Reklama

Reklama

Wimbledon. Magda Linette: Jednak najbardziej lubię trawę

Magda Linette przegrała z rozstawioną z numerem 14. Australijką Samanthą Stosur 5:7, 3:6 w pierwszej rundzie wielkoszlemowego turnieju w Wimbledonie. Po meczu polska tenisistka przyznała, że pomimo tej porażki, właśnie trawiaste korty należą do jej ulubionych, choć najlepsze wyniki uzyskuje na innych nawierzchniach.

- Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo może wyniki trochę temu przeczą, ale bardzo lubię grać na trawie. To chyba moja ulubiona nawierzchnia, chociaż mam z niej niemiłe wspomnienie, bo poprzednio na Wimbledonie zerwałam przecież więzadło w kolanie. Dlatego też dzisiaj wyszłam do gry z oblepionym taśmą kolanem. To miało mi pomóc trochę, ustabilizować kolano i pomóc w pracy mięśni. Tym bardziej, że korty turniejowe są trochę wolniejsze od treningowych, tu gra się dłuższe wymiany, jest więcej walki - powiedziała po meczu Linette.

24-letnia Polka przed rokiem zadebiutowała w wimbledońskim turnieju, po trzech niepowodzeniach w eliminacjach do turnieju głównego, rozgrywanych na kortach w Roehampron. Poprzednio skreczowała w trzecim secie meczu z Japonką  Kurumi Narą.

Reklama

- W sumie nie potrafię w żaden rozsądny sposób wytłumaczyć, czemu lubię korty trawiaste, bo ani nie mamy ich w Polsce ani w Chorwacji, gdzie zwykle trenuję. Tym bardziej, że tak naprawdę mój styl gry najbardziej pasuje na korty ziemne, a dla odmiany najlepsze wyniki uzyskuję na twardej, betonowej nawierzchni. Szczególnie na bardzo szybkim betonie w Azji. Teraz już do końca roku czekają mnie tylko starty na twardych kortach, bo nie zamierzam wracać na "ziemię". Natomiast na trawę wrócę dopiero za rok, niestety - dodała Polka, obecnie 92 w rankingu WTA Tour.    

Ten mecz rozgrywany był na najmniejszym z czterech stadionów tenisowych, ze stałymi trybunami, znajdujących się na obiekcie należącym do wiekowego londyńskiego The All England Lawn Tennis and Crocquet Club przy Church Road. Był to ukłon brytyjskich działaczy w stronę Stosur, która od dawna sklasyfikowana jest w czołówce rankingu WTA Tour, a najwyżej była notowana w singlu na czwartej pozycji.

32-letnia Australijka ma w dorobku triumf wielkoszlemowy, odniesiony w 2011 roku w nowojorskim US Open, a także występ w finale w Roland Garros 2010. Na londyńskiej trawie jednak jej najlepszym wynikiem jest trzecia runda, którą osiągnęła tu trzykrotnie, w 2009, 2013 i 2015 roku. Natomiast Linette w swoim szóstym wielkoszlemowym występie po raz piąty odpadła w pierwszej rundzie, a druga osiągnęła tylko w ubiegłorocznym US Open.

- Wiadomo, że Samantha jest jedną z najbardziej doświadczonych zawodniczek w drabince, ma kilka bardzo dobrych uderzeń. Dlatego przed meczem taktykę przyjęłam taką, żeby nie grać jej więcej niż dwóch kolejnych piłek na te samą stronę. Starałam się zmieniać kierunki i rytm, a przede wszystkim ruszać ją na korcie i nie pozwolić przechodzić jej na forhend. Ale co z tego, jeśli nie potrafiłam dziś chwilami returnować. Chyba po raz pierwszy grałam przeciwko zawodniczce, która tak dobrze serwuje i nie potrafiłam sobie z tym jej serwisem poradzić. Jednak, kiedy dochodziło do dłuższych wymian, to już prowadziłam z nią grę jak równa z równą. Ale to było za mało przy jej serwisie - powiedziała Linette.

Faktycznie od pierwszych wymian największa bolączką Polki był serwis rywalki, która bardzo pewnie wygrywała swoje podanie. Na dodatek w czwartym gemie wykorzystała pierwszego z dwóch "break pointów" i objęła prowadzenie 3:1.

Jednak chwilę później Stosur popełnia kilka prostych błędów i nieoczekiwania sama pozwala się przełamać, więc sytuacja na korcie wraca do równowagi i dalej gra toczy się zgodnie z regułą własnego podania.

Przy stanie 5:4 i serwisie Linette, Australijka miała do dyspozycji dwie piłki setowe, ale żadnej nie wykorzystała. Podobnie trzeciej, gdy prowadziła 6:5 i 40-0. Przy czwartej okazji pomogła jej rywalka, której nieudany skrót zatrzymał się na taśmie.

Również w drugim secie Stosur wyszła na 3:1, dzięki trzeciemu "breakowi" w meczu, ale tym razem nawet na moment nie zgubiła koncentracji i po własnym serwisie powiększyła prowadzenie na 4:1. Przewagę jednego przełamania utrzymała do końca i rozstrzygnęła na swoja korzyść pojedynek po godzinie i 17 minutach, serwują asa przy drugim meczbolu.

- Nie zgodzę się z twierdzeniem, ze nie miałam dziś szans z Samanthą. Jedyne, czego naprawdę mi zabrakło, to sposobu na jej serwis, ale nie miałam dotychczas z tak dobrym serwisem w kobiecym tenisie styczności. Gdybym lepiej returnowała, to na pewno mecz byłby bardziej wyrównany, ale i tak był, szczególnie jeśli chodzi o dłuższe wymiany, bo w nich prowadziłyśmy równą grę. Owszem, on jest bardziej doświadczona i wykorzystała swoje doświadczenie w decydujących momentach, ale na pewno wyjeżdżam z Londynu zadowolona e swojej gry - powiedziała Linette.            

Z Londynu polska tenisistka wróci do Chorwacji, gdzie będzie się przygotowywać do drugiej połowy sezonu na twardych kortach. W lipcu wystąpi w turniejach WTA w Stanford i Montrealu, a także na początku sierpnia w chińskim Nanchang. Za dwa tygodnie, już po zakończeniu Wimbledonu, okaże się czy utrzyma się w rankingu na pozycji gwarantującej jej prawo gry w ostatniej imprezie zaliczanej do Wielkiego Szlema - US Open.

W pierwszym dniu Wimbledonu, odpadła również druga z trzech Polek (we wtorek zagra Agnieszka Radwańska) w drabince  The Championships 2016. Paula Kania, która do turnieju głównego przebiła się przez trzy rundy eliminacji w Roehampton, przegrała z Amerykanką Samanthą Crawford 5:7, 3:6.

Pewne zwycięstwa na londyńskiej trawie odnieśli w poniedziałek po południu m.in. broniący tytułu  Serb Novak Djoković (1.), Hiszpan David Ferrer (13.), Chorwat Ivo Karlović (23.) czy wśród kobiet Amerykanki Venus Williams (8.) i Madison Keys (9.) .

Z Londynu Tomasz Dobiecki 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL