Reklama

Reklama

Wimbledon. Polacy do deblowej pary w cenie

Marcin Matkowski i Maks Mirnyj wyeliminowali amerykańskich bliźniaków Boba i Mike’a Bryanów w drugiej rundzie Wimbledonu. Do 1/8 finału awansował również polsko-brazylijski debel Łukasz Kubot i Marcelo Melo.

Matkowski i Mirnyj od dawna należą do światowej czołówki w grze podwójnej, chociaż po kłopotach ze znalezieniem stałych partnerów na cały sezon i nieco słabszych wynikach są obecnie odpowiednio na 36. i 46. pozycji w indywidualnym rankingu deblistów ATP World Tour.

Reklama

- Wiadomo, że Maksem mieliśmy w ostatnim czasie nieco słabsze momenty, a nasze wyniki uzyskiwane z różnymi partnerami nie były zachwycające. Jednak tu czujemy się bardzo dobrze, chociaż wiadomo, że trawa nie jest moją najlepszą nawierzchnią. Jednak Maks na niej czuje się o wiele lepiej i uzyskiwał lepsze wyniki, niż ja. Razem jednak stworzyliśmy w ostatnich tygodniach zgrany duet, choć może mogło być ciut lepiej, jeśli chodzi o półfinał w Stuttgarcie, który przegraliśmy trochę pechowo w super tie-breaku, choć w całym meczu byliśmy wtedy chyba trochę lepszą parą - powiedział Interii Matkowski.

Matkowski i Mirnyj zdecydowali się w tym roku na trzy wspólne występy na trawie i razem osiągnęli w czerwcu półfinał turnieju ATP Tour w Stuttgarcie, a przed tygodniem ćwierćfinał w Eastbourne. Pomiędzy tymi dwoma startami Polak powtórzył półfinał w nieco większej imprezie z tego cyklu w londyńskim Queen’s Clubie, ale z Chorwatem Marinem Ciliciem, bo Białorusin wówczas pauzował.

- Zresztą przez ten miesiąc na trawie przegrywałem mecze tylko w super tie-breakach, widać mnie nie lubią. Na pewno wprowadzają w turniejach ATP spory element nieprzewidywalności, bo często decyduje w nich jedną, czy dwie przypadkowe piłki, które całkowicie odwracają losy spotkań. Na szczęście w Wielkim Szlemie ich nie ma, a tu w Wimbledonie poprzeczka jest zawieszona jeszcze wyżej, bo gra się do trzech wygranych setów, a nie dwóch. To się tak wydaje, ale jednak to daje pewną przewagę stałym deblom, ale też bardzo doświadczonym deblistom, bo nie jest łatwo wygrać trzy sety - powiedział w rozmowie z Interią Polak.

W pierwszą sobotę The Championships 2017 Matkowski i Mirnyj sprawili niespodziankę, szczególnie jeśli przypomnieć, że bracia Bryanowie byli rozstawieni z numerem piątym w drabince. Pokonali Amerykanów 6:3, 7:5, 6:4 bardzo pewną grą przy siatce i świetnymi serwisami, którymi spychali rywali do defensywy. Na ciasnych trybunach kortu numer 14 mecz ten przez cały czas oglądał tłum widzów, którzy oblegali też wszystkie wejścia, a nawet szukali najmniejszych luk w płocie, by zobaczyć choć fragmenty dynamicznych wymian.

Kolejnymi rywalami polsko-białoruskiej pary będą w Londynie Amerykanin Nicolas Monroe i Nowozelandczyk Artem Sitak, którzy jednak nie będą faworytami tego spotkania. Rozegrane zostanie w poniedziałek, bo pierwsza niedziela Wimbledonu zwyczajowo jest dniem wolnym od gier.

Równolegle z występem Matkowskiego, na korcie numer 16, można było obejrzeć Łukasza Kubota i Marcelo Melo, rozstawionych z numerem czwartym. Polsko-brazylijska para wygrała pięciosetowy maraton z Austriakiem Alexandrem Peyą i Niemcem Philippem Petzschnerem 6:2, 5:7, 6:3, 3:6, 11:9.

Wszystko mogło trwać krócej, gdyby nie niewykorzystany meczbol przy stanie 5:4 i 40-30, przy serwisie Petzschnera, ale i później uciekły dwa kolejne. Zwycięstwo, po trzech godzinach i 44 minutach, przyniosło przełamanie podania Austriaka.  

Kubot i Melo grają razem od początku sezonu, a początek współpracy nie był zbyt obiecujący, przynajmniej dla samych tenisistów. Trzecia runda wielkoszlemowego Australian Open i dwa ćwierćfinały turniejów ATP w Rotterdamie i Rio de Janeiro nie były dla nich zadowalające. Ale postanowi sobie dać szansę jeszcze do końca marca i polecieli na dwie duże imprezy ATP Masters 1000 do USA. Start w Indian Wells przyniósł finał, a dwa tygodnie później cieszyli się już z triumfu w Miami.

Potem były występy na ziemnych kortach, które zakończyli w 1/4 finału turniejów tej samej rangi w Monte Carlo i Rzymie oraz mniejszym w Barcelonie, a także zwycięstwo w imprezie ATP Masters 1000 w Madrycie. W wielkoszlemowym Roland Garros musieli przełknąć gorycz porażki w drugiej rundzie.

Na trawie potwierdzili swoją wszechstronność, bo przed przyjazdem do Londynu, nie mieli sobie równych w holenderskim s’Hertogenbosch i niemieckim Halle. Dzięki czemu umocnili się na prowadzeniu najlepszych par sezonu ATP Doubles Race to London, z dorobkiem 4160 punktów.

W singlu mężczyzn jedynym Polakiem w głównej drabince The Championships 2017 był Jerzy Janowicz, który po ubiegłorocznej operacji kolana i kilkumiesięcznej przerwie wciąż próbuje wrócić do czołowej setki. Na londyńskiej trawie zrobił ważny krok w tym kierunku, przechodząc dwie rundy, nim w trzeciej przegrał z niesamowicie grającym w piątek Francuzem Benoit Paire’em. Dwa dni wcześniej 26-letni łodzianin sprawił jedną z największych niespodzianek, eliminując w czterech setach innego francuskiego gracza Lucasa Pouille, rozstawionego z numerem 14.

- Powroty po przewlekłych kontuzjach w męskim tenisie są zawsze trudne, bo rywalizacja w Tourze jest bardzo zacięta, a co chwilę pojawiają się utalentowani młodzi zawodnicy. Jurek ma już 26 lat i ponad dwa metry wzrostu, więc jego ciało już tak szybko się nie regeneruje, jak u 18-latka.  No i przede wszystkim tak wysoki gracz musi więcej pracy włożyć we właściwy timing na korcie, a to przychodzi wraz z ograniem meczowym. W tym roku Jurek miał kilka mniejszych kontuzji i przerw, ale widać, że stopniowo łapie właściwy rytm. Im więcej będzie grał, tym lepsze powinien mieć wyniki. W Londynie pokazał, że jest groźny i wie, jak należy grać w tenisa - powiedział Interii trener Mario Trnovsky z MTW Academy, który współpracował m.in. z Klaudią Jans-Ignacik, Martą Domachowską czy długo prowadził karierę Marcina Gawrona.

W drabince turnieju głównego kobiet w tym roku znalazły się dwie polskie zawodniczki. Magda Linette poniosła porażkę w pierwszym meczu. Natomiast Agnieszka Radwańska w sobotę od godziny 13.00 czasu lokalnego walczyła na Korcie Centralnym o awans do 1/8 finału i to skutecznie. Wracająca do gry po problemach zdrowotnych krakowianka, rozstawiona z numerem dziewiątym, pokonała Szwajcarkę Timeę Bacsinszky (nr 19.) 3:6, 6:4, 6:1.

Po południu na kort numer 14 ponownie wyszedł Matkowski, tym razem z Czeszką Kvetą Peschke. Mikst rozstawiony z numerem 14 przegrał jednak z Brazylijczykiem Marcelo Demolinerem i Hiszpanką Marią-Jose Martinez-Sanchez 2:6, 4:6.

Z Londynu, Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Wimbledon | Łukasz Kubot | Marcelo Melo | marcin matkowski | Maks Mirny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje