Reklama

Reklama

Wimbledon. Awans Federera, koniec bajki Marcusa Willisa

Szwajcar Roger Federer pokonał Brytyjczyka Marcusa Willisa 6:0, 6:3, 6:4 w bardzo nietypowym meczu drugiej rundy w Wimbledonie. Jednak tenisista gospodarzy, debiutujący w Wielkim Szlemie, nie sprawiał wrażenia rozgoryczonego porażką, bo i tak spełnił swoje marzenie.

- To na pewno mecz inny, niż wszystkie, jakie dotychczas rozegrałem, szczególnie tutaj w Wimbledonie. Ostatni raz może coś takiego pamiętam sprzed kilkunastu lat, jak byłem juniorem, ale to ja występowałem wtedy w roli kogoś, kto nie ma nic do stracenia, a może zrobić wszystko i zagrać wszystko. On dzisiaj pokazał, że potrafi grać w tenisa, że stać go na wiele, ciekaw jestem, czy pójdzie za ciosem i to potwierdzi w jakiś kolejnych turniejach. Życzę mu jak najlepiej - powiedział po meczu Federer.  

Reklama

Trzeci ze środowych pojedynków wyznaczonych na korcie centralnym, nad którym już przed południem rozwinięto półprzezroczysty dach, był inny, niż większość wimbledońskich meczów. Atmosfera na trybunach przypominała radosny piknik i była tak luźna, jak podczas pokazowych spotkań z udziałem byłych gwiazd tenisa, które będą rozgrywane w drugim tygodniu turnieju.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że cichym reżyserem i scenarzystą tego meczu był Willis, który wyszedł do gry niczym nie stremowany. W sumie to nie dziwi, bo czego mógł oczekiwać 772. zawodnik w rankingu ATP World Tour, który najwyżej był notowany na 332 pozycji,  grając przeciwko obecnemu numerowi trzy na świecie i byłemu liderowi klasyfikacji.

Dla uświadomienia przepaści, jaka ich dzieli, należy przytoczyć jeszcze kilka liczb. Federer rozegrał w środę 353 mecz w Wielkim Szlemie, w którym triumfował 17-razy, natomiast dla Brytyjczyka było to ledwie drugie spotkanie w jednym z czterech najważniejszych turniejów w sezonie. Jeszcze bardziej rażące jest zestawienie wygranych w nich meczach, które obecnie wynosi 303-1 na korzyść Szwajcara.

Albo wywalczone premie zdobyte na korcie - liczone w funtach - różniące się praktycznie tylko trzema zerami na końcu. Federer zarobił bowiem już 73 535 000, podczas gdy na rachunek bankowy Willisa wpłynęło dotychczas zaledwie 71 300.

Jednak nie ma dwóch zdań, że właśnie Brytyjczyk, który pół roku temu zawiesił karierę i zaczął pracę jako trener na godziny w małym klubie w Warwick, skradł w środę show siedmiokrotnemu zwycięzcy Wimbledonu (2003-07, 2009 i 2012). Bo takich oklasków, po każdym zdobytym punkcie i nie stygnącego nawet na moment głośnego wsparcia kibiców na kortach przy Church Road, nie miał chyba nikt przedtem.

Willis pięknie wyśnił swój wimbledoński sen i nawet przez moment nie zawiódł oczekiwań kibiców, choć wyszedł na kort centralny - miejsce, o którym marzy każdy praktycznie tenisista - niczym gladiator w poszukiwaniu śmierci. Tak też się zachowywał zaciskając pięść w górze i głośno krzycząc, jakby każdy zdobyty punkt czy trafiony serwis oznaczał kolejna wygraną walkę na arenie, odraczającą nieuchronny koniec.

Siedem pierwszy gemów zdobył Federer, ale nie przyszło mu to łatwo i to nie tylko przez ogromną presję widowni murem stojącej za Brytyjczykiem, choć nikt raczej nie miał złudzeń, co do ostatecznego wyniku. Willis nie kalkulował, tylko każdą piłkę odbijał na maksymalnym poziomie ryzyka, jakby rzucał monetą: trafię, nie trafię.

Jak mało kto zasłużył na żywiołową owację na stojąco, gdy wygrał pierwszego gema w meczu i wyrównał na 1:1 w drugim secie. W tej partii sztuka ta udała mu się jeszcze dwa razy, choć ostatecznie przegrał ją 3:6.

Kolejną, jeszcze gorętszą, owację londyńska widownia zgotowała mu, gdy po raz pierwszy tego dnia objął prowadzenie - 1:0 w trzecim secie. Potem, zgodnie z regułą własnego podania, podwyższał je na 2:1, 3:2 i 4:3.

Miał też szansę wyjść na 5:4, ale jej nie wykorzystał i po kilku drobnych błędach stracił swój serwis. Zaraz po tym Federer pewnie wygrał swojego gema, wykorzystują pierwszego meczbola po godzinie i 25 minutach.

- Nie czuję się przegrany, wprost przeciwnie, bo wygrałem w tym tygodniu los na loterii. Nie spodziewałem się, że kiedyś zagram na korcie centralnym w Wimbledonie przeciwko samemu Rogerowi, choć o tym marzyłem. To, co się tu stało jest jak nierealny sen, ale ten sen się nie skończył, bo wierzę, że będzie trwał nadal. Kilka miesięcy temu się poddałem i zawiesiłem karierę, ale teraz wiem, że warto próbować, choćby dla takich irracjonalnych chwil jak dziś - powiedział Willis, którego "mecz życia" oglądali rodzice, siostra i narzeczona, a stało się tak dzięki "dzikiej karcie wystartował w krajowych preeliminacjach, a następnie właściwych kwalifikacjach do tegorocznego Wimbledonu, choć planował wyjazd do USA.

Dowiedz się więcej na temat: roger federer | Marcus Willis | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje