Reklama

Reklama

US Open. Novak Djoković przegrał z emocjami

To co było jego siłą, tym razem okazało się słabością. Novak Djoković znany był z tego, że w kluczowych momentach meczów doskonale panuje nad emocjami i wygrywa najważniejsze punkty. W finale z Daniiłem Medwiediewem okazał się człowiekiem, a nie maszyną. W ważnych chwilach popełniał niezrozumiałe dla siebie błędy.

Ten obrazek na pewno będzie jeszcze wielokrotnie pokazywany. Novak Djoković roniący łzy. Serb do ostatniego gema spotkania przystępował ze łzami w oczach. Już czuł wtedy, że przegra. Było 4:6, 4:6, 4:5. Serwował Miedwiediew. Rosjanin przegrał swój poprzedni gem serwisowy, ale grał jak w transie.

Djoković tłumaczył później, że wzruszyła go postawa publiczności. Nowojorczycy okazali mu wsparcie. Chcieli, by mecz trwał dalej, by Serb na ich oczach dokonał historycznego wyczynu i wygrał jako pierwszy tenisista w historii 21. turniej wielkoszlemowy, by po 52 latach po Rodzie Laverze zaliczył kalendarzowego Wielkiego Szlema (wygrał wszystkie turnieje tej rangi w jednym sezonie). Większość z nich po to przyszła w niedzielę na Flushing Meadow. Pragnęli być bezpośrednimi świadkami historii.

Reklama

Djoković nie był jednak sobą w finałowym spotkaniu. Stracił odporność psychiczną, z której słynął. Nie był "Robocopem", nie był też tenisowym inżynierem rozkładającym na czynniki pierwszy rywali na korcie. Owszem znany jest także z wybuchowych reakcji. Potrafi rzucić rakietą w trybuny jak podczas turnieju olimpijskiego, krzyczeć w stronę boksu, gdzie siedzą jego trenerzy i małżonka, łamać rakiety. Ale zazwyczaj takie zachowania nie miały wpływu, albo miały nawet pozytywny wpływ na jego grę. W finale tegorocznego US Open było zupełnie inaczej. Emocje przeszkodziły mu.

Najlepiej to było widać w drugim secie. To wtedy Djoković miał szansę, by przełamać serwis - doskonale podającego w pierwszym secie - Miedwiediewa. W drugim gemie prowadził 40:0. Rosjanin obronił jednak trzy break pointy, w tym jednego asem. W czwartym gemie lider rankingu miał dwie szanse na przełamanie. Znów nie wykorzystał żadnej. To wtedy złamał rakietę, choć długo się przed tym powstrzymywał, wściekał się, przypominał Djokovicia z meczów półfinałowego i o brązowy medal w turnieju olimpijskim.

To był kluczowy moment meczu. Później Serb został przełamany. Nie odrobił straty. Przegrał drugiego seta.

Ale dowodów na to, że Djoković był wyjątkowo zestresowany było dużo więcej. Na początku meczu, przegrywając 0:2 i 15:40 popełnił aż osiem niewymuszonych błędów! On, który słynie z najlepszego returnu na świecie zupełnie nie mógł sobie poradzić z serwisem Miedwiediewa. W całym meczu miał tylko trzy uderzenia kończące z forhendu. W trzech setach popełnił łącznie 38 niewymuszonych błędów. W przypadku takiego mistrza trudno tę słabość wytłumaczyć brakiem umiejętności, nagłym spadkiem formy, nic nie mówił o kontuzji, słabszym samopoczuciu.

Djoković wyglądał tak jakby nie był w stanie udźwignąć ciężaru historii. Świadomość najważniejszego zwycięstwa w karierze sparaliżowała go. Nie pomogła mu nawet publiczność, która krzykami i gwizdami chciała wytrącić z równowagi Miedwiediewa. To Rosjanin okazał się psychicznym monstrum. Ale też nie było mu łatwo. Przy 5:2 i własnym serwisie popełnił trzy podwójne błędy. W ostatnim gemie nie sobie nie zrobił z nieprzychylnej reakcji kibiców, z łez Djokovicia. Znów dobrym serwisem wygrał gema i doprowadził do swojego pierwszego zwycięstwa w Wielkim Szlemie.

Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje