Reklama

Reklama

Wimbledon. Roger Federer - Milos Raonic 3:6, 7:6 (7-3), 6:4, 5:7, 3:6 w półfinale

Szwajcar Roger Federer (nr 3.) nie wystąpi po raz 11. w finale wielkoszlemowego turnieju na trawiastych kortach w Wimbledonie. Siedmiokrotny triumfator tej imprezy przegrał w pierwszym piątkowym półfinale z Kanadyjczykiem Milosem Raonicem (6.) 3:6, 7:6 (7-3), 6:4, 5:7, 3:6. Do finału awansował też Andy Murray, który pewnie pokonał Tomasa Berdycha 6:3, 6:3, 6:3.

Na początku pierwszego z piątkowych półfinałów Federer jakby się zdrzemnął i nieoczekiwanie przegrał swoje podanie. I to właściwie był jedyny ważny moment w secie, bowiem Kanadyjczyk utrzymał przewagę jednego "breaka" do końca i wygrał go 6:3 po 33 minutach gry.

W drugiej partii 34-letni Szwajcar już nie pozwolił sobie na chwilę dekoncentracji i pewnie wygrywał swoje gemy, a prowadząc 5:4 omal nie przełamał serwisu rywala przy pierwszym setbolu, ale uderzona trochę ramą piłka minimalnie wyszła na aut. Gdyby trafił, wyrównałby stan meczu.

Reklama

Doszło do tie-breaka, w którym tenisiści na początku zdobywali konsekwentnie punkty przy swoich podaniach, ale przy 3-3 Kanadyjczyk popełnił nieoczekiwanie podwójny błąd serwisowy i po krótkiej chwili zrobiło się 6-3 dla rywala. Przy drugim setbolu dla Federera wyrzucił na aut prostą piłkę z bekhendu, co zadecydowało o secie dla Szwajcara.

W trzecim secie mieliśmy klasyczny "Lacoste’owski gem", bowiem w siódmym gemie Szwajcar wykorzystał chwilową słabość serwisową rywala i go przełamał. Po swoim podaniu odskoczył na 6-3, a następnie postawił przysłowiową kropkę nad "i" asem, wykorzystując pierwszego z trzech setboli.

Potem znów nastąpiła seria wygrywanych przez obydwu tenisistów własnych serwisów, aż do 12. gema. W nim nieoczekiwanie w tarapatach znalazł się Federer, który obronił co prawda dwa setbole, ale przy czwartym idąc do siatki zagrał piłkę praktycznie na rakietę Kanadyjczykowi, a ten skutecznie minął go po linii.

Przed decydującą partią Szwajcar poprosił na kort fizjoterapeutę, który przez dłuższą chwilę rozmasowywał mu mięsień czworogłowy prawego uda. Zaraz po tym kontynuował grę, ale nie obyło się bez napięcia i niepewności.

Kiedy tablica wskazywała wynik 2:1 i przewagę dla Raonica znów na kort wkroczył masażysta. Chwilę wcześniej Federer pechowo poślizgnął się podczas ataku przy siatce i stłukł lewe kolano. Po szybkich oględzinach wrócił do gry. Choć obronił pierwszego "break pointa", to podwójnym błędem serwisowym, dał rywalowi druga okazję do przełamania.

Kanadyjczyk tym razem z niej skorzystał i wyszedł na 3:1, a następnie 4:1 po utrzymaniu własnego podania.     

Niewiele brakło, żeby Kanadyjczyk zdobył czwartego gema z rzędu, ale nie wykorzystał dwóch "break pointów" na 5:1. Po kolejnym swoim udanym gemie serwisowym podwyższył prowadzenie na 5:2, co wyraźnie powiększało niezadowolenie i frustrację Federera, który w tym okresie miał wyraźne kłopoty z celnością i koncentracją.

Zmobilizował się i wygrał swoje podanie bez straty punktu na 3:5, ale komenda sędziego "nowe piłki proszę" nie zabrzmiała dla niego zbyt optymistycznie, bo oznaczała, że wzmocnią nieco skuteczność serwisu Kanadyjczyka. 

Tak też się stało, bowiem Raonic zagrał dwa asy, a po wygrywającym serwisie wyszedł na 40-0. Przy pierwszym meczbolu - po trzech godzinach i 25 minutach zaciętej walki - Federer próbując minąć idącego do siatki rywala wyrzucił piłkę nieznacznie na aut.

Był to dwunasty pojedynek tych tenisistów, a dopiero po raz trzeci lepszy okazał się Kanadyjczyk. W ten sposób uniemożliwił Szwajcarowi spełnienie marzenia o ósmym triumfie w Wimbledonie, gdzie ten był najlepszy w latach 2003-07, 2009 i 2012, a także powstrzymał jego marsz po rekordowe 18. zwycięstwo w Wielkim Szlemie.

Przed półfinałowym niepowodzeniem Federer wygrał 307. w karierze mecze w Wielkim Szlemie, czym ustanowił jeden z tych tenisowych rekordów, który nieprędko pewnie uda się komukolwiek poprawić (wcześniej należał do Amerykanki Martiny Navratilovej - 306). W piątek poniósł 51. porażkę w czterech najważniejszych turniejach w kalendarzu.

W drugim piątkowym półfinale rywalizację na Korcie Centralnym Szkot Andy Murray (nr 2.) pokonał Czecha Tomasa Berdycha (10.) 6:3, 6:3, 6:3. 29-letni Brytyjczyk po raz dziesiąty osiągnął wielkoszlemowy finał.

Murray ma w dorobku dwa tytuły wywalczone w Wielkim Szlemie, choć pierwszy zdobył nie przed własną widownią, lecz w nowojorskim US Open w 2012 roku, 11 miesięcy po zwycięstwie na igrzyskach w Londynie.

Finał singla mężczyzn zaplanowany jest na niedzielne popołudnie, na godzinę 14.00 czasu londyńskiego (15 polskiego). Po nim wyłonieni zostaną jeszcze zwycięzcy rywalizacji w grze mieszanej.

Natomiast w sobotę o godzinie 14.00 rozpocznie się finał singla kobiet, w którym - podobnie jak w styczniu w Melbourne - spotkają się broniąca tytułu Amerykanka Serena Williams (nr 1.) i Niemka polskiego pochodzenia Angelique Kerber (4.). Wówczas lepsza okazała się zawodniczka, która na co dzień trenuje na kortach wybudowanych przez swojego dziadka Janusza Rzeźnika w Puszczykowie koło Poznania, odnosząc pierwsze wielkoszlemowe zwycięstwo w karierze. 

- Staram się teraz nie myśleć o tamtym meczu, choć jak go wspominam, to wciąż budzi miłe wspomnienia. Teraz jest jednak inny turniej, inna nawierzchnia, zupełnie inny mecz, w dodatku na trawie, którą Serena bardzo lubi. To, co na pewno mam w głowie to pewne myśli i wnioski z finału w Melbourne, które być może pomogą mi pokonać Serenę również tutaj. Na pewno nie będzie łatwo, bo to najlepsza tenisistka świata, ale i ona ma swoje gorsze dni i parę, choć niewiele, słabych punktów. Wtedy je wykorzystałam i teraz też będę się starała to zrobić. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy już jutro w finale - powiedziała Kerber.  

34-letnia Williams, aktualna liderka rankingu WTA Tour, zmierza po drugi z rzędu, a siódmy w karierze londyński tytuł - po sukcesach w latach 2002-03, 2009-10, 2012 i 2015. Jeśli się to jej uda, zrówna się na prowadzeniu na liście wszech czasów z Niemką Steffi Graf, która zakończyła karierę z 22. triumfami w Wielkim Szlemie.

- Nie lubię, jak ciągle przypomina się liczby i statystyki zwycięstw, wygranych meczów i inne podobne rzeczy. Przecież wychodząc na kort żadna z nas nie myśli o tym wszystkim, tylko ma jeden cel - wygrać mecz, wygrać turniej, nie ważne czy pięćdziesiąty, czy setny. Dlatego nie pytajcie mnie o rekord Steffi, bo ja o nim nie myślą. Tenis sprawia mi radość i wychodząc na kort staram się, jak najwięcej czerpać z tego radości, niezależnie czy gram w pierwszej rundzie, czy w finale, w singlu czy deblu - powiedziała Amerykanka.

Być może w sobotę Serena Williams będzie miała podwójne powody do radości, dzięki zwycięstwu w deblu. Po południu razem ze starszą siostrą Venus, awansowały do finału gry podwójnej pokonując Niemkę Julię Goerges i Czeszkę Karoline Pliskovą (nr 8.) 7:6 (7-3), 6:4. 

W sobotę wieczorem będą walczyć o tytuł z Węgierką Timeą Babos i Jarosławą Szwedową z Kazachstanu (nr 5.). 

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL