Reklama

Reklama

Wimbledon: 40. wielkoszlemowy półfinał Rogera Federera

Roger Federer po raz 40. w karierze wystąpi w wielkoszlemowym półfinale, a po raz 11. w Wimbledonie. W środę Szwajcar, rozstawiony z numerem trzecim, osiągnął tę fazę w Londynie, pokonując Chorwata Marina Czilicia (nr 9.) 6:7 (4-7), 4:6, 6:3, 7:6 (11-9), 6:3.

Można też powiedzieć, że był to też poniekąd korespondencyjny pojedynek dwóch przyjaciół, byłych chorwackich tenisistów, którzy na korcie centralnym zasiedli w środę w przeciwnych boksach zawodniczych, jako trenerzy-koordynatorzy w teamach szkoleniowych.

Tę cichą rywalizację wygrał tym razem Ivan Ljubiczić, który w szerokiej ławce trenerów Federera zastąpił w tym roku Szweda Stefana Edberga, a przegranym okazał się Goran Ivaniszević, triumfator Wimbledonu 200, który od trzech sezonów pomaga Cziliciowi.

Ivaniszević i Ljubiczić jeszcze do niedawna występowali razem jako debel w turniejach legend tenisa, rozgrywanych podczas imprez Wielkiego Szlema. Jednak tym razem tylko pierwszy nich rywalizuje w gronie weteranów, w parze ze Szwedem Thomasem Enqvistem.    

Reklama

- Nie moglibyśmy z Ivanem sobie pozwolić na wspólną grę na korcie, bo jak znam brytyjskie gazety, to pisałyby, że nie ustalamy wspólnej strategii dla naszego debla, tylko knujemy coś za plecami Rogera i Marina. A tak nikt nie może nam niczego zarzucić, no chyba, że jakiś paparazzi zrobił nam zdjęcia podczas wczorajszej kolacji w centrum Londynu. Oczywiście żartuję, bo przecież ja nie znam Ivana, nigdy z nim nie rozmawiałem i nie grałem w tenisa. Wierzysz mi? - powiedział Interii ze śmiechem Ivaniszević.

Ale zostawmy drugoplanowych aktorów i wróćmy do głównych bohaterów widowiska, czyli Federera i Czilicia. Przed meczem wszystko przemawiało na korzyść Szwajcara, który w drodze do ćwierćfinału nie stracił seta, a także miał zdecydowanie korzystny bilans 5-1, choć nigdy jeszcze nie trafili na siebie na trawie.

Pierwszy set przyniósł walkę punkt, za punkt, serwis za serwis, gem za gem, a skutkiem był brak przełamań i tie-break, w którym Federer wyraźnie zgubił koncentrację i przegrał go 4-7.

W drugim kluczowe okazało się jedyne przełamanie podania Szwajcara tuż na 1:2, po którym Czilić utrzymał przewagę jednego "breaka" do końca. W tym okresie, chwilami wręcz demolował przeciwnika, atomowym serwisem.

Podobnie jak w pierwszej partii, również w trzeciej, obaj tenisiści dość pewnie utrzymywali swoje podania, choć w połowie seta, przy stanie 3:3, nie obyło się bez dużych emocji i wówczas losy pojedynku dosłownie zawisły na włosku.

Siódmy gem w tenisie, gdy dochodzi do przełamania serwisu, jest nazywany "gemem lacostowskim", od nazwiska francuskiego mistrza tenisa, który ponad osiem dekad temu specjalizował się właśnie w zdobywaniu "breaków’ w tym momencie seta.

Dlatego, kiedy przy stanie 3:3 w trzecim secie i podaniu tenisisty z Bazylei na tablicy pojawił się wynik 0-40 na twarzach jego trenerów można było dostrzec przerażenie, z trudem ukrywane poprzez nerwowo opuszczone głowy. Jednak Szwajcar wygrał następne pięć piłek i wyszedł z opresji, która mogła oznaczać nieuchronny koniec.

W kolejnym gemie nerwy udzieliły się Cziliciowi, którego nagle zawiódł całkowicie serwis, najpotężniejsza jego broń. Przy pierwszym "break" poincie popełnił podwójny błąd i zrobiło się 3:5 dla rywala. Zaraz potem Federer rozstrzygnął losy partii, wykorzystując pierwszego setbola bardzo efektownie, bo jednoręcznym bekhendem po linii - jedną ze swoich wizytówek. Londyńska publiczność oszalała z zachwytu i zgotowała mu po tym gorąca owację.

Czwarty set był nie mniej zacięty od poprzednich, a Szwajcar nie wykorzystał dwóch "break pointów" w piątym gemie, gdy przy 2:2 odskoczył na 40-15. Obaj dalej utrzymywali swoje podania, chociaż Federer nieoczekiwanie znalazł się pod ścianą, gdy przy stanie  4:5 i 30-40 musiał bronić meczbola, co mu się udało, podobnie jak wygranie trzech następnych piłek i wyrównanie na 5:5.

Przy 5:6 i 30-40 Szwajcar znów stanął w obliczu meczbola. Tym razem całą swoją złość i energię przekuł w dwa kolejne asy serwisowe, a w następnej wymianie doprowadził do tie-breaka, choć pomógł mu w tym trochę rywal, wyrzucając piłkę na aut

W dodatkowej rozgrywce Chorwat zdobył "mini breaka" przy serwisie rywala na 2-1, ale zaraz po tym stracił te przewagę i sytuacja rozwijała się dalej zgodnie z regułą własnego podania do stanu 4:3 dla Szwajcara.

Chwilę później Szwajcar odskoczył na 5-3, choć sędzia linowy wywołał aut przy jego returnie, sprawdzenie piłki przez system HawkEye skorygowało tę błędną decyzję. Potem wyszedł na 6:4, ale przy pierwszym setbolu wyrzucił nieoczekiwanie kończący forhend poza kort.

Pod dwóch udanych punktach serwisowych Czilić miał w ręku trzeciego meczbola, przy 7-6, a przy 7-8 obronił setbola, po czym popełnił podwójny błąd serwisowy. Kolejną piłkę setową Szwajcar zmarnował trafiając z forhendu w siatkę, ale po chwili wyszedł na 10-9 po autowym zagraniu Chorwata.

Doskonały return prosto w nogi i Czilić znowu wyrzucił piłkę poza kort, dzięki czemu Federer wygrał tie-breaka 11-9.

Decydujący set to również walka gem za gem, serwis za serwis, przy czym pierwszy z tego scenariusza wyłamał się Chorwat w ósmym gemie, co otworzyło Federerowi drogę do wimbledońskiego nieba. W kolejnym gemie Szwajcar odskoczył na 40-15 i po chwili asem wykorzystał pierwszego i jedynego meczbola, jakiego tego dnia wypracował, po trzech godzinach i 17 minutach niewiarygodnie zaciętej walki.

Federer, to jedna z największych osobowości w historii tenisa. Człowiek, który - pomimo dominacji Novaka Djokovicia w ostatnich sezonach - jest wciąż posiadaczem jednego z najważniejszych rekordów. Jako jedyny wygrał bowiem 17 razy turnieje wielkoszlemowe, w tym siedmiokrotnie był najlepszy w Wimbledonie (2003-07, 2009, 2012).

Poza tym 34-letni Szwajcar jest jednym z ośmiu tenisistów w historii, którzy odnieśli zwycięstwa w każdym z czterech najważniejszych turniejów, choć nie w jednym sezonie. Dokonali tego, spośród aktywnych graczy jeszcze tylko Serb Novak Djoković (dzięki wygraniu przed miesiącem Rolanda Garrosa) oraz Hiszpan Rafael Nadal (nie gra w tym roku w Londynie z powodu kontuzji nadgarstka, jakiej nabawił się w Paryżu).

Przed nimi to elitarne grono tworzyli natomiast Brytyjczyk Fred Perry i Amerykanin Donald Budge  rywalizujący w latach 30. ubiegłego wieku, Australijczycy Rod Laver i Roy Emerson w latach 60., a dołączył do nich ponad 15 lat temu Amerykanin Andre Agassi. 

Tym, który najprędzej mógłby dogonić Federera, jeśli chodzi o liczbę wielkoszlemowych triumfów, jest Djoković, bowiem przed miesiącem odniósł 12. zwycięstwo w tym cyklu, triumfując na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa. Był to czwarty z rzędu triumf Serba w turniejach wielkoszlemowych od ubiegłorocznego Wimbledonu, bowiem później wygrał kolejno też: US Open, Australian Open i w Paryżu.

Tym razem w Londynie tenisista z Belgradu odpadł jednak nieoczekiwanie w trzeciej rundzie, pokonany w czterech setach przez Amerykanina Sama Querreya (28.).

Tenisista ze Stanów Zjednoczonych, który w ubiegły poniedziałek odnotował spadek w rankingu ATP World Tour na 42. miejsce (w chwili rozstawiania i losowania drabinki był w czołowej 30-tce), udanie kontynuował swoją zwycięską passę w Londynie, ale tylko do ćwierćfinału.

W środę ten marsz Querreya przerwał Kanadyjczyk Milos Raonic (nr 6.), który na korcie numer 1 pokonał go 6:4, 7:5, 5:7, 6:4. Mecz nie był tak emocjonujący, jak spotkanie Federera z Cziliciem, a o losach każdego secie decydowały pojedyncze przełamania serwisów.

25-letni Raonic dopiero po raz trzeci w karierze osiągnął wielkoszlemowy półfinał, a po raz drugi na londyńskiej trawie, gdzie poprzednio doszedł tak daleko w 2014 roku. W tym sezonie, w styczniu, był też w 1/2 finału Australian Open. Przed miesiącem Kanadyjczyk zatrudnił do swojego teamu trenerskiego samego Johna McEnroe, który mu miał pomóc w odniesieniu sukcesu właśnie w Wimbledonie. Na razie współpraca z Amerykaninem przynosi dobre skutki.

Późnym popołudniem, a być wieczorem, zostanie wyłoniona druga para półfinałowa The Championships 2016, w dolnej połówce drabinki. Na korcie centralnym o awans do tej fazy będzie walczył faworyt gospodarzy i triumfator londyńskie imprezy z 2013 roku - Szkot Andy Murray (nr 2.). Brytyjczyk spotka się z Francuzem Jo-Wilfiredem Tsongą (12.), którego dotychczas pokonał 12 razy, a poniósł z nim tylko dwie porażki.

Zwycięzca tego meczu spotka się w piątek z lepszym zawodnikiem w rywalizacji Czecha Tomasza Berdycha (10.) z Francuzem Lucasem Pouille (32.), toczącej się właśnie na korcie numer 1. Jest to ich pierwsze spotkanie.

O miejsce w ćwierćfinale gry mieszanej będzie w środę walczył Łukasz Kubot z Czeczką Anreą Hlavaczkovą. Mikst rozstawiony z numerem szóstym spotka się na korcie numer 18 ze Słowenką Andreją Klepacz i Austriakiem Alexandrem Peyą (10.), partnerem deblowym Polaka z ostatnich tygodni, z którym odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu.

Na zwycięzców już czekają Niemka Anna-Lena Groenefeld i Kolumbijczyk Robert Farah. W 1/4 finału jest też już Marcin Matkowski ze Słowenką Katariną Srebotnik (11.), którzy również w środę poznają swoich kolejnych rywali.   

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama