Reklama

Reklama

Wimbledon. Linette po porażce w pierwszej rundzie: Trawa wciąż mnie nie lubi

Magda Linette przegrała z Amerykanką Bethanie Mattek-Sands 6:1, 2:6, 3:6 w pierwszej rundzie wielkoszlemowego turnieju na trawiastych kortach w Wimbledonie. Po meczu polska tenisistka przyznała, że gra na trawie wciąż sprawia jej problemy, głównie przez kontuzję.

Był to trzeci występ Linette na wimbledońskiej trawie i trzecia porażka w pierwszym meczu. Przed miesiącem na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa w Paryżu uzyskała najlepszy wynik w Wielkim Szlemie, osiągając trzecią rundę.

- Potwierdza się, że ja lubię trawę, ale chyba trawa mnie nie lubi za bardzo. Na pewno wylosowałam bardzo trudną rywalkę jak na tę nawierzchnię. Właściwie cały czas nie dawała mi złapać rytmu, tylko skracała wymiany, jak tylko się da. Od początku wiedziałam, że to będzie bardzo trudny mecz, bo dochodzić do jej wolejów tutaj na trawie jest o wiele trudniej, a musiałabym bardzo dobrze returnować. Ale kiedy ona bardzo dobrze serwuje i idzie od razu w przód, to ja jednak nie mam takich uderzeń, żeby ją gdzieś tam skończyć od razu. Musiałabym bardzo, ale to bardzo ryzykować, a to nie jest do końca mój styl - powiedziała Interii po meczu Linette.

Reklama

- Starałam się sobie dawać czas na dłuższe wymiany i dopóki to trwało, to dawało efekty. Później ona zaczęła zmieniać rytm, ja zaczęłam grać krócej i dałam jej ten czas, by mogła wchodzić bardziej w kort i wciskać mnie chwilami w płot. No i kiedy złapała ten swój rytm dobrego serwowania i wchodzenia do przodu, to było mi już bardzo trudno ją zatrzymać, choć starałam się jak tylko mogłam. Tym bardziej, że na trawie punkty szybko uciekają. Tutaj mogą się zdarzyć dwie trzy piłki, które mogą odwrócić nagle losy meczu. To nie było tak, że ja grałam fantastycznie, a ona zagrała mi coś z kosmosu. To raczej kwestia, że ktoś nagle trochę zwolni rękę, niestety dzisiaj to byłam ja - dodała.   

Początek spotkania 25-letniej Polki ze starszą o siedem lat rywalką, startująca w Londynie z "dziką kartą", przebiegał po myśli poznanianki. Najpierw bez straty punktu utrzymała swoje podobnie na otwarcie meczu, a potem od stanu 1:1 zdobyła pięć kolejnych gemów i seta trwającego 24 minuty. Ale dopiero za drugim podejściem, bo przy pierwszym setbolu popełniła nieoczekiwanie podwójny błąd serwisowy.

W drugiej partii jednak Mattek-Sands zaczęła podejmować większe ryzyko w uderzeniach i grać agresywniej, a zepchnięta do defensywy Linette chwilami miała problemy z przeciwstawieniu się atletycznemu tenisowi przeciwniczki. Częściej się też myliła. Tym razem Amerykanka zaczęła przejmować inicjatywę w wymianach i wywierać presje na returnie. Skutkiem było pierwsze przełamanie na 3:1 i decydujące na 6:2, w dodatku wywalczyła "breaka" nie oddając serwującej Polce nawet punktu. Do wyrównania stanu meczu potrzebowała 31 minut.

- Niestety, trochę nie poszłam za ciosem, za tym, co robiłam w pierwszym secie. Czasem po prostu jest też tak, kiedy za łatwo idzie na początku, to taki wynik w pierwszym secie potrafi uśpić trochę czujność. Być może to właśnie zaważyło, że za szybko pomyślałam, że mogę mieć ten mecz pod kontrolą, a tutaj na trawie wszystko się może bardzo szybko odwrócić. Wystarczą faktycznie dwie, trzy piłki czasem - oceniła rozwój wydarzeń poznanianka.

Najdłużej, bo 44 minuty, trwał trzeci set, choć wydawało się, że potoczy się o wiele szybciej, bo rozpędzona Amerykanka coraz pewniej czuła się na korcie. Trafiała prawie wszystko, a sporą część punktów uzyskiwała dzięki wypadom do siatki, co londyńska publiczność nagradzała głośnymi oklaskami.

Mattek-Sands zdołała dwukrotnie przełamać serwis Polki, dzięki czemu odskoczyła na 5:0, ale przez dłuższą chwilę nie potrafiła zamknąć pojedynku. Dla odmiany sama dwukrotnie oddała swoje podanie i zrobiło się 3:5. Zaraz po tym wywalczyła jednak kolejnego "breaka" i zakończyła spotkanie po godzinie i 39 minutach.   

- Zauważyłam, że ona była w końcówce mocno zdenerwowana i bardzo bała się wygrać, bardzo zwolniła grę, przedłużała przerwy między piłkami. Była zestresowana, widziałam to, ale udało mi się odzyskać tylko jednego "breaka". Na trawie tak niestety jest, że jeśli ktoś dobrze serwuje, a na to nie mamy wpływu, to jest ciężko odrobić stratę. Gdy grałyśmy poprzednio na hardkorcie w Miami, to właśnie w końcówce gdzieś tam na moim zwycięstwie zaważyło, że pod koniec nie miała kondycji. Tam udało mi się wybiegać ten mecz, a na trawie to nie jest możliwe - uważa Linette, która rok temu w Miami pokonała Amerykankę 6:4, 6:7 (7-9), 6:3.

Przed dwoma laty w Wimbledonie polska tenisistka skreczowała w trzecim secie pojedynku pierwszej rundy z Japonką Kurumi Narą z powodu kontuzji.

- Z roku na rok staram się i myślę nad tym, co zrobić, żeby poczuć się na trawie pewniej. Ale od momentu, jak zerwałam tu więzadło w prawej kostce, to jest mi tu strasznie trudno biegać tak na 100 procent i wiedzieć, że mogę zaufać moim kostkom i zatrzymywać się tak, jak to robię na hardkorcie czy "ziemi". Zdaję sobie sprawę, że powinnam grać lepiej na trawie, ale tak naprawdę zaczynam na niej grać dobre mecze parę dni przed Wimbledonem, czyli dość późno. W pierwszych turniejach na trawie trochę walczę ze sobą, jak choćby w tym roku w Birmingham biegałam, jakbym była na lodzie. Z jednej strony wiem, że wszystko jest "otejpowane" i nic mi się złego nie może stać, ale gdzieś tam w głowie jest wciąż blokada i to nie jest takie poruszanie się, jakiego bym sobie życzyła. Dzisiaj był tak naprawdę trzeci czy czwarty dzień, kiedy zaczynałam się naprawdę dobrze ruszać na trawie - powiedziała Interii Linette.

W tegorocznej edycji The Championships zgłosiła się również do gry podwójnej razem z Amerykanką Marią Sanchez. Na otwarcie wylosowały ukraiński debel Nadia Kiczenok i Olga Sawczuk.

- Zobaczymy, jak pójdzie mi tu w deblu, a co będzie dalej, to jeszcze do końca nie wiem. Na razie jestem pewna, że z obecnym rankingiem wystąpię bez eliminacji w US Open. Poza tym zgłosiłam się chyba do wszystkich turniejów do końca roku, ponieważ sama do końca jeszcze nie wiem, co zrobimy, a chciałam sobie dać szansę, żeby ustalić jak najlepszy plan startów. Póki co, jestem zgłoszona od Chin, przez Stanford, Toronto, New Haven i US Open. Cały czas zastanawiam się, czy jechać w tym miesiącu do Chin i później zagrać Toronto, albo zacząć od Stanford. Cały czas waham się, czy warto jechać taki kawał drogi do Chin, bo ten turniej jest trudny ze względu na warunki atmosferyczne, bo jest tam piekielnie gorąco, już nie mówiąc o samej dalekiej podróży. Nie wiem, czy to jest warte, ale jeszcze nie podjęliśmy decyzji - twierdzi Linette.

25-letnia Polka jest obecnie 78. W rankingu WTA Tour, co zawdzięcza osiągnięciu trzeciej rundy Roland Garros. Dzięki temu w ostatniej wielkoszlemowej imprezie w sezonie wystąpi bez konieczności gry w eliminacjach. Przed dwoma laty w US Open była w drugiej rundzie, a poprzednio odpada w pierwszej.

- To dla mnie ważne, że mogę ominąć kwalifikacje, bo to jest zawsze trudna droga. Szczególnie w Londynie, gdzie są rozgrywane na wielkim polu do krykieta w Roehampton, na którym są ustawione siatki, a ludzie przechodzą obok i siadają z piwem, obserwują, a ty obok walczysz o życie. Jak wchodzisz na korty, to pytają, czy jesteś zawodnikiem, czy z eliminacji, bo to jest duża różnica. Potem jak się przyjeżdża tutaj, to zupełnie inny świat, choć przykre jest to, że ci, którzy przegrają eliminacje. nie mają tutaj nawet prawa wstępu na obiekt. Uważam, że chociażby na jeden dzień każdy mógłby przyjść, choćby kupić sobie koszulkę, a to nie jest możliwe. Jako turniej, to faktycznie uwielbiam to miejsce, choć czasem jest tu dla mnie trochę za konserwatywnie, bo na przykład nie można ot tak sobie biletów kupić, tylko trzeba czekać po 12 i więcej godzin. Albo np. w dniu, w którym gram, mam do dyspozycji tylko jeden bilet, więc jakby tata z mamą chcieli przyjechać, to mogłoby wejść tylko jedno z nich. Na innych Szlemach jest pod tym względem dużo łatwiej. Ale to, że trzeba grać ubraną na biało, to akurat mi się podoba - powiedziała Linette.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama