Reklama

Reklama

Wimbledon. Jak Federer mógł to przegrać? Przecież w statystykach bił Djokovicia...

Miał dwie piłki meczowe, lepsze statystyki, przeciwnik dostał pierwszy raz szansę na przełamanie jego serwisu dopiero po dwóch godzinach i 47 minutach meczu, publiczność była za nim, a mimo to Roger Federer przegrał – po pięciogodzinnym boju - wielki finał Wimbledonu z Novakiem Djokoviciem.

O tym meczu będzie się jeszcze długo mówiło. Być może to jedno z największych sportowych wydarzeń w tym roku, w tenisie na pewno. Po raz pierwszy w historii Wimbledonu zawodnicy rozegrali tie break w piątym secie. Mecz trwał 4 godziny 57 minut. Epicki, klasyczny, niezapomniany, historyczny - określeń na ten pojedynek nie brakuje.

Novak Djoković wygrał Wimbledon po raz piąty. Zrównał się pod względem liczby zwycięstw z Björnem Borgiem. Legendarny Szwed wygrywał na kortach All England Club w latach 1976-1980. Serb już przegonił Borga (14 trofeów) w wielkoszlemowych triumfach. Zwyciężył właśnie po raz 16. Djoković ma już tylko dwa mniej triumfy w Wielkim Szlemie niż Rafael Nadal i cztery mniej niż Federer.

Reklama

Szwajcar liczył na dziewiąty triumf w Londynie. W męskim tenisie ma ich najwięcej. Gdyby wygrał w niedzielę zrównałby się z Martiną Navratilovą. I miał wielką szansę zwyciężyć. - Czuję, że straciłem niesamowitą okazję. Trudno mi w to uwierzyć - powiedział Federer po meczu.

Federer lepszy w statystykach

Wybrane statystyki mogą go jeszcze bardziej sfrustrować. Zaraz po zakończeniu spotkania przedstawił je na swoim koncie magazyn "Sports Illustrated". I co się okazuje?

- Federer zdobył więcej punktów niż Djoković (218-204)

- Federer miał wyższy procent punktów zdobytych po pierwszym serwisie (79- 74)

- Federer miał wyższy procent punktów zdobytych po drugim serwisie (51 - 47)

- Federer miał wyższy procent punktów zdobytych przy siatce (78 - 63)

- Federer wykorzystał więcej break pointów (7/13 - 3/8)

- Federer miał więcej uderzeń kończących (94 - 54).

I mimo to przegrał. - To nie ma żadnego znaczenia - wytłumaczył. - Wiem, co robiłem dobrze, w których momentach byłem blisko. Mogę być zadowolony z tego, jak zagrałem - dodał.

Załamany, smutny, wściekły

Ale statystyki nie oddają dobrze przebiegu i temperatury meczu. Szwajcar częściej znajdował się w dogodniejszej sytuacji. Przede wszystkim miał dwie piłki meczowe w drugiej fazie piątego seta. Przegrał też wszystkie trzy tie breaki, tylko w pierwszym z nich był bliski wygranej (prowadził 5:3).

Wtedy jednak serwis Federera nie funkcjonował tak dobrze jak podczas całego meczu. Pierwszego breaka Djoković miał dopiero po dwóch godzinach 47 minutach spotkania. - W tie-breaku jest zupełnie inaczej. Momentum jest różne. Być może byłem zbyt pasywny, ale może za agresywny? Nie wiem. Nie wiem, kiedy przegrałem mecz. Nie chcę o tym myśleć - opowiadał Szwajcar.

Mats Wilander, były tenisista i zwycięzca turniejów wielkoszlemowych, a obecnie komentator telewizyjny tłumaczy, że Federer zapłacił za to, że przez długie lata, zwłaszcza w pierwszej dekadzie XXI wieku dominował nad rywalami i nie grał tak stresujących finałów jak teraz z Djokoviciem. Były szwajcarski tenisista, kolega Federera przyznał, że w tie breakach "Maestro" puściły nerwy. Nie grał wtedy swojego tenisa.

Szwajcar był sfrustrowany nawet jeśli tego nie okazał podczas dekoracji. Powiedział, że dzieci nie będą zadowolone z tej patery, którą otrzymał. Może, gdyby poniósł porażkę w innych okolicznościach, nie po tak dramatycznym, pełnym zwrotów akcji meczu, miałby lepszy humor. - Trudno mi powiedzieć, czy czułbym się lepiej, gdybym przegrał 2:6, 2:6, 2:6. Kiedy jednak to poszło tak, jak teraz, można być tylko bardziej załamanym, smutnym, wściekłym - stwierdził.

Djoković: Bez Federera i Nadala nie grałbym na tym poziomie

Djoković dokonał nie lada wyczynu. W erze Open, czyli od 1968 roku w Wimbledonie, żaden zwycięzca turnieju nie wygrał broniąc w finale jednej albo więcej piłek meczowych. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce w 1948 roku kiedy Bob Falkenburg, który pokonał Johna Bromwicha, obronił trzy piłki meczowe przy stanie 3:5 w piątym secie.

Serb miał w londyńskim finale trudne zadanie. Publiczność była zdecydowanie za jego utytułowanym rywalem. Kiedy Djoković spierał się z sędzią, słychać było głośne gwizdy, a po każdym udanym zagraniu Szwajcara - wrzawę i oklaski. Lider rankingu ATP znalazł na to metodę. - Kiedy publiczność krzyczała "Roger", ja starałem się słyszeć "Novak". To wydaje się głupie, ale tak robiłem. Przecież to podobne imiona Roger i Novak - żartował zwycięzca.

Djoković nie szukał uwielbienia, ale zwycięstwa. Dążył do tego za wszelką cenę. Nie załamywał się. Doskonale spisywał się w krytycznych momentach. Wtedy działał u niego instynkt przetrwania. Zagrał też ten mecz lepiej taktycznie.

Dla Serba kolejnym wyzwaniem może być prześcignięcie Nadala i Federera w liczbie zwycięstw w turniejach Wielkiego Szlema i zgarnięcie tytułu GOAT (Greatest of all time). Ma 32 lata i cztery tytuły mniej niż blisko 38-letni Federer i dwa mniej niż 33-letni Nadal. Wszystko jest możliwe, ale dał zaskakujące wytłumaczenie swoich sukcesów, uzależnione właśnie od obecności obu zawodników w tenisowym cyklu. - Z powodu tych dwóch panów gram jeszcze na tym poziomie. Oni tworzą historię tego sportu i to mnie motywuje i inspiruje do tego, żeby zrobić to co oni, a nawet więcej - powiedział zwycięzca tegorocznego Wimbledonu.

Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL