W niedzielę tytuł, od razu ruszyła do Pekinu. 65 minut zaraz po Polce
W niedzielę wieczorem Włoszki radowały się po obronie tytułu drużynowych mistrzyń świata, a ogromna w tym była zasługa Elisabetty Cocciaretto. To ona sensacyjnie pokonała Emmę Navarro, a formalności dopełniła później Jasmine Paolini. O ile jednak niemal wszystkie Włoszki mogły cieszyć się tym sukcesem, jedna z głównych autorek tej wiktorii niemal natychmiast ruszyła do Pekiniu. I po kilkunastu godzinach znów pojawiła się na korcie.

Po raz szósty w historii, a drugi z rzędu, włoskie tenisistki zostały drużynowymi mistrzyniami świata. Rok temu tej sztuki dokonały w Maladze, największy opór postawiły im w półfinale Polki. Iga Świątek wygrała wtedy z Jasmine Paolini, później jednak - wspólnie z Katarzyną Kawą - musiały uznać wyższość pary Paolini/Sara Errani. A w finale Włoszki rozbiły Słowację.
W tym roku finał odbył się w chińskim Shenzhen - i tak będzie też w kolejnych dwóch edycjach. Bez reprezentantek Polski, które w turnieju kwalifikacyjnym w Radomiu przegrały w kwietniu z Ukrainą.
I to właśnie ta Ukraina postawiła się tym razem Włochom - też w półfinale. A końcowy efekt był znów taki sam.
Z Shenzhen prosto do Pekinu. Mistrzostwo świata w niedzielnym wieczór, kolejny turniej już po kilkunastu godzinach
W finałowych zmaganiach w Shenzhen Włoszki już pierwszego dnia napotkały potężny opór Chinek, choć grających bez Qinwen Zheng. Najpierw Elisabetta Cocciaretto wygrała z Yue Yuan 4:6, 7:5, 7:5, choć w drugim i trzecim secie przegrywała już po 2:5. A później Paolini wygrała z Qinyu Wang, mimo stanu 4:6, 3:5, a później 4:6, 7:6 , 2:4.
Obie odwróciły losy meczu niczym Iga Świątek w finale w Seulu.
W półfinale Włoszki też były w trudnej sytuacji, bo Cocciaretto uległa Marcie Kostiuk, a Paolini przegrała pierwszego seta z Eliną Switoliną 3:6, a później miała już 2:4. I też jednak wygrała, doprowadzając do rozstrzygnięcia w meczu deblowym. Wspólnie z Sarą Errani pokonały siostry Kiczenok 6:2, 6:3.

Został więc niedzielny finał, w którym większych emocji jednak zabrakło. Amerykanki może i były faworytkami, ale straciły złudzenia już po meczach singlowych. I ogromna w tym zasługa Cocciaretto, która niespodziewanie ograła Emmę Navarro. Choć pewnie większą sensacją było jej zwycięstwo w pierwszej rundzie Wimbledonu z Jessicą Pegulą, która do Londynu przyjechała jako triumfatorka turnieju w Bad Homburg.
Włoszka wygrała 6:4, 6:4, kończąc to spotkanie niesamowitą akcją.
A później Paolini pokonała 6:4, 6:2 Pegulę i szósty triumf Włoszek stał się faktem.
Cieszyły się jeszcze razem na korcie, wspólnie odebrały puchar, pośpiewał. Część zawodniczek mogła udać się na dalsze celebrowanie tytułu, a Cocciaretto... ruszyła na lotnisko.
O ile bowiem Paolini i Lucia Bronzetti miały miejsce w głównej drabince WTA 1000, a Errani gra już tylko debla, to ona musiała szykować się w stolicy Chin do eliminacji. A jej pierwsze spotkanie z Chloe Paquet zaplanowano już na poniedziałek. Choć na szczęście nie jako pierwsze, ale ostatnie na korcie numer 3. Swój mecz zdążyła już zakończyć Katarzyna Kawa.

Do starcia z Francuzką wyszła więc tuż po godz. 16 lokalnego czasu, zaledwie kilkanaście godzin po zakończeniu rywalizacji w Shenzhen. I spędziła na obiekcie zaledwie 65 minut - rozbiła tenisistkę z Francji 6:4, 6:1. Początek był ciężki, ale od stanu 3:3 wszystko toczyło się już po myśli Włoszki. A pięć z sześciu ostatnich gemów w tym meczu wygrała do zera.
Aby zagrać w głównej częsci China Open Cocciaretto musi wygrać jeszcze jeden mecz - we wtorek z Priscillą Hon. Półtora miesiąca temu w Cincinnati lepsza była jednak Australijka.













