuła w ogóle presji, odkąd jej życie przybrało inny obrót. Ona może się teraz zrelaksować i pokazać niesamowity tenis. Wygląda jakby nigdy nie robiła sobie przerwy - podsumowała Amerykanka czeskiego pochodzenia Martina Navratilova, która rekordowe dziewięć razy triumfowała w Londynie w grze pojedynczej.

Inna słynna w przeszłości zawodniczka z USA Billie Jean King nie ma wątpliwości, że pod względem emocjonalnym i mentalnym nikt nie jest w stanie pokonać Sereny Williams.

- Ale czy podoła fizycznie? - zastanawiała się sześciokrotna zwyciężczyni Wimbledonu.

Williams przyznała, że nie czuje presji i to jej bardzo służy.

- Kiedy nie mam nic do stracenia, mogę grać swobodnie i to właśnie robię. Cieszę się każdą chwilą tu spędzoną - zapewniła.

W sobotnim finale zmierzy się z rozstawioną z "11" Angelique Kerber. Rywalizowała z nią już w finale Wimbledonu dwa lata temu. Wówczas wygrała 7:5, 6:3. Był to ostatni jak na razie pojedynek tych zawodniczek. Z ośmiu spotkań Niemka polskiego pochodzenia wygrała dwa - ćwierćfinał turnieju WTA w Cincinnati w 2012 roku oraz finał Australian Open 2016.

Kerber także może mówić o pewnym powrocie. Po tak udanym dla niej 2016 roku (triumf w Melbourne i US Open, finał Wimbledonu i srebrny medal olimpijski), w kolejnym zanotowała duży spadek formy. W bieżącym roku wydaje się wracać do najlepszej dyspozycji. W czwartek pokonała triumfatorkę ubiegłorocznego Rolanda Garrosa Łotyszkę Jelenę Ostapenko (12.) 6:3, 6:3.

- Jestem bardzo dumna z tego, że ponownie dotarłam tu do finału po roku, w którym sprawy nie układały się po mojej myśli. (...). Spodziewałam się, że Jelena od początku będzie bardzo mocno uderzać. Ważne było, żeby dobrze się poruszać i być cierpliwą. Musiałam znaleźć swój rytm i wykorzystywać nadarzające się okazje. W końcówce nie było łatwo, starałam się nie myśleć za dużo. Próbowałam się skoncentrować i pilnować swojego serwisu - analizowała Kerber.

Niemka, która także była pierwszą rakietą świata, nie lekceważy wracającej po przerwie macierzyńskiej Williams.

- Postrzegam ją jako mistrzynię. Rozegrałyśmy wiele wspaniałych meczów. Sobotni finał będzie inny od tego z 2016 roku. Ona wraca po długiej przerwie, a ja pozbierałam się po poprzednim sezonie - podsumowała.

Dowiedz się więcej na temat: serena williams

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje